Lista blogów » aschaaa

Płaszcz iście jesienny, ale tekst o szaleństwie zimowym

Zobacz oryginał
DSC_9700.jpg


Przedwczoraj pisałam Wam, ze nie podobam się sobie na ostatnich zdjęciach. Dzis nie mogę powiedzieć tego samego. To była chyba nasza najkrótsza sesja, ale jakoś wszystko tak spasowało, a ja jakaś taka wyjątkowo urodziwa jestem na tych zdjęciach :D 

Tak trochę nie pasuje do adekwatnej pogody za oknem, bo u nas biało! Czyste szaleństwo - pierwszy śnieg, a miasto sparaliżowane :P Niewiele mam z tego śniegu, bo chwila moment on stopnieje, a ze sportów zimowych nie uprawiam, to tak mi tylko przyjdzie popatrzeć przez okno. Co do sportów zimowych... Rzut beretem od nas są Alpy - piękne, majestatyczne, wysokie Alpy. Mam znajomych z Polski, którzy co roku pokonują setki kilometrów po to, żeby pozjeżdżać na austriackich stokach. A mnie to w ogóle nie kreci. Nic a nic. Jak byłam w liceum strasznie chciałam się nauczyć jeździć na desce snowboardowej. Ba! Ja byłam przekonana, ze ja jeżdżę, haha. I wszystkich w klasie przekonywałam, ze przecież to nie problem dla mnie jeździć na snowboardzie. Kiedy przyszło do jakiegoś wypadu ze znajomymi ze szkoły na stok, Agata dostała paniki, bo przecież jeździć to ja umiałam, ale na krechę. Ambitna to ja byłam zawsze, wiec namówiłam Tatę, żeby zabrał mnie na jakiś sztucznie naśnieżany stok, niedaleko mojego miasta (Tata nie jeździł, pełnił tylko funkcje kierowcy :D). Pomyślałam sobie, ze aż takie ciężkie to być nie może, nie? Dniówka i będę śmigać...yhyyyyy... jasne.

Po przyjeździe już do Wiednia, mój mąż próbował kilka razy nauczyć mnie jeździć. Kupił nowa deskę, fajne buty, miałam kolorowa czapkę z dzwoneczkami na końcach - jak jechałam to mnie słychać było, dzięki czemu Peta wiedział gdzie jestem (tak trochę jak z małym dzieckiem, ale obojętne :P). Jakieś 3, może 4 lata temu, już nie pamiętam pojechaliśmy ze znajomymi na stok. Fajne towarzystwo, fajny klimacik. Rano w piwnicy stwierdziłam, ze ja za głupia jestem na ta deskę. Niech Pete bierze swój "parapet", ja sobie wypożyczę narty. Poleziemy na oślą łączkę i tam się nauczę na nartach. Przecież to już w ogóle musi być banalne - tak każdy mówi! Tak tez się stało. Po 10 minutach na oślej łączce, już miałam łzy w oczach, nogi się rozjeżdżały, ja wpadałam na jakieś małe dzieciaki i  w ogóle jakiś koszmar. Po kolejnych 5 minutach leżałam na śniegu zalana łzami, ze w d*** mam te cale zimowe szaleństwo, idę do chatki na naleśniki i grzańca. Pecie udało się mnie namówić, żebym przynajmniej raz zjechała na jego desce. On wziął te wypożyczone nartki, ja jego dechę. Dobra, wychodząc z wyciągu zawadziłam twarzą o podłogę i to mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, ze jestem niezdara do kwadratu. Ale ok, zjeżdżamy, zjeżdżamy, ja przecież na krechę, bo inaczej nie umiem... Nagle wjeżdża mi jakiś maluch pod nogi, no to Agata strach w oczach, panika, wywracam się na plecy i uderzam głową o lód, który jest na stoku. Peta mnie zbiera, jakoś dojeżdżam do dołu. Juz mocno wkurzona na siebie, Pete i cały ten stok, ściągam dechę i idę w kierunku grzańca. Cudem mężowi udaje się mnie przegadać, żebym dala sobie jeszcze jedną szanse, będziemy wolno jechać, on będzie cały czas przy mnie i ze na prawdę nie może się nie udać. Ok, wyjeżdżamy na gore. Zas zawadziłam ryjkiem o podłogę... Na gorze czekali wszyscy znajomi i mieliśmy razem zjechać w dol. Z całej frustracji i masą śniegu w ustach, podchodzę do nich, ściągam deskę z wiązania , rzucam ja na zimie i chce na niej klapnąć. Ja patrze.... a moja deska POJECHAŁA W DOL! Nie, nie stokiem, tylko do lasu, do ogromnego lasu gdzie śnieg zakrył by mnie dwa razy. 

No super.... teraz to już kaplica.. deska jest... Pety... jest nowa... jakaś tam markowa...cokolwiek, nie znam się... deska pojechała... nikt nie ma normalnego obuwia, żeby pójść jej poszukać... zresztą, co tak do lasu, nie wiadomo gdzie ona jest... taaaak, super... mnie to powinni zamknąć gdzieś w piwnicy i nie wypuszczać do ludzi, bo to się zawsze źle kończy...

Moje rozważania przerwał Peta stwierdzeniem, ze on idzie szukać deski! O, on se tak idzie, ta se, z lekkością w glosie, jakbym ja mówiła "idę na wyprzedaż do zary"

Ale ze co? Ze jak? szukać? W tych butach? Tych od nart?

Tak. W tych od nart. I poszedł. Po pół godzinie, mojego Pety dalej nie ma... Telefon w aucie, no bo przecież, po co mu na stok telefon, nie? Wołać se mogę ile chce, widzieć, nic nie widzę. No wiec siadłam i zaczęłam zaś ryczeć. Kumpel się zlitował i stwierdził, ze pójdzie gu szukać. Poszedł. Mija kolejne pół godziny. Zaginęli obaj. Kino w głowie - coś się stało, lawina spadła na nich, niedźwiedź zagryzł, zgubili się, złamali nogę, ktoś ich zaciupał... myśli miałam sporo - samych negatywnych.

Moje szczęście nie miało granic, kiedy chłopacy się odnaleźli, ba! Deskę tez znaleźli :D

Od tamtej pory, nikt mnie nigdy nie widział i nie uwidzi na stoku. To był definitywny koniec moich przygód z deskami, nartami i innymi. Teraz preferuje sanki i dupoloty :D

Powiedzcie jak to jest u Was? Lubicie zimowe szaleństwo na stoku?


DSC_9699.jpg


DSC_9673.jpg


DSC_9682.jpg


DSC_9711.jpg


DSC_9683.jpg


DSC_9716.jpg


DSC_9675.jpg


DSC_9710.jpg


DSC_9706.jpg


coat / płaszcz - HERE / TUTAJ
jeans / jeansy - zara
shoes / buty - no name
bag / torebka - zara
headpiece / opaska - made by my sister :D / robiona przez Kasię, moja siostrę :)

Zaloguj się, żeby dodać komentarz.