Urlopowa Mar i TORBA BORBA od MOMO FASHION
Zobacz oryginał czw., 28/08/2014 - 09:02Wróciłam!Jak poznać można po fakcie, że nowego posta wysmarowałam - Lechu nie utopił mnie w Bałtyku.
Ba - jakby tego było mało, to w trakcie naszego urlopu ani razu nie pokłóciliśmy się o zdjęcia! (inne powody się znalazły, ale o tym mówić nie trzeba ;P)
Nie wiem, czy to zasługa łagodzącego obyczaje klimatu nadmorskiego, czy raczej faktu, że tak zaaferowana nowym dla mnie całkiem (do tej pory w czasie wakacji odwiedzałam "kurorty" położone na Pomorzu Zachodnim - ten i zeszłoroczny wyjazd wakacyjny były pierwszymi dla mnie wypadami w rejony Pomorza Gdańskiego) terenem skupiona byłam na podziwianiu go bardziej, niż na marudzeniu.
W każdym razie: urlop miałam wspaniały!
Podczas kiedy w Łodzi (ponoć) padało, wiało i było bardziej jesiennie w niej niż letnio, to we Władysławowie i jego okolicach aura była jeszcze całkiem, całkiem wakacyjna!
Ponieważ bardzo szybko przyzwyczajam się do miejsc w których jest mi dobrze, to w chwili gdy piszę tego posta nadal tęsknię za Władysławowem.
Przy kompletowaniu garderoby na wyjazd spodziewałam się tego, że upały raczej mnie nad morzem nie zastaną.
Dlatego też postawiłam może nie tyle na rzeczy ciepłe, a takie w których wiedziałam że się nie zgrzeję ani nie zmarznę.
Nie wyobrażałam sobie tego, że mogłabym nie schować do walizki kilku z moich oversize'owych swetrów - wcale nie grubych!
Raczej dość cienkich, ale idealnie nadających się na "przejściową" pogodę.
I wygodnych o tyle, że można pod nie założyć kostium i bluzkę bez ramiączek - tak, aby w momencie wyjścia słońca zza chmur sweter móc z siebie ściągnąć i pozwolić muskać się słonecznym promieniom.
Jednym z takich swetrów był niebieski "nietoperz", którego możecie podziwiać na zdjęciach.
To właśnie w niego przyodziana odkrywałam w sobotę urocze zakamarki Władysławowa.
"Nietoperz" jest ze mną od kilku lat - mam jeszcze jego brata bliźniaka, musztardowego. Tak, identyczny model - tyle, że w innym kolorze ;)
Wersję błękitną kupiłam w moim rodzinnym Zgierzu, musztardową przywiozłam z Krakowa.
Sweterek nie ma w sobie nawet nitki akrylu - to wiskoza, bawełna i elastan.
Dzięki brakowi akrylu nie mechaci się, bardzo dobrze się pierze i ciągle wygląda jak nowy.
Najładniej mój "nietoperz" wygląda, kiedy zsuwam go z ramion.
W ogóle jestem zdania, że tego typu swetry najlepiej wyglądają noszone właśnie w taki sposób :)
Także - jest to model idealny dla tych z pań, które mają szczupłe ramiona i chętnie je pokazują.
Jeśli mam być szczerą, to niewiele brakowało, żebym o moim "nietoperzu" zapomniała.
Pomogła mi przypomnieć sobie o nim Rasz (klik: http://rasz-rush.blogspot.com/) kiedy to w jednym z ostatnich swoich postów umieściła zdjęcia na których ubraną była w prześliczną koszulę z odsłoniętymi ramionami.
Pomyślałam sobie wtedy: "Weź, Mar! Masz przecież wiele takich koszul! I swetrów! Wygrzeb je z szafy, bo grzech je tam kisić! A poza tym one będą idealnie pasować do Twojego nowego nabytku - melonika!"
Magda - dziękuję :*
Mam nadzieję, że jakoś niebawem uda nam się zrobić sesję z musztardowym "nietoperzem" w roli głównej - nie mogę się jej doczekać! Po części dlatego, że z Władysławowa przywiozłam sobie identyczne niemal jak posiadane przeze mnie dotychczas i występujące także na tych zdjęciach aviatorki - tyle, że bardziej jeszcze lustrzane.
I lekko w musztardę właśnie wpadające (chociaż Lechu twierdzi, że one mają raczej kolor... ropy naftowej ;P).
Oczyma duszy mojej widzę już, jak one będą się ładnie z tym musztardowym swetrem komponować - ach i och ;P
Do takiego modelu swetra aż prosi się, żeby dobrać jakiś długi wisior.
Tyle, że te które mam jakoś mi się słabo kolorystycznie komponowały z błękitem swetra.
Postanowiłam więc założyć do niego jedynie sznur bransolet - jedną grubszą i kilka cienkich.
Uważam, że pomysł był strzałem w dziesiątkę.
Botki i tregginsy znacie już dobrze - botki bywały już tu w sezonie wiosennym i ubiegłej jesieni.
Cieszę się, że kupiłam je w zeszłym roku, bo po pierwsze dobrze na mojej nodze wyglądają, a po drugie są idealne na taką przejściową pogodę - kiedy jeszcze zimno nie jest, ale na baleriny, to już zdecydowanie temperatura jest za niska.
Zwłaszcza, jeśli wybieramy się na spacer po południu albo w godzinach porannych.
W tym roku planuję kupić podobny model, ale skórzany.
Mam jeden na oku, z utęsknieniem wypatruję więc dnia wypłaty ;P
Melonik pewnie już też udało Wam się rozpoznać ;)
Tak, tak - ciężko mi się z nim ostatnio rozstać ;P
Ale - moim zdaniem - pasuje do tego swetra idealnie, więc jakże mogłabym go do niego nie założyć, no?
No i tego tam - na koniec posta pozwoliłam sobie zostawić największy (dosłownie!) "smaczek".
Chociaż zapewne rzucił on się Wam w oczy już w czasie przeglądania poprzednich zdjęć posta (biorąc pod uwagę rozmiary tego cuda, to nawet niemożliwym jest, żebyście go nie dostrzegli ;P).
Tak, tak - to ona.
Tytułowa posta bohaterka: wielka, naprawdę wielka Torba Borba.
Tak nazwała ją projektantka od której torbę nabyłam - przemiła Pani Ania, której marka nazywa się MOMO FASHION.
Torbę wypatrzyłam już w czerwcu.
Znalazłam ją bodajże na Pakamerze.
Od razu się w niej zakochałam.
Prosta i ogromna - ponieważ mam słabość do wielkich toreb i cenię sobie prostotę wszelkich torebek jakie wybieram, to obok tej przejść nie mogłam obojętnie.
Z zakupem nosiłam się dwa miesiące.
W końcu zdecydowałam się zamiar kupna zrealizować - trochę pomogła mi promocja cenowa, jaką DaWanda.pl (bo w końcu tam, a nie na Pakamerze torbę zakupiłam) zorganizowała w początkach sierpnia na oferowane na stronach portalu torebki.
Okazało się, że korzystając z promocji zaoszczędziłam około 50 złotych (biorąc też pod uwagę koszty wysyłki torby do miejsca mojego zamieszkania).
Czyż nie jest piękna?
Torba była na moje życzenie zmniejszana - oryginalnie byłaby wyższa i szersza jeszcze o pięć centymetrów.
Uznałam jednak, że takie rozmiary to już na moje drobne ciałko trochę za wiele ;P
Torba wewnątrz jest workiem.
Nie jest zamykana na żaden suwak ani zatrzask - jest wiązana jak worek.
I to bardzo mocno wiązana.
Ma aż cztery służące do tego troczki.
Wiążąc ją słabiej, mocniej albo wcale regulujemy nieco kształt torebki.
Możemy "zrobić" z niej dzięki temu worek albo klasycznego shoppera.
Na wewnętrznej podszewce są trzy kieszonki - dwie są prawie tak wysokie, jak torba.
Bardzo mi ta ich wysokość odpowiada, bo dzięki temu mogę zmieścić tam e-papierosa (który wreszcie mi się w torbie nie przewraca!) i paletkę cieni do powiek, którą we wszystkich moich innych torbach zmuszona byłam wrzucać luzem na dno torebki i szukać jej potem gdzieś na tym dnie. Przy towarzyszącej temu szukaniu mojej irytacji.
Trzecia jest mniejsza i idealna na komórkę.
Torba pomieści wszystko - w dniu, w którym robiliśmy zdjęcia zmieściły się tam bez bólu: wielki koc plażowy, portfel, prawie tak wielka jak portfel kosmetyczka, parasol, zakupy spożywcze, a w czasie gdy zażywałam kąpieli w morzu także kapelusz, spodnie i sweter.
Jedynym minusem posiadania takiej wielkiej torby jest fakt, że ma bardzo nisko "zawieszone" dno ;P
W związku z tym kiedy chcę wyjąć z niej to, czego w danej chwili potrzebuję, to muszę wkładać do niej rękę aż po samo ramię ;P
Ale ma to swój plus - nie sądzę, żeby znalazł w niej cokolwiek jakiś potencjalnie chcący mnie ograbić w komunikacji miejskiej złodziej ;P
Sweter - no name
Tregginsy - H&M
Melonik - H&M
Sztyblety - ZARA
Torba - MOMO FASHION
Bransoletki - H&M/no name
Okulary - C&A
Prawie bym zapomniała!
Pamiętacie, jak w poprzednim poście wspominałam, że na czas mojego pobytu we Władysławowie planowany jest w mieście koncert plenerowy chłopaków z KAMP!?
Otóż koncert się odbył. Półtorej godziny świetnej muzyki.
I to całkiem za darmo - wszystko w ramach cyklu nadmorskich koncertów SeaTunes.
Byliśmy na nim z Lechem i nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszymy, że być na nim mogliśmy.
Byłam w swoim życiu na wielu koncertach - w tym także na plenerowych, z okazji różnych imprez i festiwalów się odbywających.
Ale na tak dobrze nagłośnionym jak ten, to chyba byłam po raz pierwszy.
Chłopcy upewnili mnie poza tym, że moja miłość do nich zasługuje na to, aby ją kontynuować - jako drugie nagranie zagrali moje ukochane "Cairo", wzbudzając tym moją ogromną radość ;P
Poza tym dane mi było usłyszeć te nagrania, które do tej pory jakoś tam pomijałam, bo wydawały mi się nie w moim guście całkiem.
Całe szczęście, że w końcu je usłyszałam - okazały się świetne.
Wróżę zespołowi wielu sukcesów - tak w Polsce, jak i na świecie.
Uważam, że zasługują na to, by zachodzić wciąż wyżej i wyżej.
Trochę żałuję, że nie zrobiliśmy więcej zdjęć na plaży - ale wiecie, jak się jest nad morzem cztery dni i otaczają człowieka przeróżne fajne miejsca, to ma się ochotę skupić na odpoczynku i korzystaniu z urlopu, a nie na robieniu zdjęć.
Poza tym piach i wiatr nie są dla aparatu najlepszym środowiskiem.
Dla obiektywów także.
Mam więc nadzieję, że wybaczycie nam fakt, iż spośród zdjęć typowo plażowych pochwalę się Wam tylko tymi dwoma.
Tak, tak - takich w bikini też mam kilka, ale wolałabym, żeby zostały w moim prywatnym archiwum ;P
Uciekam.Czeka mnie teraz walka o zdrowie mojego ucha, także wiecie - nerwów trochę, strachu jeszcze więcej.
Wiem, że się powtarzam co post, ale i tym razem trzymanie kciuków jest wskazane, także - trzymajcie, trzymajcie!
Pozdrawiam Was serdecznie,
Wasza Mar!
P.S. Już miałam poniechać tego, ale doszłam do wniosku, że beki jest z tą historią tak wiele, że nie wspomnieć o niej jest grzechem - i to ciężkim. Otóż w dzień naszego wyjazdu otrzymałam od mojego ojca (który wyjechał z Władysławowa tydzień przed nami) zadanie bojowe - miałam wyszukać mu na którymś ze straganów z nadmorską tandetą... żabę portfelową.
Taką z grosikiem pod łapkami.
Co to się ją wkłada do portfela.
Na szczęście.
Na moją uwagę, że przecież przywiózł sobie już znad morza taką żabę do Zgierza - bo sama widziałam - ojciec odparł, że mam nie dyskutować i kupić.
Oczywiście - o zadaniu zleconym mi przez ojca na śmierć zapomniałam.
Nie omieszkał mi on jednak o nim przypomnieć - o godzinie 20, w dniu przed naszym powrotem w łódzkie strony.
Luuuuudzie - co myśmy się tej żaby naszukali!
Jak byłam w 2012 w Świnoujściu, to te żaby były na każdym straganie. W tym roku widocznie wypadły już z trendów i sprzedaż takiej żaby wiązała się chyba dla straganiarzy z jakimś poczuciem obciachu.
Początkowo obchodziłam wszystkie te budki i wypatrywałam żab, ale kiedy liczba straganów do obejścia zaczęła się zmniejszać a żaby nadal nie było (były za to nieodebrane połączenia od ojca - osiem) musiałam się przemóc - musiałam zacząć pytać handlarzy, czy taką żabę mają ;P
Wiecie, ile wstydu się przez to najadłam?
Wszyscy sprzedawcy patrzyli się na mnie jak na idiotkę ;P
Dobrze, że dodawałam za każdym razem po zadaniu pytania: "Bo to dla taty, wie Pan/-i..."
Wreszcie jedna z kobiet odesłała mnie do swojej koleżanki, która na drugim końcu miasta żaby takie miała mieć - ponoć "prosto z hurtowni" (cokolwiek to oznacza ;P). I miała.
2 godziny szukania zakończone sukcesem!
Kiedy przywiozłam ojcu moją zdobycz do domu, to wyjawił mi tajemnicę "swojej" żaby - okazało się, że ta kupiona przez niego nie miała pierwotnie grosika.
Ojciec dokleił jej grosik (ponoć bardziej szczęśliwy, bo znaleziony na posadzce w Biedronce).
Ale chyba pieniędzy przynosić nie chciała, skoro z jakiegoś powodu musiałam przywieźć drugą, "prawdziwą". Do dzisiaj nie wiem, po co ojcu dwie szczęśliwe żaby.
Widocznie przeczytał w Internecie, że tylko te "oryginalne" grosiki się liczą.
Jak tylko moi rodzice trafią szóstkę w lotku albo ojciec dostanie jakiś niespodziewany spadek, to nie omieszkam Was o tym poinformować - w końcu będę mogła wtedy powiedzieć, że to wszystko dzięki mojej fatydze ;P
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




















