Warszawski budrys
Zobacz oryginał śr., 23/12/2015 - 17:30
Na blogach wysyp propozycji na świąteczne stroje, potrawy, dekoracje, a ja jak zwykle się wyłamuję. Świąt nie lubię, dlaczego napisałam o tym w zeszłym roku TUTAJ.
Tym bardziej, że bez śniegu to już w ogóle nędza.
Jest więc wpis "normalny".
"Warszawa da się lubić..." - tak mówią słowa starej piosenki.
Zgadzam się z nimi w 100%, bo z każdym kolejnym pobytem utwierdzam się w przekonaniu, że mi się tutaj podoba.
Według wszelkich prawideł, ja, niedoszły archeolog, zakochana w zabytkach, powinnam się raczej zachwycać Krakowem. Powinnam, bo jak pisałam kiedyś, atmosfera tej dawnej stolicy Polski strasznie mnie drażni. Gród Kraka ma w sobie to "coś", co mnie odpycha i nawet urokliwy Wawel nie pomoże.
Zaś Warszawa... Ona ma znów "coś" co sprawia, że czuję się tu dobrze. Pal licho tłumy ludzi, samochodów i ogólny pośpiech. Chyba jedno z nielicznych miast, gdzie ma to swój urok.
Tym razem znów byłam tylko weekendowo i znów nie zdążyłam...
Nie zdążyłam iść do Muzeum Powstania Warszawskiego, na Stare Miasto, Zamek Królewski, do Łazienek... A tak chciałam.
Za to zdążyłam zrobić kilka sesji zdjęciowych, zatruć się chińskim jedzeniem, kupić w Mango dawno wymarzony żakiet i zapalić trzeciego w życiu papierosa, który utwierdził mnie w przekonaniu, że palić świństwa nie będę.
Blogerka we mnie mówi - yupii, jak fajnie!
Człowiek we mnie mówi - znów zawaliłaś. To miasto to kawał historii, zrównane z ziemią w czasie wojny walczyło i podniosło się z ruin. Oglądasz to non stop na History i Discovery, a nie masz czasu iść i zobaczyć na własne oczy. Zmień priorytety kobieto.
Obie strony mojej natury mają rację. I kobieca próżność i to co mnie rusza i wzrusza powinny być zaspokojone. Kolejny pobyt zaplanuję inaczej.
A teraz migawki z ubiegłego weekendu z PKiN w tle. Fajne miejsce.
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.



