Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Może dlatego, że tym razem oglądałam go z nieco innej niż zwykle strony (i miejsce, w którym odbywał się event i nasza kwatera mieściły się w dzielnicy Podgórze - choć pomieszkiwałam w Krakowie, to w tych rejonach bywałam sporadycznie).
Może z racji faktu, że niemal nie musiałyśmy spędzać czasu w centrum miasta (a tego zatłoczonego serca Krakowa - pełnego bezdomnych, turystów, rozwrzeszczanych studentów i kiczowatych pamiątek - to ja nienawidzę, naprawdę! jak każdego gwarnego miejsca...).
A może z tego względu, że zmądrzałam i wydoroślałam - i wreszcie udało mi się odciąć od tego, co było.
Mucha i szelki w Krakowie
Zobacz oryginał ndz., 13/03/2016 - 11:40Wreszcie mam!
Jak się zebrałam w sobie i powiedziałam, że basta - nie ma lenienia się - to i w godzinę muchę znalazłam.
Albo i nawet w mniej :)
Nie powiem - działałam trochę pod presją czasu ;)
Jak to ja - gdybym urodziła się Indianką, to pewnie nosiłabym imię "Wiecznie Spóźniona" ;)
Był koniec tygodnia (bodajże czwartek), a w sobotni poranek miałam wyjeżdżać z Paulą do Krakowa.
Ponieważ ja zwykle z konieczności zrobienia wielu rzeczy zdaję sobie sprawę wtedy, gdy już właściwie powinnam robienie ich kończyć, tak i tym razem dopiero w ostatniej niemalże chwili uświadomiłam sobie, że wypadałoby na tym wyjeździe wyglądać elegancko.
Proszone byłyśmy bowiem na uroczystą dość imprezę:
premierę wiosennej kolekcji torebek Joanny Kruczek.
No i wiecie - ja wszystkie te moje poncza i narzutki kocham i część z nich nawet za w miarę eleganckie uznaję, ale jakoś tak doszłam do wniosku, że nie, nie tym razem: poncza zostają w Łodzi, ja stawiam na klasykę.
Koszula. Biała i prosta. A do niej mucha. Ta wymarzona mucha!
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić - ciężko mieć siłę na bieganie po galeriach i innych takich, kiedy człowiek kończy pracę późnym popołudniem i jedyne o czym marzy, to walnięcie się w wyro i spanie (najlepiej przez tydzień - bez przerwy).
Tak, bieganie - bo choć udało mi się już wcześniej (za pośrednictwem Internetu) dokonać małego przeglądu i dowiedzieć się, że wbrew moim wcześniejszym przekonaniom muchę dostanę w wielu miejscach bez większego problemu, to nieco ograniczały mnie finanse: był to czas, gdy mój bank nie odnotował jeszcze obecności na sygnowanym mym nazwiskiem koncie wypłaty za styczeń, także na fanaberie w rodzaju much ocenionych przez producenta/dystrybutora na warte stu złotych stać mnie nie było (ale takie, na przykład te od marthu - jest ich stoisko w Manufakturze, połykam te muchy wzrokiem po prostu <3 - podobały i podobają mi się najbardziej).
Musiałam znaleźć gdzieś wariant niskobudżetowy ;)
Całe szczęście, że przypomniałam sobie o komentarzu Kamili, który ta przemiła istota zostawiła mi jakiś czas temu na moim profilu FB - donosiła mi w nim, że ona upolowała ostatnio bardzo ładną, elegancką muchę w New Yorkerze.
I że mucha ta kosztowała ją złotych polskich dwadzieścia.
To było to! To była ta kwota, którą dać wówczas za muchę byłam w stanie ;P
Zdjęcia, które macie dziś możliwość oglądać na blogu są dowodem na to, że Kamila miała rację: w New Yorkerze tanie muchy były ;).
A zatem też na to, że muchę udało mi się upolować, w konsekwencji odwiedzając Kraków będąc w nią już uzbrojoną ;)
A zatem też na to, że muchę udało mi się upolować, w konsekwencji odwiedzając Kraków będąc w nią już uzbrojoną ;)
Dla potrzeb kompletowania stroju na wspomniany przeze mnie event muchę okiełznałam o, właśnie tak.
Jest to jedyne zdjęcie z tego wydarzenia, które przedstawia mnie i którym dysponuję - muchę widać na nim średnio, ale widać za to to, co do niej dobrałam.
Za dnia także nie zamierzałam z muchy zrezygnować - jak już jej Kraków pokazać, to i nocą i w świetle dziennym, a co!
Niech zwiedza wielki świat ;)
Tyle, że tworząc strój na dzienne spacery po mieście nie chciałam wbijać się w białą koszulę - po pierwsze dlatego, że ostatnio białe koszule nosiłam i noszę bardzo często (tak, naprawdę! wiem, że ciężko w to uwierzyć ;)).
Po drugie zaś przewidziałam, że żelazko, które możemy wraz z Paulą zastać w wynajętym przez nas mieszkaniu może średnio nadawać się do odprasowywania nim białej, nowej do tego koszuli - no i nie pomyliłam się: ktoś nim chyba ostro coś przypalił ;P
Także - choćbym i chciała, to nie miałabym jak wyprasować tamtej koszuli z eventu ;)
Postawiłam więc na koszulę teoretycznie mniej elegancką - kraciastą i z materiału bardziej przypominającego flanelę: z mieszanki bawełny i jakiejś syntetycznej tkaniny.
Ale - ostatecznie - na równie elegancko wyglądającą.
Dobrałam do niej szelki (które debiutowały już kiedyś na blogu, o tu), tregginsy, melonik, moje nowe creeperso-oksfordy, małą listonoszkę z SinSay'a (którą znacie bardzo dobrze i której pewnie macie już serdecznie dość ;P) i płaszcz - bo nad Wisłą w Krakowie zawsze wieje wiatr ;)
Więc płaszcz jest wskazany.
Całkiem niedawno ogłoszono najmodniejsze kolory sezonu wiosna-lato 2016.
Żółty został uznany za jeden z nich.
No, to wpisałam się w trendy.
I to bez wydawania na to w trendy się wpisywanie jednej nawet złotówki - bo ta koszula nie jest nowa, ma trzynaście lat, kupiłam ją będąc jeszcze w gimnazjum, w czasach gdy z upodobaniem nosiłam flanelowe koszule i agrafki na nogawkach dżinsów.
Jakiś czas temu planowałam wyrzucenie jej, ale koniec z końców zostawiłam ją, bo śladów użytkowania nie nosi żadnych, więc trochę mi jej było szkoda.
Jak widać - czasami warto być chomikiem ;P
Swoją drogą - ten krótki pobyt w Krakowie sprawił, że spojrzałam na Kraków nieco łaskawszym okiem.
Może dlatego, że tym razem oglądałam go z nieco innej niż zwykle strony (i miejsce, w którym odbywał się event i nasza kwatera mieściły się w dzielnicy Podgórze - choć pomieszkiwałam w Krakowie, to w tych rejonach bywałam sporadycznie).
Może z racji faktu, że niemal nie musiałyśmy spędzać czasu w centrum miasta (a tego zatłoczonego serca Krakowa - pełnego bezdomnych, turystów, rozwrzeszczanych studentów i kiczowatych pamiątek - to ja nienawidzę, naprawdę! jak każdego gwarnego miejsca...).
A może z tego względu, że zmądrzałam i wydoroślałam - i wreszcie udało mi się odciąć od tego, co było.
Tej mnie, która odwiedzała Kraków tych kilka lat temu dawno już nie ma.
Jestem też wolna od wszystkich tych trosk, które mnie wówczas trapiły.
I ludzi, którzy mnie wtedy otaczali.
Dlaczego więc mam chować urazę do jakiegoś miasta tylko dlatego, że w tym "dawnym" życiu spotkało mnie w nim coś niemiłego?
Mamy z Paulą plan - w wakacje zgarniamy pozostałą część naszej paczki (Ewę i Sylwię) i jedziemy do Krakowa na dłużej.
Zamierzamy się świetnie bawić! I nawet przez chwilę nie marudzić ;)
Melonik - H&M
Mucha - New Yorker
Płaszcz - F&F
Koszula - no name (trzynaście lat temu kupiona w hipermarkecie Carrefour)
Szelki - H&M
Tregginsy - H&M
Listonoszka - SinSay
Półbuty - Bershka
Zdjęcia i ich obróbka - Paula (Moda i Takie Tam)
Przygotowuję dla Was tego posta w nocy - Wy zobaczycie go rano, kwękając, że weekend już się kończy.
Dla mnie on się wcale nie zaczął.
Spędzam go pracując.
Nigdy nie sądziłam, że to napiszę, ale chyba cieszę się, że za tydzień wybieram się do szpitala.
I to nie na żadne badania, a na operację - której boję się jak nie wiem!
Ale jestem tak zmęczona, że nawet wizja operacji nie przeraża mnie już tak bardzo ;P
Trzymajcie się ciepło i nie dajcie się wiosennemu przesileniu!
Ściskam Was, Wasza Mar!
P.S. A pod tym linkiem fotorelacja z tego eventu, na którym miałyśmy wraz z Paulą przyjemność być.
P.S. (2) Bohemian Street, My Black and White Fashion - świetnie było Was poznać, Drogie Dziewczyny :)!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.












