Lista blogów » The Polaroid Book

Spring make-up

Zobacz oryginał

Uwielbiam ten moment, kiedy przychodzi wiosna – odechciewa mi się ciężkich makijaży i automatycznie ograniczam się do podstawowego minimum. „Make-up no make-up” – czyli taki, który ma udawać, że wcale go nie ma – jest mi w tym czasie najbliższy, jednak soczysty kolor na policzkach i ustach to coś, czemu na wiosnę nigdy nie mogę się oprzeć. W kąt odkładam pędzle do blendowania i czarny cień do smokey eye, który zimą bardzo lubię, a wyciągam z kosmetyczki wszystko, co rozświetlające. Moja propozycja wiosennego makijażu jest bardzo prosta, bo skóra dzięki niej rozkwita, jak wszystko wokół i nie jest obciążona niepotrzebnymi kosmetykami.

TPB-PinkMakeup1.png

Rzecz pierwsza i najważniejsza, to odpowiednie przygotowanie skóry. Moja jest problematyczna, łatwo się podrażnia i ma mnóstwo zaczerwienień, a do tego ma dość szary (szaro-blady!) odcień. Piękność po prostu. ;) Dlatego właśnie moje kremy do pielęgnacji twarzy wybieram bardzo ostrożnie i pokładam w nich zawsze duże nadzieje na poprawę stanu mojej cery. Tym razem od firmy Soraya otrzymałam do przetestowania kosmetyk z serii Metamorphose – przeciwzmarszczkowe serum rozświetlające z efektem terapii światłem. Przyznam, że sama nazwa nieco mnie nastroszyła, bo mam mieszane uczucia co do używania kosmetyków przeciwzmarszczkowych, jednak lata torturowania mojej cery dymem papierosowym i zdecydowanie niezdrową dietą na tyle ją wymęczyły, że postanowiłam spróbować. Powiem tyle – nie zawiodłam się. Serum w niewielkiej ilości wmasowałam w skórę twarzy i szyi, a ta po chwili nabrała zdrowego, brzoskwiniowego odcienia. Wyglądała tak ładnie, że przez chwilę zastanawiałam się, czy w ogóle dziś robić jakiś makijaż… :) Serum zawiera w sobie delikatnie mieniące się drobinki, ładnie rozświetla skórę i poprawia jej koloryt, poprawę widać od razu. Według opisu producenta sprawdza się zarówno, jako lekki krem na dzień (niestety mojej skóry nie nawilża zbyt dobrze, więc używam go po nałożeniu swojego codziennego kremu nawilżającego, o którym wspominałam tutaj), jako rozświetlacz na wieczór (trudno mi ocenić, bo tak go jeszcze nie używałam) oraz jako baza pod makijaż (i tak chyba sprawdza się najlepiej). Nie chcę wydawać ostatecznej oceny, czy ten produkt kocham, czy to będzie chwilowy romans – muszę wypróbować go przez dłuższy czas, jednak na chwilę obecną daję mu 4/5 punktów w mojej skali.

TPB-PinkMakeup-serum.png

Krokiem numer dwa było nałożenie podkładu – jest to kolejna nowość w mojej kosmetyczce. Po przefarbowaniu włosów stwierdziłam, że mój dotychczasowy fluid jest nieco za ciemny i potrzebuję czegoś o ton jaśniejszego, znalazłam taki odcień w kolekcji Rimmel’a Match Perfection. Używam go dopiero od kilku dni i zauważyłam, że pięknie wtapia się w jaśniejsze partie mojej twarzy (okolice czoła, nosa, brody), jednak przy policzkach i uszach oraz na skroniach, tam gdzie skóra jest nieco ciemniejsza i najszybciej „łapie” słońce – podkład wygląda nieco blado. Wypróbowałam trik ze zmieszaniem kropli starego podkładu z nowym przed nałożeniem go na te ciemniejsze partie i okazało się to być strzałem w dziesiątkę.

TPB-PinkMakeup-foundation.png

Rozświetlenia nigdy dość, zatem nałożyłam kilka kropli rozświetlacza na kości policzkowe i środek czoła. High Lights marki Technic to kosmetyk, który wspaniale zastępuje High Beam Benefit’a (i jest na nim dość widocznie wzorowany), a do tego kosztuje około 10 zł. Ma kilka wad – jest dość gęsty, a dołączony do niego pędzelek to jeden wielki dowcip, bo jest tak miękki, że bardzo ciężko nabrać nim kosmetyk ze słoiczka, ale sprawę załatwia patyczek kosmetyczny. Jego plusem jest wydajność, a rozświetlenie jakie daje jest bardzo naturalne, lekko perłowe.

TPB-PinkMakeup-highlighter.png

Zgodnie z zasadą „kosmetyki mokre na mokre, suche na suche” po nałożeniu wszystkich płynnych i poczekaniu chwilę aż wchłoną się w skórę – utrwalam makijaż pudrem Affinitone. Korzystam z niego już od dłuższego czasu i powoli mi się kończy, jestem zadowolona z jego odcienia i trwałości, choć strefę T (która w moim przypadku jest dziwna, bo raz jest sucha, raz przetłuszczona) w ciągu dnia muszę poprawiać.

TPB-PinkMakeup-powder.png

Tym razem nie konturuję twarzy bronzerem, a jedynie tworzę zdrowy, lekko cukierkowy rumieniec na policzkach ulubionym różem Bourjois w odcieniu Jasper Rose. Róż nakładam na najbardziej wypukłą część kości policzkowej – pomagam sobie szczerząc się do siebie w lustrze. :) Minimalnie przeciągam go też nieco dalej w kierunku uszu.

TPB-PinkMakeup-blush.png

Pod łuk brwiowy i na wewnętrzną część powieki nakładam cień od MaxFactor 101 Pale Pebble w kolorze nude z lekko połyskującym perłowym wykończeniem, żeby nieco rozświetlić spojrzenie i powiększyć oko. Kiedy mam ochotę na subtelny makijaż jest to w zasadzie jedyny cień, jakiego używam, czasem dodaję jeszcze chłodny i niezbyt ciemny brąz w załamaniu powieki, żeby podkreślić kształt oka.

TPB-PinkMakeup-shadow.png

Rzęsy tuszuję dokładnie kilkoma warstwami tuszu, aktualnie używam Mascara Volume 2.0 marki IsaDora, która sprezentowała mi mascarę przy okazji grudniowego spotkania blogerek. Ładnie podkreśla i wydłuża rzęsy, jednak nieco się kruszy i jej kolor to czerń z domieszką brązu, jest nieco subtelniejsza niż kruczoczarne mascary, których używałam wcześniej.

TPB-PinkMakeup-mascara.png

Ostatni krok to mocny akcent koloru na ustach. Dzięki marce Celia, która podarowała mi błyszczyk Delice w odcieniu 13, makijaż miał idealne wykończenie. Z błyszczykiem nie rozstaję się również od kilku dni, testowałam go w różnych warunkach – od wiosennego spaceru, poprzez podróż na uczelnię w koszmarną pogodę, siedzenie na uczelni przez cały dzień, zajadanie sałatek, kanapek i picie napojów energetycznych. Dałam mu wycisk. ;) A on spisał się całkiem dobrze. Oczywiście nie wytrzymał całego dnia i po kilku godzinach udało mi się go „zjeść”, jednak kolor nie zniknął całkowicie. Plusem jest też fakt, że nie klei się w nieprzyjemny sposób, ładnie pachnie i nie smakuje jak apteczna wazelina, czym niektóre pomadki i błyszczyki przegrywają u mnie po całości. Wygląda świetnie, kiedy nakładam go aplikatorem i mocno nabłyszczam usta, ale ładnie też się rozciera i pozostawia akcent koloru bez mocnego nabłyszczenia – tak jak w tym makijażu. Kolor uważam za doskonale dobrany do mojego typu urody, jest cukierkowy i na wiosnę sprawdzi się wspaniale. Produkt trafił na listę moich ulubionych kosmetyków kolorowych do ust, a ostatecznym plusem jest jego cena – kosztuje 12 zł.

TPB-PinkMakeup-lipgloss.png

TPB-PinkMakeup-doing.png

TPB-PinkMakeup2.png TPB-PinkMakeup3.png

Wiosna inspiruje mnie do tworzenia takich świeżych, lekkich makijaży na co dzień. Kluczowe jest rozświetlenie skóry i subtelne podkreślenie atutów.

Zaloguj się, żeby dodać komentarz.