Lista blogów » aschaaa

wulkan Bromo, Indonezja cześć 2

Zobacz oryginał
DSC_2516.jpg


Dość długo mi zajęło zabranie się za kolejny nasz dzień w Indonezji. Ale mam nadzieje, ze mnie zrozumiecie, z tego wulkanu mieliśmy aż 373 zdjęć i wszystkie były prawie identyczne! Ale staram się każdego tygodnia obrobić trochę zdjęć wiec myślę, że urlopowe notki będą częściej pojawiać się na blogu.



Skończyliśmy na tym, że jesteśmy w Yogykarcie. Wczoraj oglądaliśmy dwie świątynię. Dzis jest poniedziałek – nowy tydzień, nowe przygody. Dzień wcześniej wykupiliśmy w miejscowym biurze podróży zorganizowana wycieczkę na dwa wulkany z transferem na Bali. Podczas przygotowywania się do urlopu szukałam wiadomości w necie, czy organizacja takiej wycieczki samemu nie byłaby tańsza i wyszło prawie na to samo. A tu mamy zapewnione dwie nocki w hotelu, cały transport przez następne trzy dni i przewodników. Wiec full wypas. Powiem Wam, ze cala wycieczka kosztowała śmieszną kasę, bo nie cale 50 Euro za osobę. Wyjechaliśmy z samego rana 12 osobowym busikiem – 5polakow, my z Peta i czwórka Holendrów. Czekał nas cały dzień w drodze. Dopiero wieczorem byliśmy pod hotelem. Szybki prysznic (juhu jest ciepła woda!!) i do spania, bo wyruszamy o 3 nad ranem. Byliśmy w górach i czuć było zmianę temperatury powietrza. Koc to za mało do przykrycia. Spalam w rajstopach i polarze. Wiedzieliśmy, że w nocy temperatura może spadać nawet do 0 stopni Celsjusza. Mimo że przytulaliśmy się z Peta do siebie – żeby było nam trochę cieplej, nie potrafiłam porządnie zasnąć. O 3 dzwoni budzik. Szybko zakładamy wszelkie warstwy ubrań, jakie tylko mamy w plecaku. Specjalnie na ta wycieczkę wzięliśmy rajstopy i kalesony. Ludzie noszą czapki i rękawiczki. Mnie wystarczy chusta przewiązana przez głowę, bo w uszy zimno. OK, docieramy na parking. Ludzi jak mrówek. Z Peta ciśniemy szybko na sama gore – punkt widokowy, z którego można oglądać wyłaniający się z mgły i ciemności wulkan Bromo. Tego, co tam widzieliśmy nawet nie będę próbowała opisać. Niesamowita gra świateł! Cos, co trzeba zobaczyć na własne oczy! Jak tylko słońce wzeszło, wracamy szybko do Jeepów i w totalnej mgle jedziemy dalej. W sumie nikt nie wie gdzie teraz. Przecież foty już zrobiłam, nie? To co jeszcze? Ano, teraz pod wulkan. Powietrze jest geste jak mleko. Kierowca bladzi. Wysiadamy po krótkiej chwili i pytamy się co teraz, on do nas „Bromo, there”. Idziemy z Peta przed siebie, trzymając się za ręce, bo ciężko zobaczyć człowieka idącego dwa kroki przed Tobą. Po kilku minutach wylania się przed nami wulkan w całej swej okazałości!
 
DSC_2338.jpg


DSC_0315.jpg


DSC_2401.jpg


DSC_2425.jpg


DSC_2428.jpg

Straszne zamieszanie, jedni ludzie wchodzą na gore, inni schodzą, jeszcze inni wjeżdżają na osiołkach. Pod wulkanem poustawiane są budy i wózki z jedzeniem. Silimy się ciepłą zupa i w drogę po stromych schodach. Smród siarki staje się coraz bardziej natrętny. Po chwili szal naciągnięty na buzie przestaje wystarczać. Sięgam do plecaka po maski – dobry turysta to przygotowany turysta! Wreszcie jesteśmy na kraterze. Widok zapiera dech w piersi. Słońce przepięknie oświetla cale podnóże wulkanu. Do tego mgła unosząca się w powietrzu. Całość wygląda magicznie. Odwracam się w druga stronę i widzę krater. Od przepaści jestem oddzielona tylko linami. Za tymi linami stoi masa tubylców, którzy stoją z wyciągniętymi rekami, jakby na coś czekali. Dopiero po chwili orientujemy się, ze czekają na dary i podarunki wrzucane przez tamtejszych do krateru. O co wiec chodzi, że narażają tak swoje życie? Przecież to jeden nieuważny krok w tył i lecą! Tamtego dnia było w Indonezji święto, dlatego ludzie znosili dary i wrzucali je do krateru wulkanu. Dla tych bardzo biednych była to okazja, żeby „złapać” kurczaka, owieczkę, bądź jakieś warzywa. Brzmi strasznie, wiem, ale my Europejczycy czasami nie możemy sobie wyobrazić biedy, jaka panuje w tamtych rejonach. Nie możemy długo cieszyć się widokami, bo smród siarki strasznie dusi, a czas goni. Jesteśmy umówieni na określoną godzinę z grupa Holendrów i naszym kierowca.

DSC_2564.jpg


DSC_2576.jpg

DSC_0334.jpg

DSC_2586.jpg

DSC_2599.jpg

DSC_0346.jpg

DSC_0370.jpg

DSC_0393.jpg

DSC_2597.jpg

DSC_2629.jpg

DSC_2632.jpg

DSC_2615.jpg

DSC_2640.jpg

Po zejściu na dol zdajemy sobie sprawę, ze tak naprawdę jeden wulkan już „zaliczyliśmy”. Szybkie śniadanie, prysznic, ściągamy cieple ciuchy, bo słonko przygrzewa. Ciągle nas ktoś pogania i w szybkim tempie wsiadamy do busów i kierujemy na się wschód Jawy, żeby kolejnej nocy wejść na drugi już wulkan.

Zaloguj się, żeby dodać komentarz.