Skończyły się ferie, trzeba było wrócić na uczelnię.
Nie to jednak spędzało mi przez ostatnie dni sen z powiek - powrót w mury mojej Alma Mater nie okazał się zbyt dotkliwym (no dobra, poza zajęciami z logorytmiki - kazano mi wytańczyć własne imię i nazwisko w rytm wyklaskiwanych sylab... w rytm? mnie? komuś, komu pojęcie rytmu jest tak obce, jak definicja całki? i "wytańczyć"? ludzie, ja się o własne nogi potykam przy jakimkolwiek tańcu, aaaaaa!) - a konieczność rozliczenia się z ubiegłorocznych jeszcze praktyk.
W czasie, kiedy moi towarzysze studenckiej niedoli zajmowali się tymi wszystkimi konspektami i dzienniczkami, to ja pisałam rozdział pracy licencjackiej... a potem przyszły ferie, a potem przyszła praca... gdzieś mi to umknęło...Z racji, że Logopedka u której odbywałam praktyki to sąsiadka mojego dziadka, to z każdym kolejnym dniem zwłoki było mi coraz bardziej wstyd, że tak późno się odzywam...
I dalej się nie odzywałam - błędne koło...
Tym, co zmusiło mnie do wzięcia tyłka w troki i zakończenia sprawy praktyk było zorientowanie się, że jeszcze dzień, dwa, a zamknie się USOS.
I jeśli nie dopilnuję sprawy... to baj, baj, zniżki studenckie, żegnajcie ;P
Zbierałam się do zadzwonienia do Logopedki pół dnia - w myślach układałam sobie liczne przemowy i wyrazy skruchy, jakimi zamierzałam powitać Ją, gdy odbierze telefon.
Planowałam także wybrać się do pobliskiego monopolowego i na przeprosiny (bo miałam odezwać się w listopadzie) kupić Jej jakąś dobrą nalewkę, a potem z nalewką tą pod pachą podreptać do Niej i przepraszać na żywo.
Dobrze, że w pewnym momencie zmiarkowałam się, jak bardzo ten pomysł zasługuje na tytuł żenady roku.
Wreszcie - zadzwoniłam, ochrzanu nie było, kamień spadł mi z serca.
A następnego dnia chwyciłam wszystkie konspekty i dzienniczek praktyk w łapki i podreptałam z nimi tam, gdzie podreptać miałam już dawno temu.
Stemple zdobyte!
Ocena wystawiona!
Uczelniany semestr zimowy uroczyście ogłaszam zamkniętym!
Mogę się skupić na nauce nowych rzeczy.
I na pracy!
Nawet nie wiecie, jaka to ulga, gdy człowiekowi nie wisi już nad głową żadna zaległa sprawa...
Dzisiejszy wpis poświęcam jednej z moich nowości szafowych - zielonej parce, którą wypatrzyłam w New Yorkerze pod koniec stycznia.
Dorwałam ją totalnym przypadkiem - byliśmy wtedy z Leszkiem w łódzkiej Manufakturze, Leszek przeglądał książki w Empiku, a ja postanowiłam w tym czasie rozejrzeć się po okolicznych sklepach z ciuchami
(książek wolę nie oglądać - półka na książki, która wisi nad moim łóżkiem, zaczyna się już niebezpiecznie wybrzuszać... raz już mi się zerwała - uwierzcie, guz był duży, siniak na ręku także, krwiak w oku wchłaniał mi się dwa miesiące...).
Pierwszy koło Empiku jest New Yorker - weszłam doń bez przekonania, bo rzadko kiedy coś mi się tam podoba.
Ale tym razem było inaczej - parka od razu wpadła mi w oko!
Nigdy w życiu nie miałam parki - we wszystkich, które przymierzałam, wyglądałam jak w worku.
Albo jeszcze inaczej - infantylnie, niepoważnie.
Zraziłam się więc do tego typu kurtek - uważałam, że to najbardziej niewdzięczny kurtkowy fason ze wszystkich.
Kiedy przymierzyłam tę parkę, to zmieniłam zdanie - bardzo spodobało mi się to, że ma taki faaaaajny, wielki kaptur (i to podwójny - ten futrzany jest dopięty, gdy go odepniemy, to kaptur i tak jest, tylko mniej okazały :>), że w pasie ma ściągacze (trochę mnie to optycznie wysmukla ^^) i że tak dużo ma wszelkich nap, zapięć, klamerek i innych pierdółek.
I jeszcze coś mnie w niej zauroczyło - podszewka!
Podszewkę ta parka ma wspaniałą - taki "baranek", w innych kręgach "misiem" zwany ;)
Nie byłam do końca pewna, czy potrzeba mi kolejnej kurtki, ale kiedy uświadomiłam sobie, że wszystkie zimowe kurtki jakie mam w szafie są paskudne (i że nadają się tylko do przemykania między blokami gdy na zewnątrz jest jeszcze ciemno albo gdy ciemno już się robi) to od razu zaniosłam ją do kasy.
Niech stracę - pomyślałam - wreszcie w jakiejś kurtce nie będę wyglądać jak żul.
Przy kasie okazało się, ze parka jest przeceniona jeszcze bardziej, niż myślałam: zapłaciłam za nią 79,90 ;)
No mówię Wam, Ludzie - głupiego szczęście nigdy nie opuszcza...
Zdjęcia robiliśmy dwa tygodnie temu.
Dziś co prawda nie ma już na ziemi łódzkiej tyle śniegu, ile spadło w tamten weekend, ale zimno jest tak samo (albo i bardziej!), więc wciąż nie rozstaję się z moim nowym, kurtkowym nabytkiem ;)
Plener do zdjęć jest zupełnie inny, niż wszystkie prezentowane Wam do tej pory - bo zapuściliśmy się w inne Łodzi rejony ;P
Odkryliśmy nowy park na łódzkich Bałutach ;P
Wypatrzyłam go któregoś dnia w drodze do pracy ;P
Przyznać musicie, że to dość urokliwe miejsce ;)
Dziś znowu (poprzednio miało to miejsce w poście ze sztucznym futerkiem w roli głównej) prezentuję Wam się w beanie - tym razem już nie tej, którą swego czasu podkradłam tacie.
Dorobiłam się swojej ;P
Upolowałam ją w SinSay'u.
Walała się na wyprzedażowym regale, grosze kosztowała...
Grzechem było nie wziąć ;)
Parka - New Yorker
Tregginsy - H&M
Buty - H&M
Golf - jeden z łódzkich lumpeksów
Czapka - SinSay
Rękawiczki - no name (Butik Nashe, Zgierz)
Torba - Cropp
Zdaję sobie sprawę, że ten zestaw nie jest typowo "mój" i że niektórzy i niektóre z Was przeżyli szok oglądając te zdjęcia ;)
No ale bądźmy ze sobą szczerzy - jak jest zimno, to ciężko paradować w kapeluszu i swetrze ;P
Zmykam, wreszcie mogę, jak człowiek, iść do pracy ;P
To teraz tak - tym, którzy już wrócili do pracy/nauki po okresie feryjnym życzę w szkole/na uczelni/w miejscu pracy spokoju i małej roboty ilości, a tym, którzy jeszcze się byczą: odpoczynku i relaksu :)
Trzymajcie się ciepło!
Ściskam Was,
Wasza Mar!