Testy kosmetyczne | The Body Shop, Pat&Rub, Bath & Body Works, Soraya
Zobacz oryginał czw., 10/04/2014 - 11:03Dziś mam dla Was recenzje kilku kosmetyków, które przez ostatni miesiąc testowałam dzięki uprzejmości marek The Body Shop, Soraya, Pat&Rub oraz Bath & Body Works. Kosmetyki otrzymałam w prezencie podczas spotkania warszawskich blogerek z okazji Dnia Kobiet. Kilka z nich postanowiłam dla Was opisać nieco bliżej, bo moim zdaniem są warte uwagi.
The Body Shop
Mini-żele pod prysznic w trzech pięknych zapachach – kokosowym, mango i oliwkowym. Jako pierwszy wykorzystałam ten o zapachu kokosa i myślałam, że nic go nie przebije, jednak zapach mango jest równie cudowny. Aromat oliwek nie należy do moich ulubionych, jednak nie mogę powiedzieć, że jest nieprzyjemny. Wszystkie żele mają dość gęstą konsystencję, kokosowy jest nieco bardziej kremowy niż pozostałe i nieco trudniej się spłukuje. Delikatnie się pienią, skóra jest po nich miękka w dotyku i nawilżona. Nie mają magicznych właściwości pielęgnacyjnych, ale ich zapachy są warte swojej ceny (ok. 25 zł/250 ml).
Soraya
Orzechowo-morelowy peeling do twarzy z serii „So Pretty” przeznaczonej dla wieku 20+. Mam suchą i problematyczną cerę ze skłonnością do przebarwień, nie jest łatwa w pielęgnacji, ekspresowo się przesusza i to do tego stopnia, że w okolicach czoła i nosa zaczyna się łuszczyć. Peeling idealny dla mnie ma za zadanie oczyścić moją cerę i sprawić, że będzie gładka i gotowa na przyjęcie porządnej porcji kremu nawilżającego. Byłam sceptycznie nastawiona do produktu Soraya, jak się okazało – niesłusznie. Peeling sprawdził się wspaniale, jest zdecydowanie lepszy niż jego poprzednik, którego używałam dotychczas. Jest delikatny dla skóry, nie podrażnia jej, ładnie oczyszcza, przyjemnie pachnie i pozostawia skórę naprawdę idealnie gładką. Dla mnie – kosmetyk na 5+
Pat&Rub
Dotychczas miałam okazję przetestować dwa z trzech produktów, które otrzymałam od marki – balsam do ust o zapachu pomarańczowym i różaną mgiełkę odświeżającą. Mgiełka ma bardzo ładny, różany zapach – to jeden z moich ulubionych aromatów. Można używać jej zarówno na oczyszczoną skórę – którą delikatnie tonizuje, jak i na makijaż – którego nie rozmazuje i nie pozostawia plam. Jest to dla mnie raczej produkt do sporadycznego wykorzystania, z pewnością przydatny w cieplejsze dni, bo bardzo przyjemnie odświeża i chłodzi skórę.
Balsam o zapachu pomarańczy od miesiąca jest w mojej kosmetyczce, używam go codziennie. Jego działanie zmiękczające suche usta jest poprawne, dobrze się sprawdza przy codziennym użytkowaniu, jednak w moim przypadku nie radzi już sobie zbyt dobrze, gdy usta mam bardzo spierzchnięte i popękane – muszę wtedy sięgać po mocniejsze pomadki. Balsam ma piękny zapach, łatwo się go rozprowadza, choć niestety sposób jego aplikacji nie należy do moich ulubionych – produkty nakładane z pudełeczka bezpośrednio na usta przy pomocy palców zawsze wydają mi się mało higieniczne.
Bath & Body Works
Marka Bath & Body Works sprezentowała mi trzy produkty, dwa z nich spodobały mi się bardzo, jeden to niestety kompletnie nie moja bajka.
Mgiełka do ciała o zapachu Amber Bush to mój nowy ulubiony (zaraz po ukochanych perfumach Diora i Thierry Mugler) zapach. Jest kobiecy, bardzo słodki i mocno kwiatowy. Ma jednak dość duży minus – znika ze skóry w mgnieniu oka. Rozumiem, że to mgiełka zapachowa, jednak trwałość jest po prostu zerowa. Dosłownie po kilku minutach zapach prawie nie jest wyczuwalny na skórze. Gdyby jego trwałość była choć odrobinę większa – to byłby mój hit sezonu.
Antybakteryjny żel do rąk dla mężczyzn o zapachu Twilightwoods – z początku faktycznie chciałam oddać go mojemu mężczyźnie, jednak jego zapach totalnie mnie uwiódł i nie mogę się z nim rozstać. Dołączony do niego był silikonowy kubraczek, który mnie bardziej rozbawił, niż okazał się przydatny, ale to taki fajny gadżet do torebki. Żel pachnie jak dobre męskie perfumy, znam skądś ten zapach, ale nie umiem go nazwać. Kojarzy mi się ze znaną marką perfum, jest hipnotyzujący i przez to muszę bardzo dziwnie wyglądać, bo co chwila wącham swoje dłonie! ;)) Właściwości antybakteryjne są raczej trudne do określenia bez mikroskopu, natomiast z rzeczy zauważalnych gołym okiem – żel się nie klei, szybko wysycha, nie pozostawia żadnego śladu na skórze poza cudnym zapachem. Przypuszczam, że przy długotrwałym stosowaniu będzie nieco wysuszać dłonie (jak większość produktów tego typu).
Na koniec bubel – balsam do ciała o zapachu, którego wolałabym nie poczuć – Midnight Pomegranate. Pachnie jak lody na bazie mleka z malinami i owocem granatu – brzmi dobrze, prawda? W rzeczywistości takie nie jest… Sam balsam zawiera masło shea i witaminę E, ma za zadanie nawilżać skórę, jednak przyznam, że nie umiem tego określić, bo użyłam go dwa razy i dwukrotnie szybko próbowałam go z siebie zmyć. Zapach z buteleczki nie jest aż tak nieprzyjemny, dopiero w kontakcie z moją skórą stał się nie do zniesienia – kwaśny, duszący i bardzo intensywny. Jestem na nie.
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.








