Princess of Kos- ostatnie dwa dni.
Zobacz oryginał sob., 28/07/2012 - 10:04
Ta noc nie była udana. Twardy materac powodował poją ciągłą pobudkę. Zamiast kołdry było prześcieradło. Zresztą jaki głupiec owijałby się kołdrą w takiej temperaturze? Bodźcem zmuszającym do wstania było pukanie do drzwi. Tata woła, że pora iść na śniadanie. Jest 9.00. Ubieram się i schodzę do pokoju niżej, aby wykorzystać swoją kosmetyczkę i uczesać włosy. Idziemy do Taverny. Przy wejściu rozciąga się wielki stół szwedzki. Rzucam się na jedzenie z chęcią posmakowania wszystkiego. Jeden dział był poświęcony sałatkom (pomidory bez dodatku, kukurydza, groszek, feta z dodatkami, sałata.. Wybór ogromy i możliwość łączenia smaków), dział drugi z daniami na ciepło: jajecznica, parówki (nie polecam, to jakaś papka była a nie parówki), jakieś coś słodkiego przypominającego ciasto. Dział trzeci- słodkości na zimno: ciasta. Oczywiście do wyboru kawa, herbata, kakao (gorzkie, wiec dużo cukry trzeba było dodać), wino i oczywiście automaty (moje ulubione) jeden z sokami (ble) i drugi z zimnymi napojami typu Cola, Sprite, Mirinda. Wszystko rozwodnione. Moim faworytem okazały się 'paluszki' z ciasta francuskiego i z sezamem. Mama zachwala tamtejszą fetę, która rzekomo nie była słona. Po pierwszym posiłku, przebieramy się i idziemy na basen. O 13.00 poszliśmy na spotkanie organizacyjne z naszego biura podróży. Babka mówiła o wycieczkach fakultatywnych, ale główną informacją nas interesującą był termin przeniesienia na do innego pierwotnego hotelu. Dowiedzieliśmy, się że następnego dnia o 10.00 podjedzie po nas taksówka. Potem spacer nad morze. Piasek parzył niemiłosiernie. Na szczęście ból minął, gdy stopy zamorzyłam w wodzie. Okazała się być ciepła. Wracamy do hotelu. Teren zajmowany przez niego obejmował 2 baseny (na jednym nie byłam), pełno mieszkanek typu domek/ blok mieszkalny, taverna, recepcja, plac zabaw, bar. Także mając szczęście można było trafić pokój 100m od plaży, a z jego brakiem 800m. Od 13.00-15.00 obiad. Potem ponownie basen. Głębokość wahała się od 1,35m- 3,5m, więc każdy mógł znaleźć kawałek dla sienie. Nawet ja nie najlepiej pływająca pozbyłam się zahamowań. Obok znajdował się brodzik. W przerwie miedzy posiłkami robione były naleśniki z nutellą bądź marmoladą. Wzięłam 3, z myślą podzielenia się z rodziną, ale że nikt nie chciał, to sama je wciągnęłam. Kolacja od 19.00. Serwowane posiłki były na prawdę smaczne. Najadałam się do syta, mimo, iż a uczucie pełności nie mijało, miałam ochotę jeść dalej. Po ostatnim posiłku udałam się na spacer, z chęcią zajrzenia wszędzie. Weszłam na dach bloku (znajdowały się tam baterie słoneczne), zajrzałam na chwilę do mini amfiteatru (myślałam, że ta część już nie należy do ośrodka, czyli 'wcisnęłam' się do innego :P ) oraz na plażę. Nie oparłam się chęci klęknięcia na piasku i patrzenia na zachód słońca. Do powrotu skłoniła mnie prawdopodobna późna godzina (prawdopodobna, bo nie miałam zegarka). Po 'zameldowaniu' sie rodzicom, udałam się do baru czynnego do 24.00 , popijając Kos Colę z automatu.
KONIEC DNIA DRUGIEGO
Dzień trzeci nie różnił się znacząco od poprzedniego. Pobudka, basen, obiad, basen, kolacja. Miałam ochotę do kogoś zagadać, ale niestety nie miałam odwagi. Miałam nawet plan dać komuś jednego z naleśników [?! jak to brzmi], aby zacząć 'gadkę', ale w końcu jednak nie miałam komu. Trudno było znaleźć kogoś w moim wieku.
Wieczorem ponownie sama wiłam się po uliczkach ośrodka. Raz, gdy tańczyłam i śpiewałam ze słuchawkami na uszach, minął mnie jakiś facet przypominający Hindusa i wyśmiał mnie. Później okazał się prowadzącym 'imprezkę' po kinder party w mini amfiteatrze. Po czasie wciągnęłam się w tańczącą grupę. Niestety po czasie tańce się skończyły, a ja ponowiłam swój spacer po okolicy. Tym razem moim celem było dojście do ulicy głównej. Po drodze odczułam naglą potrzebę użycia toalety. To najbliższego WC było za daleko, wiec stwierdziłam że poczekam z potrzebą. Minęłam boisko do tenisa, do którego się wkradłam, chwile pobierałam i po stwierdzeniu, że już tam nic nie zrobię, udałam się w dalszą trasę. Minęłam mini kapliczkę poświęconą Maryi. Meta była już blisko, a po dotarciu do niej, biegiem puściłam się w poszukiwaniu toalety. Pomijam fakt, iż pierwszego dnia było tak ciemno, że weszłam do męskiego :P
A, i podczas jednego z obiadów, tata zaczepił kelnera pytając się czy jest z Polski, bo na plakietce pisało Marek. Okazał się Słowakiem, a przyjechał tan do pracy. Zresztą jak reszta kelnerów. Ja też chcę w pewne wakacje wyjechać za granicę do roboty. Choć ponoć praca animatora jest fajniejsza, bo przysługuje 1 dzień wolnego w tygodniu :D
Dzisiaj też dużo zdjęć, czas zakończyć opowieść o Princess of Kos. Ogólnie to polecam ten hotel, choć łóżka twarde ;| , ale widać to u nich normalne. Posiada 4 gwiazdki, jest schludny, dobre jedzenie, akurat na odpoczynek :D
W tym typie pokoju spałam.
Wrażenie robiła sama recepcja :P
Mini amfiteatr.
Prywatna plaża hotelu.


Znajdowały się tam różne typy budynków mieszkalnych. Mój to ten na 1 zdjęciu.
Baaaaaasen oczywiście :D
Fascynujący ten grecki sposób pisania. Ta czcionka. Wszystko takie inne niż w Polsce.
Tak po części wyglądał ośrodek, ale to i tak nie wszystko :)
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.



