Royal National Park and Wedding Cake Rock
Zobacz oryginał pon., 28/03/2016 - 12:40Siemka! Dzisiaj ewidentnie mam wenę, więc postanowiłam wykorzystać ten przypływ inspiracji:) To chyba zasługa długiego świątecznego odpoczynku, wypoczęty organizm znacznie lepiej funkcjonuje:)
Kolejny rodzinny trip! W sumie był to już ostatni:) Ponieważ do Royal National Park’u wybraliśmy się w przedostatnim dniu pobytu mojego brata w Sydney, ale chyba wrażenia były największe. Ja też byłam tam po raz pierwszy, ale jak widać na powyższym zdjęciu – Tymek przejął rolę przewodnika.
aaaa nie, przepraszam, ja wlekłam się za nim, bo po 2 tygodniach robienia mniej więcej 20-25km dziennie (na nogach oczywiście) myślałam, że umrę ze zmęczenia:) i oczywiście upał nas nie opuszczał:)
Przedzieraliśmy się przez takie piękne tereny:)
Jedno z najpiękniejszych miejsc w jakim byłam w okolicach Sydney:) Cisza, spokój, znacznie mniej ludzi, niż we wszystkich stricte turystycznych miejscach, no i widoki!!!
Głównym celem naszej wycieczki był Wedding Cake Rock:) 1,5 godziny marszu w jedną stronę – od wejścia do parku:) ale było warto, to coś naprawdę niesowitego, pośród normalnych, a już zachwycających klifów pojawia się nagle wielka biała skała:) Która totalnie nie pasuje do całego krajobrazu a przy tym zapiera dech w piersiach.
Tak, na powyższym zdjęciu chciałam zeskoczyć na te niższą skałkę:P (żart!!) Muszę Wam się przyznać, że dojście do klifu jest zamknięte, ale turyści znaleźli dziury w ogrodzeniu, więc nie mogliśmy nie skorzystać:) To się nazywa życie na krawędzi:D rzekomo skała grozi zawaleniem, moim zdaniem jest to zrobione tylko w celach bezpieczeństwa, bo ludzie naprawdę wyprawiają na tej skala niestworzone akrobacje… a wiemy jak się to kończy. Może się to wydawać szokujące, ale w Sydney co chwile słyszy się o turystach którzy spadli z jakiegoś klifu…
Odważna akrobacja plus mocniejszy podmuch wiatru i cię nie ma, niestety, więc z rozwagą! Ja byłam ostrożna:) ale uczucie gdy jesteś na krawędzi klifu jest okropne!… brrrr
Nie skończyliśmy naszej wycieczki na białym klifie:) Dzielnie pomaszerowaliśmy jeszcze kilka kilometrów dalej:)
Wylądowaliśmy na przepięknej plaży, na której nie było nikogo!
Okej Ci ludzie widoczni na powyższym zdjęciu, zdążyli pójść dalej, zanim my dotarliśmy do samej plaży:)
W takich chwilach w Australii czuję się najlepiej, gdy uświadamiam sobie, że jestem tylko ja i natura, zero interwencji człowieka. Do cywilizacji nie daleko, bo zaledwie kilkanaście kilometrów, więc spokojnie po długim tygodniu szybkiego życia w Sydney, można się zresetować jednodniową wycieczką na taką plażę:) 
Pod koniec pogoda trochę się popsuła, zrobiło się pochmurnie i w drodze powrotnej zaczął padać przyjemny chłodzący deszczyk.
Mnie osobiście deszcze przestał już dawno przeszkadzać w Australii:) tutaj pogoda jest bardzo zmienna, oczywiście z większością ciepłych dni.
Tylko na początku stycznia zdarzył się tydzień kiedy deszcz padał praktycznie codziennie i ciężko było o słońce. Normalnie nie zdarza się, żeby nawet przy kiepskiej pogodzie chociaż przez część dnia nie świeciło słońce:)
Okey to chyba na tyle:) Postaram się dodać nowy post w środku tygodnia, ale wiecie jak to jest w tygodniu:)
Kategoria: Travel
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.



