Jakiś czas temu na moim profilu FB przebąkiwałam Wam, że postanowiłam sprawić sobie muchę.
Nie, nie w sensie nowego zwierzątka - taką ubraniową muchę ;)
Ostatnimi bowiem czasy nie boho, nie minimalizm, a taki męski nieco styl jest tym, co pociąga mnie w modzie najbardziej.
"Ostatnimi czasy" nie oznacza przy tym przestrzeni kilku tygodni - już wtedy, gdy kupowałam szelki (czyli w okolicach listopada) instynktownie czułam, że pójście tą drogą byłoby dla mnie dobre.
Jednakże pełen obraz stylu, jaki chciałabym zacząć próbować odwzorowywać w swoich zestawach skrystalizował mi się w początkach bieżącego roku - z czym się ten moment zbiegł opiszę Wam tu kiedyś, cierpliwości ;)
W każdym razie - muchy jeszcze nie mam.Z prozaicznej przyczyny: nie miałam czasu na to, aby jej gdzieś poszukać.
Ale mam krawat! A raczej apaszkę, która krawat całkiem dobrze udaje ;)
Chęć przywdziania krawata zrodziła się we mnie w tym samym mniej więcej okresie, w którym zachorowałam na posiadanie muchy.
"Prawdziwy" krawat był pierwszym, w co celowałam - niestety, obecnie modne są chyba wszystkie szersze krawaty, a dostać taki, jakiego poszukiwałam (długi i wąski) jest chyba rzeczą niemożliwą.
Jako że obecnie czas na bieganie po galeriach handlowych mam tylko w ciągu tygodnia, po pracy (weekendy przeznaczam na resetowanie się - niestety, nadal nie przestawiłam się do pracy na pełen etat i po pięciu dniach rannego zrywania się do niej w sobotę i niedzielę marzę tylko o tym, żeby się wyspać i polenić), to nie mogę pozwolić sobie na kursowanie pomiędzy kilkoma z nich - przejrzawszy więc krawatowy asortyment kilku obecnych w łódzkiej Manufakturze sklepów typowo z odzieżą męską doszłam do wniosku, że niestety: krawat nie jest mi chyba pisany.
Po wyjściu z ostatniego z nich przysiadłam, zasmucona, na pufie ustawionej na jednym z manufakturowych pięter i jęłam wzdychać nad swoją trudną dolą.
A kiedy wzdychanie takie i rąk łamanie już mi się znudziło, to podniosłam oczy, popatrzyłam przed siebie... i ze zdumieniem skonstatowałam, że coś, co dokładnie tak, jak wymarzony przeze mnie krawat wygląda ma zamotany wokół szyi manekin ustawiony na wystawie SinSay'a.
Na SinSay pogniewałam się bardzo przy okazji historii z kraciastym płaszczem - tej, o której pisałam Wam w
tym poście.
Ale żadna siła nie mogła powstrzymać mnie przed próbą sprawienia sobie wymarzonego dodatku.
Aż tak konsekwentna nie jestem - bez jaj ;)
Okazało się, że sinsay'owy krawat to nic innego, jak szalenie modna w minionym roku w blogosferze, na wybiegach i w modzie ulicznej wąska apaszka.
Pewnie się zdziwicie, ale choć widywałam te apaszki przecież na każdym niemal kroku - tak w sklepach, jak i na Waszych blogach - to ani razu nie przyszło mi do głowy, że można je nosić w ten właśnie, "krawatowy" sposób.
Lansowano luźne wiązanie ich - i jakimś dziwnym cudem zakodowałam sobie, że tylko do takiego noszenia te apaszki (czy tam szaliki) się nadają ;P
No nic - lepiej późno, niż wcale. Wąską apaszkę nabyłam i ja ;)
Przyniósłszy krawat do domu zmiarkowałam się, że wypadałoby mieć go jeszcze do czego nosić - podobnie jak i tę muchę nieszczęsną.
Nie chcę być bardziej nudną, niż jestem, zatem po raz setny nie będę wspominać to u tym, że generalnie z elegancją jako taką się nie lubię, więc jakiejś w miarę porządnej białej koszuli w mojej szafie się nie uświadczy (czarnych parę mam, w tym kilka takich naprawdę dobrych jakościowo).
A raczej - do niedawna się jej w niej nie uświadczyło.
Wraz z kupnem "krawata" i planami sprawienia sobie muchy doszłam do wniosku, że co jak co, ale trzydziestoletnia już prawie kobieta kilka przynajmniej białych koszul mieć powinna.
No i obkupiłam się w nie, że ho i ha.
Łącznie sprawiłam sobie pięć białych, koszulowych cudeniek ;)
Dwa bawełniane, trzy szyfonowe.
Ta dopasowana, bawełniana koszula, którą mam na sobie na zdjęciach z dzisiejszego posta pochodzi z kolekcji H&M Conscious.
Jestem z niej bardzo zadowolona, ponieważ ma odpowiednio szerokie mankiety - a ja koszuli z takimi mankietami właśnie potrzebowałam: żeby móc nosić ją ze swetrami i wywijać te mankiety na ich rękawy.
Bo i dokładnie w takim wydaniu, jak to prezentowane przeze mnie dzisiaj pragnęłam obnaszać swój krawat: z koszulą i swetrem (sweter to także dość nowy łup - wypatrzony w Bershce, na ostatkach wyprzedaży i za 20 złotych :>).
No i z melonikiem oczywiście!
Żeby było trochę angielsko ;)
Tego wrażenia "angielskości" w sumie dopełnia tu też płaszcz - naprawdę cieszę się, że odnalazłam go w szafie któregoś wczesnojesiennego dnia.
Chociaż dziś większą popularnością cieszą się płaszcze dwurzędowe i stylizowane na militarne (jakby co - mam takie dwa ;P jeden nawet jest bardzo modny, bo oprócz tego, że dwurzędowy, to sięga mi do połowy łydki i wygląda jak płaszcz oficera SS, czyli bardziej "militarnie" chyba już się nie da ;P), to ja właśnie w tym lubię siebie najbardziej :)
Jakoś tak mi do tego mojego melonika najbardziej pasuje ;)
Stonowany i nieco klasyczny wygląd całości postanowiłam przełamać lenonkami - w chłodne miesiące rzadko noszę okulary (bo i po co nosić je jesienią, gdy nie ma słońca i zimą, która jest bezśnieżna, więc nawet gdy słońce świeci dość mocno, to nie ma się od czego odbijać?), jednak ostatnie dni były już na tyle słoneczne, że bez poczucia żenady mogłam do noszenia okularów powrócić.
Lenonki nadały zestawowi takiego charakteru, o jaki mi chodziło - dodały jej zawadiackości :)Oprócz krawata, koszuli i swetra także i buty widzicie na blogu po raz pierwszy.
Czaiłam się na nie przez kilka miesięcy, licząc, że kiedyś będą dostępne w cenie niższej, niż regularna (ładne są, to prawda, ale nie chciałam dawać za nie stu pięćdziesięciu złotych).
No i dorwałam je za trzy dychy ;)
Nie wiem, jak mam je nazwać - ni to półbuty, ni creepersy...
Są chyba pomieszaniem jednego i drugiego modelu ;)
Nie jestem pewna, czy wybrałam do publikacji zdjęcie, które najlepiej to ukazuje, ale są dość masywne - a ja do masywnego obuwia mam ostatnio nieopisaną wprost słabość ;)
One wydawały mi się najbardziej ze wszystkich moich butów pasować do tego zestawu - chociaż i moje oksfordy od Even&Odd także, sądzę, dałyby tu radę ;)
Melonik - H&MOkulary - SinSayPłaszcz - F&FKoszula - H&MKrawat/apaszka - SinSaySweter - BershkaCygaretki - StradivariusListonoszka - SinSayRękawiczki - SinSayButy - Bershka
zdjęcia: Moda i Takie Tam
Dzisiejszy post nie powstałby, gdyby nie pomoc
Pauli.
Tę "stylizację" miałam na sobie w ubiegły weekend, w czasie mojego pobytu w Częstochowie.
Kto z Was obserwuje mojego
instagrama lub
facebooka ten wie, że miniony weekend spędzałam właśnie tam.
Razem z Paulą doszłyśmy do wniosku, że nie można takiemu ładnemu połączeniu pozwolić zostać niesfotografowanym - Paula zaoferowała mi więc po raz kolejny już swoją pomoc i dla potrzeb mej blogowej "kariery" popełniła mi parę zdjęć.
Zdjęcia bardzo mi się podobają i jestem z nich naprawdę zadowoloną, korzystając zatem z okazji podziękuję za nie i tu: Kochanie, moc buziaków dla Ciebie!
Wierzcie lub nie, ale warunki nam bardzo nie sprzyjały - wiał okropny wiatr, słońce świeciło bardzo mocno, a do tego wszystkiego było pioruńsko zimno.
Ileśmy się pod nosami nabluźniły na ten nasz blogerski los, to nasze ;>
Za tydzień powtórka z naszych fotograficznych zmagań, bo wybieramy się wraz z Paulą do Krakowa - coś czuję, że to będzie podróż pełna wrażeń i emocji, bo i ja i Paula szczerze za Krakowem nie przepadamy ;P
No to mówcie - jak Wam się w takim krawatowym wydaniu podobam?
Ja - mówiąc szczerze - uważam ten zestaw za jeden z lepszych, jakie kiedykolwiek Wam tu pokazywałam.
Ale wiecie... prawie że ze wsi jestem, mogę się nie znać ;)
Radosnej i spokojnej niedzieli Wam życzę.
Ściskam mocno i pozdrawiam - Wasza Mar!