Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Musztarda, czerń i "moja" elegancja
Zobacz oryginał wt., 20/10/2015 - 10:41Udało się!
Jakimś cudem zdołaliśmy upolować wraz z Lechem typowo jesienny plener, zanim październik zamienił się w koniec listopada, a temperatury spadły o dobre piętnaście stopni w dół.
Oczywiście - te opadłe liście znaleźliśmy już w fazie znacznego ich zeschnięcia, ale jakie by nie były... to są!
A to oznacza, że blogowy sezon jesienny roku bieżącego mogę zaliczyć do udanych :D
Prawdę powiedziawszy - sądziłam, że jeszcze jakieś tego typu zdjęcia zrobimy, niestety pogoda postanowiła zakpić sobie z moich sądów.
Trudno.
I tak trzeba się cieszyć, że ten śnieg, który jednego z poprzednich poniedziałków zaskoczył mnie w drodze do pracy (a w efekcie opadów którego docierałam do niej dwie godziny) nie postanowił zostać z nami na dłużej.
Bo wiecie, wszystko zniosę, wszystko przemilczę - ale popitalać w październiku w kozakach, to niezbyt mam ochotę.
Kwękałabym srodze.
Zestaw z dzisiejszego posta jest jednym z najstarszych zestawów, jakie na siebie zakładam.
Te spodnie mają dobre pięć lat.
Gościły już dwa razy na blogu - tu i tu.
Znacie je więc dobrze.
W czasie, kiedy je kupiłam bryczesy i wszystkie spodnie z nieco obniżonym krokiem, szerokie w biodrach i odrobinę zwężane w nogawkach święciły triumfy na ulicach.
Na blogach pewnie też - nie było mnie wówczas w blogosferze, więc nie wiem.
Mnie tam było wszystko jedno, czy inni je noszą - grunt, że ja je bardzo polubiłam.
Chyba dlatego, że świetnie "protezowały" mi wąskie biodra i brak tyłka, nad którymi to deficytami mojej sylwetki zawsze bolałam.
Nabyłam wówczas kilka par takich portek - musztardowe, granatowe, czarne i wykonane z ciemnego denimu.
To z grubszych - z cieńszych oliwkowe i lniane, czarne, które oglądaliście na blogu bodajże tegorocznym sierpniem (z tym, że one są już nieco młodsze).
Wszystkie pary Wam pokazywałam, wszystkie ochoczo nosiłam.
I noszę je do dziś.
Od samego początku odkrywania przeze mnie takiego fasonu spodni najchętniej łączyłam go z bardziej eleganckimi górami.
Przy czym słowo "elegancki" (jak wiecie) ma dla mnie zupełnie inne, niż dla większości kobiet znaczenie - albo znaczenie ma to samo, tylko w realizacji wypada nieco inaczej, niż u ogółu damskiej populacji ;)
Moja elegancja nigdy nie jest elegancją koszulowo - szpilkową.
Owszem, zdarza mi się założyć klasyczną, białą koszulę, zdarza mi się też założyć szpilki.
Kto widział na moim facebooku zdjęcie z mej czwartkowej obrony, ten wie, że czasami bywam nieco bardziej standardowo elegancka (aczkolwiek też nie jestem tam odziana w żadną garsonkę :>).
Ale nie lubię tego, źle się wtedy czuję i kiedy tylko naprawdę nie muszę, to nigdy tak się nie noszę.
"Moja" elegancja to owszem, marynarka albo kamizelka, to owszem - jakaś bluzka albo koszula - ale jeśli marynarka, to zakładana z podwiniętymi rękawami, jeśli kamizelka, to rozpięta, a jak koszula, to najchętniej szyfonowa.
Nierzadko też jakieś połączenie swetra z koszulą albo i sam sweter.
Koszula niekoniecznie biała, najchętniej czarna.
Jeśli już musi być tam jakaś biała bluzka - to tak, wybieram tę z delikatniejszego materiału, ale nigdy o oficjalnym kroju.
Nawet te wszystkie typowo eleganckie i białe koszule, jakie mam, mają w sobie coś fikuśnego - a to krótkie są, a to jakieś kieszenie z suwakami je zdobią, a to mankiety nieco większe posiadają.
Nie lubię nudnej, garsonkowej elegancji.
Wyglądam w niej śmiesznie. Pańciowato.
U kogoś, komu pasuje - szczerze ją podziwiam.
U siebie jej nie znoszę.
Może stąd ta moja do tej klasycznej elegancji awersja, że miałam taki okres w swoim życiu, gdy potrafiłam do codziennych wyjść na uczelnię stroić się tak, jak niektórzy na egzamin albo do pracy w urzędzie.
Wstawać o piątej trzydzieści po to, by zrobić pełen makijaż, ułożyć włosy na szczotce, na stopy założyć szpilki i polecieć tak odstrojoną na jeden wykład.
Nawet zimą, nawet w śnieżycę - po prostu wtedy szpilki brałam jako buty na zmianę.
Chyba wydawało mi się wówczas, że te wszystkie zabiegi dodają mi powagi.
(Jasne, jakby coś było mi jej w stanie dodać :])
Przyczyny tego, dlaczego dziś nie podobam się sobie taką, jaką byłam wtedy upatruję w fakcie, że nie miałam wówczas zbyt dużo pieniędzy - w związku z czym część tych moich ubrań nie była dobrej jakości.
Duża część.
Kiedy odnajdywałam te ciuchy na dnie szafy po iluś od ich noszenia latach, to miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
Elegancja "klasyczna" jest wtedy elegancją prawdziwą, kiedy jest dobra jakościowo.
I choć moi znajomi z tamtych lat mówią mi, że każdy był wówczas zachwycony moim "imidżem", to ja nie chcę takiej siebie pamiętać.
Dlatego jeszcze, że malowałam się wtedy tragicznie, w noszonej w tamtych latach fryzurze wyglądałam jak transwestyta i w ogóle... nie, nie, nie... nie było mnie takiej!
Nigdy!
Zatem - jak bryczesy, to góra bardziej "wyjściowa", ale na tyle nie do końca wyjściowa, by pozostawała w zgodności z mało formalnym modelem spodni.
Tak najlepiej bym to podsumowała.
Stąd też i tu te zbluzowane i wywinięte rękawy/mankiety marynarki, stąd bawełniana, acz ładna bardzo bluzka.
Cały ten komplecik nosiłam do pracy w czasach, kiedy pracowałam (krótko, ale jednak) w biurze i parę miesięcy później - gdy sprzedawałam drogie koszule w jednym z manufakturowych butików.
Efekt musiał być dość dobry, bo nikt mi nigdy niedostatków odpowiedniego wizerunku nie zarzucił ;)
Tylko buty miałam wówczas inne - jesienią sztyblety, a wiosną czółenka.
Osobiście uważam, że ani jedne ani drugie tu nie pasowały.
Może dlatego, że bryczesy najlepiej jednak prezentują się z oficerkami (i tak noszę je zimą - w ogóle zimą najchętniej noszę te portki).
A jak nie z oficerkami, to z takimi właśnie jak na tych zdjęciach półbutami.
Tak - buty, pasek, torebka i szalik są tu dość nowe.
Je mam i dodaję do tego zestawu od niedawna.
Buty i pasek znacie, to pisać o nich nie będę.
Ale torebki jeszcze nie widzieliście.
Malutka, bardzo prosta i jak wszystkie niemal moje torebki - czarna.
Ten rok jest dla mnie przełomowy, bo po latach noszenia wielkich tylko toreb codziennych przekonałam się wreszcie do nieco mniejszych modeli.
Ten wypatrzyłam we wrześniu w Deichmannie i od razu mnie zauroczył.
Mały, prosty i pozbawiony zbędnych ozdób.
A mimo tego dość wyrazisty - bo z ciekawym zapięciem.
Mieści szminkę, telefon, klucze i portfel - jedyne tak naprawdę potrzebne mi w codziennym funkcjonowaniu rzeczy.
No i jeszcze e-papierosa, jak się go jakoś bokiem tam umieści.
Wszystko inne trafia do mojej torebki bez jakiejkolwiek potrzeby i tylko mi ciąży.
Nie umiem nad tym zapanować, od zawsze ładuję do torebki kilogramy zbędnych pierdół.
Tylko małe jej gabaryty potrafią mnie przed tym powstrzymać.
To, co mi się w tej torebce mini nie do końca podoba, to dość krótki pasek.
Ja to lubię, jak torebka ma dłuuuugi pasek - im dłuższy, tym lepszy.
Ale nie można mieć wszystkiego.
Nie za takie grosze, jakie za nią zapłaciłam.
Nowy jest też szal.
Tak, przyznaję się bez bicia - był docelowo kupiony do noszenia go z tymi właśnie spodniami ;)
Nie mogę, nie potrafię przejść obojętnie obok jakiegokolwiek musztardowego ciucha.
Każdy ma jakiegoś bzika - ja mam takiego.
Jest stosunkowo niegroźny, choć nie powiedziałabym, że mało kosztowny ;)
Zdjęcia robiliśmy już jakiś czas temu, od dnia ich popełnienia dorobiłam się innego, nieco bardziej subtelnego, ale podobnie klasycznego paska.
I oksfordek.
Albo raczej takich butów, które bardziej od tych tu do oksfordek są podobne.
Dziś wydaje mi się, że o wiele lepiej by tu wyglądały.
Ale wtedy nie miałam ich na stanie - a jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma.
Może wkrótce Wam je pokażę, wtedy sami i same ocenicie, czy pasowałyby tu lepiej ;)
Okulary - SinSay
Marynarka - Orsay
Bluzka - Stradivarius
Szal - H&M
Bryczesy - no name (Butik Nashe - Zgierz, ul. Parzęczewska)
Torebka - Deichmann
Pasek - Pepco
Buty - Centro
Dziękowałam na fejsie, podziękuję Wam za trzymanie za mnie kciuków i tu - wszystko się udało, jestem już logopedą i technikiem audiometrii!
Póki co pracy poszukam raczej w tej drugiej branży, bo bez podyplomowej specjalizacji marne są szanse na to, bym załapała się w jakiejś placówce zajmującej się terapią chorych neurologicznie (a jeśli mam pracować jako logopeda, to tylko z takimi pacjentami - do terapii dzieci z dyslaliami, to ja się nie nadaję: dzieci uciekną, a ja się nazłoszczę i rozchoruję).
Ale na to przyjdzie czas - jeszcze się w tym "moim" antykwariacie chwilę pobujam ;)
W każdym razie - w chwili obecnej jestem szczęśliwą, spełnioną Mar.
O, tak szczęśliwą:
Uciekam!
Życzę Wam miłego, spokojnego tygodnia.
W pracy, w szkole, czy gdzie tam chcecie :)
Mamy już wtorek, także piątek przyjdzie do nas na dniach :>
Jest się z czego cieszyć!
Ściskam i pozdrawiam,
Wasza Mar.
Trudno.
I tak trzeba się cieszyć, że ten śnieg, który jednego z poprzednich poniedziałków zaskoczył mnie w drodze do pracy (a w efekcie opadów którego docierałam do niej dwie godziny) nie postanowił zostać z nami na dłużej.
Bo wiecie, wszystko zniosę, wszystko przemilczę - ale popitalać w październiku w kozakach, to niezbyt mam ochotę.
Kwękałabym srodze.
Zestaw z dzisiejszego posta jest jednym z najstarszych zestawów, jakie na siebie zakładam.
Te spodnie mają dobre pięć lat.
Gościły już dwa razy na blogu - tu i tu.
Znacie je więc dobrze.
W czasie, kiedy je kupiłam bryczesy i wszystkie spodnie z nieco obniżonym krokiem, szerokie w biodrach i odrobinę zwężane w nogawkach święciły triumfy na ulicach.
Na blogach pewnie też - nie było mnie wówczas w blogosferze, więc nie wiem.
Mnie tam było wszystko jedno, czy inni je noszą - grunt, że ja je bardzo polubiłam.
Chyba dlatego, że świetnie "protezowały" mi wąskie biodra i brak tyłka, nad którymi to deficytami mojej sylwetki zawsze bolałam.
Nabyłam wówczas kilka par takich portek - musztardowe, granatowe, czarne i wykonane z ciemnego denimu.
To z grubszych - z cieńszych oliwkowe i lniane, czarne, które oglądaliście na blogu bodajże tegorocznym sierpniem (z tym, że one są już nieco młodsze).
Wszystkie pary Wam pokazywałam, wszystkie ochoczo nosiłam.
I noszę je do dziś.
Od samego początku odkrywania przeze mnie takiego fasonu spodni najchętniej łączyłam go z bardziej eleganckimi górami.
Przy czym słowo "elegancki" (jak wiecie) ma dla mnie zupełnie inne, niż dla większości kobiet znaczenie - albo znaczenie ma to samo, tylko w realizacji wypada nieco inaczej, niż u ogółu damskiej populacji ;)
Moja elegancja nigdy nie jest elegancją koszulowo - szpilkową.
Owszem, zdarza mi się założyć klasyczną, białą koszulę, zdarza mi się też założyć szpilki.
Kto widział na moim facebooku zdjęcie z mej czwartkowej obrony, ten wie, że czasami bywam nieco bardziej standardowo elegancka (aczkolwiek też nie jestem tam odziana w żadną garsonkę :>).
Ale nie lubię tego, źle się wtedy czuję i kiedy tylko naprawdę nie muszę, to nigdy tak się nie noszę.
"Moja" elegancja to owszem, marynarka albo kamizelka, to owszem - jakaś bluzka albo koszula - ale jeśli marynarka, to zakładana z podwiniętymi rękawami, jeśli kamizelka, to rozpięta, a jak koszula, to najchętniej szyfonowa.
Nierzadko też jakieś połączenie swetra z koszulą albo i sam sweter.
Koszula niekoniecznie biała, najchętniej czarna.
Jeśli już musi być tam jakaś biała bluzka - to tak, wybieram tę z delikatniejszego materiału, ale nigdy o oficjalnym kroju.
Nawet te wszystkie typowo eleganckie i białe koszule, jakie mam, mają w sobie coś fikuśnego - a to krótkie są, a to jakieś kieszenie z suwakami je zdobią, a to mankiety nieco większe posiadają.
Nie lubię nudnej, garsonkowej elegancji.
Wyglądam w niej śmiesznie. Pańciowato.
U kogoś, komu pasuje - szczerze ją podziwiam.
U siebie jej nie znoszę.
Może stąd ta moja do tej klasycznej elegancji awersja, że miałam taki okres w swoim życiu, gdy potrafiłam do codziennych wyjść na uczelnię stroić się tak, jak niektórzy na egzamin albo do pracy w urzędzie.
Wstawać o piątej trzydzieści po to, by zrobić pełen makijaż, ułożyć włosy na szczotce, na stopy założyć szpilki i polecieć tak odstrojoną na jeden wykład.
Nawet zimą, nawet w śnieżycę - po prostu wtedy szpilki brałam jako buty na zmianę.
Chyba wydawało mi się wówczas, że te wszystkie zabiegi dodają mi powagi.
(Jasne, jakby coś było mi jej w stanie dodać :])
Przyczyny tego, dlaczego dziś nie podobam się sobie taką, jaką byłam wtedy upatruję w fakcie, że nie miałam wówczas zbyt dużo pieniędzy - w związku z czym część tych moich ubrań nie była dobrej jakości.
Duża część.
Kiedy odnajdywałam te ciuchy na dnie szafy po iluś od ich noszenia latach, to miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
Elegancja "klasyczna" jest wtedy elegancją prawdziwą, kiedy jest dobra jakościowo.
I choć moi znajomi z tamtych lat mówią mi, że każdy był wówczas zachwycony moim "imidżem", to ja nie chcę takiej siebie pamiętać.
Dlatego jeszcze, że malowałam się wtedy tragicznie, w noszonej w tamtych latach fryzurze wyglądałam jak transwestyta i w ogóle... nie, nie, nie... nie było mnie takiej!
Nigdy!
Zatem - jak bryczesy, to góra bardziej "wyjściowa", ale na tyle nie do końca wyjściowa, by pozostawała w zgodności z mało formalnym modelem spodni.
Tak najlepiej bym to podsumowała.
Stąd też i tu te zbluzowane i wywinięte rękawy/mankiety marynarki, stąd bawełniana, acz ładna bardzo bluzka.
Cały ten komplecik nosiłam do pracy w czasach, kiedy pracowałam (krótko, ale jednak) w biurze i parę miesięcy później - gdy sprzedawałam drogie koszule w jednym z manufakturowych butików.
Efekt musiał być dość dobry, bo nikt mi nigdy niedostatków odpowiedniego wizerunku nie zarzucił ;)
Tylko buty miałam wówczas inne - jesienią sztyblety, a wiosną czółenka.
Osobiście uważam, że ani jedne ani drugie tu nie pasowały.
Może dlatego, że bryczesy najlepiej jednak prezentują się z oficerkami (i tak noszę je zimą - w ogóle zimą najchętniej noszę te portki).
A jak nie z oficerkami, to z takimi właśnie jak na tych zdjęciach półbutami.
Tak - buty, pasek, torebka i szalik są tu dość nowe.
Je mam i dodaję do tego zestawu od niedawna.
Buty i pasek znacie, to pisać o nich nie będę.
Ale torebki jeszcze nie widzieliście.
Malutka, bardzo prosta i jak wszystkie niemal moje torebki - czarna.
Ten rok jest dla mnie przełomowy, bo po latach noszenia wielkich tylko toreb codziennych przekonałam się wreszcie do nieco mniejszych modeli.
Ten wypatrzyłam we wrześniu w Deichmannie i od razu mnie zauroczył.
Mały, prosty i pozbawiony zbędnych ozdób.
A mimo tego dość wyrazisty - bo z ciekawym zapięciem.
Mieści szminkę, telefon, klucze i portfel - jedyne tak naprawdę potrzebne mi w codziennym funkcjonowaniu rzeczy.
No i jeszcze e-papierosa, jak się go jakoś bokiem tam umieści.
Wszystko inne trafia do mojej torebki bez jakiejkolwiek potrzeby i tylko mi ciąży.
Nie umiem nad tym zapanować, od zawsze ładuję do torebki kilogramy zbędnych pierdół.
Tylko małe jej gabaryty potrafią mnie przed tym powstrzymać.
To, co mi się w tej torebce mini nie do końca podoba, to dość krótki pasek.
Ja to lubię, jak torebka ma dłuuuugi pasek - im dłuższy, tym lepszy.
Ale nie można mieć wszystkiego.
Nie za takie grosze, jakie za nią zapłaciłam.
Nowy jest też szal.
Tak, przyznaję się bez bicia - był docelowo kupiony do noszenia go z tymi właśnie spodniami ;)
Nie mogę, nie potrafię przejść obojętnie obok jakiegokolwiek musztardowego ciucha.
Każdy ma jakiegoś bzika - ja mam takiego.
Jest stosunkowo niegroźny, choć nie powiedziałabym, że mało kosztowny ;)
Zdjęcia robiliśmy już jakiś czas temu, od dnia ich popełnienia dorobiłam się innego, nieco bardziej subtelnego, ale podobnie klasycznego paska.
I oksfordek.
Albo raczej takich butów, które bardziej od tych tu do oksfordek są podobne.
Dziś wydaje mi się, że o wiele lepiej by tu wyglądały.
Ale wtedy nie miałam ich na stanie - a jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma.
Może wkrótce Wam je pokażę, wtedy sami i same ocenicie, czy pasowałyby tu lepiej ;)
Okulary - SinSay
Marynarka - Orsay
Bluzka - Stradivarius
Szal - H&M
Bryczesy - no name (Butik Nashe - Zgierz, ul. Parzęczewska)
Torebka - Deichmann
Pasek - Pepco
Buty - Centro
Dziękowałam na fejsie, podziękuję Wam za trzymanie za mnie kciuków i tu - wszystko się udało, jestem już logopedą i technikiem audiometrii!
Póki co pracy poszukam raczej w tej drugiej branży, bo bez podyplomowej specjalizacji marne są szanse na to, bym załapała się w jakiejś placówce zajmującej się terapią chorych neurologicznie (a jeśli mam pracować jako logopeda, to tylko z takimi pacjentami - do terapii dzieci z dyslaliami, to ja się nie nadaję: dzieci uciekną, a ja się nazłoszczę i rozchoruję).
Ale na to przyjdzie czas - jeszcze się w tym "moim" antykwariacie chwilę pobujam ;)
W każdym razie - w chwili obecnej jestem szczęśliwą, spełnioną Mar.
O, tak szczęśliwą:
Uciekam!
Życzę Wam miłego, spokojnego tygodnia.
W pracy, w szkole, czy gdzie tam chcecie :)
Mamy już wtorek, także piątek przyjdzie do nas na dniach :>
Jest się z czego cieszyć!
Ściskam i pozdrawiam,
Wasza Mar.
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.






















