Lista blogów » aschaaa
Uluwatu i Kuta + jedzenie na Bali
Zobacz oryginał ndz., 15/03/2015 - 22:12 Dzisiaj przedostatni post z Bali. Zachciało nam się jechać na samo południe. Najpierw zwiedzić świątynię w Uluwatu, a później pojechać do mekki turystów — do Kuty.
Uluwatu, czyli skarpa ze świątynią na samym cypelku Bali to przed wszystkim piękna turkusowa woda i bezczelne małpy, które kradły okulary i otwierały same nasze plecaki. Nic się po drodze nie działo jakiegoś specjalnego, nie mieliśmy żadnych przygód. Czas mijał szybko i przyjemnie.
Śniadanie na urlopie to cos, co starym się celebrować. W domu nie ma na to czasu w ciągu tygodnia, a i w weekend różnie z tym bywa. Zresztą jak najemy się śniadankiem to nie kusi nas, żeby podjadać do południa. Takie śniadania, jak widzicie na zdjęciu, w takim otoczeniu mogłabym jednak jeść codziennie!
Kawałek od świątyni była dzika plaza - ponoć jedna z ulubionych plaż surferów. Parkujemy nasz motorek, płacimy za miejsce starszej kobiecie, która twierdzi, że to jej "place" i płacić trzeba i pokonujemy kilkaset schodów w dol, by dojść to ukrytej za kamieniami plaży. Plaża malutka i stosunkowo wąska. Morze chwilami niespokojne z dużą ilością fal. Mało ludzi i ogólnie sympatyczne miejsce, ale my nie mieliśmy ochoty się kąpać. Chwila odpoczynku i ruszamy dalej.
Jedziemy w kierunku Kuty — mekki turystów na Bali.
Teraz wyobraź sobie taką sytuacje:
Planujesz wakacje. Byłeś już w Hiszpanii, Egipcie, Grecji czy Turcji. Chcesz cos bardziej egzotycznego. Myślisz sobie "co mi tam! Zaszaleje!" Wydajesz grubą kasę i lecisz na Bali. Lądujesz. Wychodzisz z lotniska. Bucha Ci w twarz gorące, wilgotne powietrze. Jedziesz Shutle busem do hotelu. Pokój całkiem, całkiem. Myślisz sobie "jest fajnie, chodźmy na plażę, zobaczyć ten biały piasek, turkusowa wodę i palmy". Wchodzisz na plaże i widzisz to, co na zdjęciu...
Teraz wyobraź sobie taką sytuacje:
Planujesz wakacje. Byłeś już w Hiszpanii, Egipcie, Grecji czy Turcji. Chcesz cos bardziej egzotycznego. Myślisz sobie "co mi tam! Zaszaleje!" Wydajesz grubą kasę i lecisz na Bali. Lądujesz. Wychodzisz z lotniska. Bucha Ci w twarz gorące, wilgotne powietrze. Jedziesz Shutle busem do hotelu. Pokój całkiem, całkiem. Myślisz sobie "jest fajnie, chodźmy na plażę, zobaczyć ten biały piasek, turkusowa wodę i palmy". Wchodzisz na plaże i widzisz to, co na zdjęciu...
To plaża w Kucie. Nie było miejsca w internecie, gdzie bym nie przeczytała, żeby tam nie jechać. Ale my chcieliśmy zobaczyć to na własne oczy. Nie tak wyobrażałam sobie raj na ziemi — brudna plaża, masa bud ze straganami i jeszcze większa ilość naciągaczy. My Bali poznaliśmy na swój sposób. Tu nie ma magicznych plaż, na widok ktorych opada Ci szczeka. Wiecie jakie było moje zaskoczenie, kiedy przygotowywujac się do tego urlopu się o tym dowiedziałam! Bali ma w sobie dużo więcej do zaoferowania niż smażenia tyłka na leżaku.
JEDZENIE NA BALI
Wycieczkę kończymy późnym wieczorem pod naszym hotelikiem, a dokładniej po drugiej stronie ulicy — przy budach z jedzeniem. Ubud, czyli miejscowość, w której mieszaliśmy podczas całego pobytu na Bali słynie ze świetnych restauracji i ogromnej ilości przysmaków w nich serwowanych. Chcieliśmy się przekonać na własnej skórze czy tak jest. Jaka jest nasza odpowiedz: Owszem w Ubud dostaniesz do jedzenia czego tylko dusza zapragnie. Siedzisz w pięknej restauracji, obsługują Cię przemili kelnerzy, którzy gestem skinienia dziękują Ci za złożone zamówienie i za suty napiwek. Zamawiasz sok ze świeżego ananasa, czekasz aż przyjdzie Twoje Sate-czyli bardzo popularne szaszłyki w sosie orzechowym (przepis już niedługo na blogu!) i celebrujesz chwile. Nastrój psuje rachunek, który musisz zapłacić :D
Ubud w ostatnich latach zaczął mocno zawiewać komercją i z pięknego miasta pełnego kultury, sztuki i ciekawych ludzi przeistoczył się w typowo turystyczne miasteczko. Jestem w dalszym ciągu zdania ze to świetny punkt wypadowy, by moc zobaczyć calą wyspę, a nie nudzić się wieczorami. Jednak w kwestii jedzenia jestem sceptycznie nastawiona. Byliśmy w kilku lokalach gdzie płaciliśmy mniejsze bądź większe rachunki. Jedzenie smakowało, obsługa zawsze na wysokim poziomie. Ale to nie nasze klimaty. To nie ten urlop, w którego czasie przebieram się po całym dniu w elegancką sukienkę, nakładam sandałki na nogi, podkreślam oko kredką, usta musnę szminką i tak odwalona idę na miasto. Sącząc drinka czekam na jedzenie i myślę jak można spożytkować jeszcze wieczór / noc. Ja na urlopie mam 4koszulki i japonki, żadnej szminki a tym bardziej nie eyeliner! Patrze na to, żeby nie śmierdzieć i cieszę się, że mam codziennie dostęp do czystej wody — bo że ciepła to już za duży luksus. Dlatego dużo lepiej czuliśmy się na ulicy przy budach i straganach z jedzeniem, gdzie ciężko było dogadać się z ludźmi po angielsku, wiec zostawała mowa rak. Jedzenie kosztowało takie grosze, ze nawet gdy zamówiliśmy cos co nam nie smakowało, nie żal było, żeby polowe zostawić. Najprostszy przykład. Świeży sok z owoców piliśmy praktycznie codziennie. W restauracji ceny wahały się od 20.000 do 40.000IDR, czyli jakieś 5-7zł, a w budce przy ulicy? 7.000IDR, czyli 2zł. Różnica w smaku? Kolosalna. Sok z restauracji był rozcieńczany wodą, do tego stopnia ze jak nie zamieszałeś to nie wiedziałeś, jaki ma smak ta "woda". Sok z budki to kawałek owocu np. papaja i do tego 3 (!) łyżki wody, odrobinka lodu i nic więcej — czysty owoc! Absolutna rewelacja :D
Kokos (3zdjecia na dole) to koszt rzędu 10.000IDR - 20.000IDR (2,5-5zł), jak się utargowaliśmy. Szaszłyki w budce pieczone na Twoich oczach na ogniu z sosem orzechowym to koszt 10.000IDR (1zł) za jedna sztukę. W knajpie za kilka szaszłyków i dwa soki zapłaciliśmy 371.000IDR, czyli 111zł! Różnica spora prawda? A ile za pozywna zupe, ktora trzyala nas do popludnia i nie czulismy glodu? 9.000IDR (2,7zl) za miseczke :D
Któregoś dnia jadąc sobie droga zatrzymaliśmy się przy malej "restauracyjce". W środku dwa stoliki a na zewnątrz duży grill — załapaliśmy się na świeżo pieczoną rybkę. Mówcie mi co chcecie, ale to była najlepsza ryba, jaka kiedykolwiek jadłam! Dostaliśmy do niej ryz, trzy sosy i...miseczkę z sokiem z cytryny, by umyć ręce — przecież tam każdy je rękoma! Za porządna wyżerkę (od stołu nie umiałam wstać byłam tak najedzona) + picie zapłaciliśmy 90.000IDR, czyli jakieś 27zl - za nasza dwójkę!
Nasłuchałam się od wielu osób, że trzeba uważać co i jak się je w Azji, ze niebezpiecznie, ze można nabyć się wirusa, grypy żołądkowej itd itp. My nie mieliśmy nic! Świetna możliwość, żeby zaoszczędzić trochę grosza, by poznać życie tamtejszych ludzi, poobserwować ich, może akurat uda się porozmawiać. Siadaliśmy z tubylcami przy dużym stole i bez znajomości słowa po angielsku z ich strony mogliśmy się dogadać — po kolei wręczano nam do rak różne sosy, by moc doprawić nasze jedzenie. Gestem pocierania się po brzuchu wiedzieliśmy że wtedy smakuje najlepiej. Takich przeżyć nie da wam żadna wykwintna restauracja!
Ja nie mowie, ze ja nie lubię eleganckich knajp. Lubię, bardzo! I lubię się odwalić w fajna kieckę, żeby móc zjeść wspólnie kolacje, bądź napić się drinka. Ale tak to ja się bawię u siebie, a będąc na urlopie tysiące kilometrów od domu chcę chłonąc tamtejszy klimat.
Kochani w przyszłym tygodniu ostatni post z Bali, czyli czeka nas wycieczka do jeszcze jednej swiatyni, a potem zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki na naszym urlopie. Do następnego!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.







































