Peeling ma charakterystyczne, podwójne opakowanie – w każdej połówce znajduje się 15 ml płynnej fazy, którą dozuje się za pomocą pompki. Nadrukowane na buteleczce podziałki i półprzeźroczysty plastik, z którego jest wykonana, pozwalają na bieżąco obserwować ubytek produktu. Zgodnie z zaleceniem producenta zaczęłam kurację od fazy pierwszej. W jej skład wchodzą 5% kwasy owocowe i ekstrakt z łuski komosy ryżowej – wszystko o właściwościach złuszczających. Według opisu na opakowaniu, głównym celem tego etapu jest pobudzenie procesu odnowy komórkowej.
Przez kilka pierwszych dni od rozpoczęcia kuracji moja skóra była lekko zaczerwieniona – efekt uboczny działania kwasów, który faktycznie jest wymieniony w ulotce. Jednak cera dość szybko się przyzwyczaiła i problem bezpowrotnie zniknął. Muszę przyznać, że trochę obawiałam się suchych skórek, ale na szczęście nic takiego nie miało miejsca – codziennie po peelingu nakładałam krem nawilżający na noc, a w ciągu dnia dodatkowo stosowałam krem ochronny SPF50.
Efekty po stosowaniu fazy pierwszej zauważyłam po ok. tygodniu – skóra zaczęła się wygładzać, a ślady po zmianach słonecznych znikać. Po czternastu nocach z ciekawością przeszłam do fazy drugiej - zawierającej 10% stężenie kwasów glikolowego i kwasu salicylowego, mającej ostatecznie zregenerować moją skórę. Faza druga pod względem konsystencji jest taka sama, jak pierwsza – rzadka i wodnista, jednak tym razem o niebieskim zabarwieniu. Ma podobny zapach i wchłania się równie szybko. Tym razem, mimo zmiany stosowanej substancji, nie zauważyłam żadnej reakcji obronnej – wręcz przeciwnie, skóra bardzo dobrze „przyjęła” zmianę. Przez następne 14 dni jej wygląd zmieniał się już tylko na plus – bez żadnych efektów ubocznych.
Pomijając początkowe zaczerwienienie, moja skóra widocznie skorzystała na tym zabiegu – po 28 dniach jest gładsza i ma wyczuwalnie lepszą, bardziej napiętą strukturę. Koloryt uległ ujednoliceniu i rozjaśnieniu (ponieważ unikam opalenizny, jest to dla mnie duży plus). Zmarszczki mimiczne wokół ust stały się mniej widoczne. Mimo, że produkt jest określany jako "peeling progresywny", w rzeczywistości jest to zbilansowana kuracja kwasami – substancje aktywne i ich proporcje zostały dobrane na tyle starannie, że nie trzeba obawiać się nieprzyjemnych efektów ubocznych. Brak widocz,nego łuszczenia i wysuszenia skóry sprawił, że Visionnaire Crescendo stosowałam z przyjemnością, nie martwiąc się o to, czy moja cera następnego dnia będzie w stanie wytrzymać standardową dawkę makijażu.
Seria Visionnaire to idealne połączenie luksusu marki Lancôme oraz tego, czego potrzebuje skóra dojrzała. Piękne i spójne opakowania sprawiają natomiast, że seria idealnie prezentuje się na naszej toaletce, lub na półce w łazience -
Lancôme Visionnaire to po prostu wizja piękna naszej skóry.