Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Moja "pierwsza" maksi
Zobacz oryginał czw., 10/07/2014 - 01:19
Już w dzieciństwie lubiłam długie sukienki. I spódnice.
Czułam się w nich zawsze jak księżniczka z bajki Disney'a.
Godnie.
I elegancko.
Z wiekiem sympatia ta wcale mi nie minęła. Jednak od czasu, kiedy skończyłam lat naście i pożegnałam się ze stylem miejskiego menela (bo mniej więcej tak wyglądałam w okresie nastoletniego buntu ;P) zaczęłam patrzeć na siebie w długie spódnice i sukienki odzianą okiem nieco bardziej krytycznym.
Zanim to nastąpiło znosiłam do domu całe naręcza długich spódnic (kraciastych, najlepiej kraciastych! albo takich w kwiaty!), do tego zakładałam glany albo sandały i byłam najbardziej zadowoloną z własnego wyglądu mieszkanką powiatu zgierskiego.
Kiedy postanowiłam nieco wydorośleć i doszłam do wniosku, że no dobra, Mar, czas iść na studia, więc czas też przestać ludzi swoim wyglądem straszyć, to zaczęłam też coraz poważniej podchodzić do tu i ówdzie wysłyszanych tekstów - tych głoszących, że niskie kobiety w długich kieckach nie powinny paradować.
Bo to śmiesznie wygląda.
Bo skraca.
No i że co jak co, ale eleganckie to to nie jest na pewno.
Jakoś szczególnie niska nie jestem (całe 165 centymetrów), ale co prawda to prawda - nóżki mam króciutkie.
Bardzo sobie tę opinię wzięłam do serca.
Tak bardzo, że wyniosłam na śmietnik wszystkie moje długie nabytki :>
No cóż...
Nigdy nie twierdziłam, że wszystkie podejmowane przeze mnie w moim dwudziestosześcioletnim życiu decyzje były sensowne.
Ba!
Skłonna jestem wręcz stwierdzić, że przeważająca większość z nich (łącznie z wyborem pierwszych studiów) była durna i mało przemyślana.
Tak, ta też.
Oto bowiem mniej więcej w połowie zeszłego roku doszłam do wniosku, że nie, nie i nie!
Skoro wszystkie chodzą w tych długaśnych kiecach (a, no tak, bo w międzyczasie moda na długość maksi wróciła - to, co jeszcze dziesięć lat temu było przymiotem nastoletnich "hipisek" zaczęło być noszone na wybiegach i salonach ;)), to ja też znowu chcę!
A że jak ja sobie coś postanowię, to żadna siła mnie od tego nie odwiedzie, no to stało się.
Kupiłam.
Tytuł posta w zasadzie nie oddaje w pełni prawdy, bo kto przeczytał to, co napisałam powyżej ten szybko wyłapie, że wcale ta maksi nie taka pierwsza a enta, ale to taka moja pierwsza "dorosła" maksi - więc nie jest to żadne przekłamanie, nie ;)
Zanim przytargałam tę moją "dorosłą" maksi do domu i zawiesiłam ją z dumą w swojej szafie minął rok.
Tak, tak długo zajęło mi znalezienie takiej maksi, która nie jest maksi w wersji hiper - czyli nie ciągnie się pół metra za mną.
Oczywiście, mogłabym kupić nawet tę długą i oddać do skrócenia, albo skrócić ją samodzielnie.
Tyle, że: a) jestem leniwa, b) większość tych, jakie mi się podobały była zrobiona z materiałów, które sama bym moim nieudolnym, graślatym "maszynieniem" zniszczyła i z którymi wszystkie znane mi krawcowe też zapewne by się z należytą ostrożnością nie obchodziły.
Całe więc szczęście, że jakoś w okolicach tegorocznego marca zamiast w mury mojej Alma Mater, wprost na zajęcia, licho poniosło mnie do H&M'u. Tam też odkryłam (na dziale Basic) zwykłe, proste i bawełniane (wreszcie normalny materiał!) sukienki maksi.
Pomierzyłam, pokombinowałam i wybrałam - właśnie tę, którą możecie "podziwiać" w dzisiejszym poście :)
Ponieważ tegoroczne lato jest dość kapryśne i dopiero niedawno rozkręciło się na dobre, to zbyt wielu jeszcze okazji do lansowania się w moim długim cudzie nie miałam, ale kilka patentów (całkiem intuicyjnych, z ręką na sercu!) odnośnie łączenia go z resztą garderoby już opracować zdążyłam.
Po pierwsze - zauważyłam, że mój model sukienki fajnie wygląda z wszelkimi mało konwencjonalnymi, luźnymi marynarkami, koszulami albo narzutkami.
Na przykład z takimi, jak moja oliwkowa (to chyba najlepsze słowo na określenie jej koloru ;P) "marynarka" z Reserved - tak, tak, przypomniałam sobie o jej obecności w mojej szafie właśnie przy okazji kombinowania, co by tu do tej kiecki dobrać.
I bardzo dobrze, bo ukrywając ją (marynarkę, nie szafę) pod jakimiś starymi bluzami albo porozciąganymi spodniami wiele bym straciła - przecież jest taka fajna!
Przeleżała sobie kilka lat, bo chyba w 2010 roku przywiozłam ją z którejś z letnich podróży do Krakowa, po czym doszłam do wniosku że mi się nie podoba i ciep - oddałam ją molom na pożarcie ;)
Całe szczęście, że się w niej nie rozsmakowały, bo jest idealnym ciuchem na lato - bawełniana, więc przewiewna. Zielonkawa, to pasuje mi do koloru włosów.
A w dodatku - o fajnym kroju!
Czego chcieć więcej od marynarki na lato, no pytam?
Dobra, macie rację - żeby była czarna ;P
Widzicie, jak mnie znacie ;P?
Po drugie - tak, tak, już pewnie go dostrzegliście na pierwszym zdjęciu ;)
W rzeczy samej - kapelusz.
Kapelusz z wielkim rondem.
Kiedy kupowałam sukienkę, to w posiadaniu takiego nie byłam, ale marzyłam o takim.
Całe szczęście, że Lechu mi go sprezentował - no mówię, trafił mi się ten mój Luby, oj, trafił ;)
Po trzecie - długie wisiory i naszyjniki!
Ja bardzo długo nie mogłam znaleźć takiego, jaki sobie do mojej maksi wymarzyłam.
Aż któregoś razu na blogu Pacynki (http://jestesupani.blogspot.com/) zobaczyłam zaczątek wisiorka, który zaczęła Ona wówczas tworzyć.
Wiedziałam, że będzie fajnie wyglądał ;)
No i się nie pomyliłam ;)
Jak tylko Pacynka podesłała mi zdjęcia skończonego, to zaklepałam i zakupiłam :)
W tym miejscu zachęcam Was bardzo do przejrzenia reszty biżuterii Jej autorstwa - dostępna jest ona tu: klik!
Po czwarte - sandały!
Z racji mojego niewielkiego wzrostu i tego, że sukienka choć nie ciągnie się za mną jak tren sukni ślubnej to jednak jest dość długa - koniecznie na słupku.
Sandały z posta podobnie jak marynarkę i połowę mojej szafy również przywiozłam z Krakowa.
Tak, zwykłe noł nejmy kupione w budzie koło Galerii Krakowskiej.
Ale mam je już tyle lat i nadal mi służą, także - trafiony zakup ;)
Co do zdjęć - dzisiaj owszem, znowu Piotrkowska, ale przy okazji kilka wzmianek o tym, gdzie w Łodzi można pójść, żeby zjeść coś fajnego, napić się czegoś dobrego albo zobaczyć coś ładnego.
Część zdjęć została wykonana w ogródkach kawiarni Fresco Cafe oraz piekarni - kawiarni Montag. W czasie robienia zdjęć wpadliśmy bowiem do nich, żeby się pożywić i napoić ;)
Jeśli będziecie kiedyś w Łodzi, to koniecznie odwiedźcie te miejsca - w Montagu można kupić bardzo dobry, na miejscu i własnoręcznie przez właścicieli wypiekany chleb (i to nie byle jaki! jedliście kiedyś ciastochleb? nie? to musicie spróbować ;)), a we Fresco napić się najlepszego w Łodzi cappuccino. Ichnie cappuccino wygrało Festiwal Kawy 2014, także warto go spróbować, żeby wiedzieć jak modelowe capuccino smakować powinno ;)
Miało być jeszcze o miejscu, w którym można zobaczyć coś ładnego - otóż, Moi Mili, Łódź ma woonerf!
Woonerf to taki pasaż, tylko nazwa obco brzmi ;)
Nie będę się rozpisywać o woonerfie, powiem tylko tyle, że teraz przy łódzkiej ulicy 6 Sierpnia jest sporo drzewek, jest ładna kostka, można sobie spacerować, okoliczne kamienice popodziwiać i nie bać się, że nas samochody rozjadą.
Ot, taki podwórzec miejski ;)
Na powyższym zdjęciu pozuję właśnie na tle naszego woonerfu, o :)
Kończę tego posta i lecę szykować się do pracy.
Marzę o urlopie, chociaż o kilku dniach.
I to nad morzem.
Ale póki co - mogę sobie o urlopie jedynie pomarzyć :/
Sukienka - H&M
Kapelusz - H&M
Marynarka - Reserved
Torba - Cropp Town
Buty - no name
Okulary - C&A
Wisior - Ewa Marciniak - biżuteria autorska
A jak tam Wasze wakacje?
Że część już urlopuje, to wiem.
Niech reszta mi się pochwali.
No niech mnie w depresję powpędza, no ;P
Nawet jeśli, jak ja, nigdzie nie wyjeżdżacie i kwitniecie w pracy, to życzę Wam, żebyście cieszyli się każdym ciepłym dniem. I słońcem!
Pozdrawiam Was serdecznie, Wasza Mar!
P.S. Miałam próbować walczyć z własnymi słabościami i być skromną Mar, ale że z dumy pękam, to się pochwalę, a co!
Otóż zostałam najpopularniejszą (w czerwcu) użytkowniczką portalu FashionWall!
Dziękuję wszystkim tym, którzy głosowali na moje stylizacje :)
Zarówno blogerkom, jak i tym ze znajomych, którzy mnie w mojej szafiarskiej fanaberii "wspierają" i o których wiem, że czasem tam na moje zdjęcia głosują !
:)
Kochani jesteście!
A teraz naprawdę uciekam, bo jak się spóźnię, to mi Szefowa głowę urwie, że ją sama z dostawą zostawiłam ;P
Ściskam!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




















