Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Kompromis
Zobacz oryginał śr., 24/12/2014 - 12:50"Kompromis – metoda rozwiązania konfliktu lub sporu, oznaczająca wspólne stanowisko, możliwe do przyjęcia dla stron negocjujących.
Wbrew obiegowej opinii kompromis nie jest optymalnym rozwiązaniem, ponieważ oznacza konieczność rezygnacji z części interesów każdej ze stron."
Grozą powiało, co? Hehe, nie - z nikim się konfliktowałam ani nawet nie spierałam (chociaż jak wyjaśnię o co chodzi, to zapewne już za spór niektórzy i niektóre z Was gotowi sytuację uznać ;)).
Tytuł posta i wszystko to, co w nim dziś czytać i oglądać możecie odnosi się do mojego poprzedniego wpisu - tego, w którym pokazałam Wam mój "maminy" sweter z moheru z koszulą i bryczesami zestawiony i w którym się Wam zwierzyłam, że właśnie tak odziana zamierzam zasiąść do wigilijnego stołu ;)
Słowa te bez echa nie przeszły - dzięki czemu wiem już, że nie wpadacie do mnie tylko zdjęć oglądać, ale i czytacie to, co tu piszę (co raduje mnie wielce!) ;)
Miałam okazję przeczytać sporo komentarzy, w których nie oburzenie, nie, nie - zaskoczenie Wasze raczej na pierwszy plan się wysuwało.
Że jak to tak?
W swetrze i taaaakich spodniach?
Do karpia? Do barszczu?
Do kolęd śpiewania?
Otóż - Mili Moi i Miłe Me!
Wstydu nie będzie!
W poniedziałek zorientowałam się, że... zgubiłam gdzieś guzik od bryczesów.
Nie, nie byłam pijana gdy mi się to zdarzyło i nie, wcale się w żadnych podejrzanych miejscach i kompromitujących sytuacjach jakichś nie rozbierałam ani nie ubierałam potem w pośpiechu - stawiam po prostu na to, że za zniknięcie guzika odpowiedzialny jest któryś z moich kotów (bo lubią się, cholery, mościć na tym co z siebie po powrocie do domu zdejmę i czego do szafy lub pralki wrzucić nie zdążę, a jak już się umoszczą, to i wszystkim co od materiału odstaje bawią się z lubością) i guzik jest albo w jakimś mieszkania zakamarku albo dawno już został przez odkurzacz w ferworze przedświątecznych porządków wciągnięty.
Lub też - stoi za tą sytuacją moje własne niedbalstwo.
Bo pamiętam, że któryś z bryczesów guzików kiedyś już przyszywałam.
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że to był ten - bo pewnie zrobiłam to mało dokładnie.
Zatem - cały poniedziałkowy wieczór upłynął mi na szukaniu po domu jakichś trzech guzików, które bym w miejsce tych fabrycznych wszyć mogła.
Bo te dwa które mi zostały trójkątne są - głupio tak doszyć tam trzeci okrągły.
Tylko jak na złość ostatnio pozbyłam się całej "kolekcji" guzików zapasowych.
Walało się to to po domu i nigdy jakoś potrzebne nie było...
Ironia losu ;)
Myślałam sobie: Kaplica! Bez guzika, to i dwa paski naraz założone nie pomogą!
Spadną te portki ze mnie i zamiast śledzia w spokoju (i przy nucie "Lulajże, Jezuniu") pochłaniać, to szukać ich będę pod stołem.
Przez krótką chwilę smutno mi było, bo jak ja sobie coś zaplanuję, to nie ma przebacz i zmiłuj.
Ale...
Ale tak się złożyło, że jak już po zorientowaniu się w stracie ochłonęłam, to postanowiłam wreszcie na spokojnie przymierzyć rzeczy, które w ubiegły wtorek ze rzgowskiego salonu MOODO przytargałam (o tym, jak wiele różnych przygód przy okazji tej do Rzgowa wyprawy mi się przytrafiło kto na fanpejdża zagląda okazję miał już czytać), a które to potem w kącie pokoju w torbie postawiłam - o torbie całkowicie na dobry tydzień niemal zapomniawszy.
W MOODO byłam, bo realizowałam w nim mój bon podarunkowy, który w jednym z konkursów na Fashionwall.pl wygrałam.
Upatrzyłam sobie tam dwie koszule, bluzę i spodnie.
No właśnie - spodnie.
Podobały mi się bardzo już w sklepie, wiedziałam, że nie będę miała większych trudności z dopasowaniem ich do połowy szafy mojej zawartości... ale nie zdawałam sobie sprawy, że są aż takie fajne ;)
W czasie domowego już przymierzania ich doszłam do wniosku, że podobnie jak moje ukochane, chwilowo niedysponowane bryczesy mogą one fajnie wyglądać z koszulową bluzką.
A przy tym - jakieś tam eleganckopodobne wrażenie sprawiają.
Jakieś obiektywnie większe - prawda to, sama się z tym zdaniem nie mogę nie zgodzić ;) - niż to przez tamte spodnie nieszczęsne sprawiane ;)
Mój ukochany sweter co prawda słabo z nimi wygląda - smuteczek.
Ale może jakaś marynarka by się w szafie znalazła?
Znalazła się - cienka co prawda stosunkowo, dzianinowa.
Taka, co to w różnych wydaniach może być albo marynarką albo narzutką.
Z New Look'a, a właściwie to z New Look'a outletu ;)
No cienka, cienka - tak.
Ale że temperatury się nieco podniosły...
Zaraz, zaraz... to może by w tym do tego opłatka stanąć? I do śledzia, do śledzia upragnionego <3?
Wrażenie eleganckości jest.
Ryzyko zadławienia się przez któregoś z domowników uszkiem z barszczu lub śledziową ością na widok Mar przy wigilijnym stole zmniejszone zostało.
Jest jednak luźny fason, Mar się czuje dobrze sama ze sobą i mało przebrana - marowe sumienie spokojne.
I tak oto udało się Mar osiągnąć kompromis.
Gdzie jest utrata interesów, zapytacie zatem, ta z kompromisu definicją nierozerwalnie się wiążąca?
Ano w tym, że ja naprawdę uwielbiam, jak coś jest po mojemu ;P
Tak po mojemu w stu procentach ;P
A że ostatnio najlepiej czuję się we wszystkich ciuchowych zestawach "na żula", to nieco mi w tej większej już tu i jawnej bardziej eleganckości nieswojo.
Ale dobrze, Święta w końcu - czas miłości, przyjaźni i radości.
Nawet Mar na Święta pokornieje i nieco bardziej się cywilizuje, co wyglądaniem "jak człowiek" czasami się (jak widać) objawia ;P
Podziwiajcie więc ten ucywilizowania moment, bo kolejny prędko pewnie nie nadejdzie ;P
Po Świętach znowu będę tą samą, upartą Mar ;P
Wam zaś pewnie nie będzie w smak to, że marynarka jeszcze też nie jest najbardziej oficjalną marynarką, jaką by być mogła - ale pomału, pomału, nie wszystko naraz ;P
Może do Wielkanocy się wyrobię ;))
No i słuchajcie - mogło być gorzej!
Mogłam naprawdę chcieć w tych bryczesach (igłą z nitką naprędce w miejscu brakującego guzika podszytych)... tak przy żłóbku i z kawałem sernika w łapce...
I wtedy - gdybym się przyznała że rzeczywiście tak było - to bez poczucia zażenowania nie mogłybyście do mnie zaglądać, prawda ;P?
Przy okazji tego posta macie okazję "podziwiać" torbę, której jeszcze tu nie było.
Tak, torba ma tu dziś swój debiut blogowy.
Zwykły, wyhaczony swego czasu na Allegro no name.
Torby nie nosiłam przez kilka długich lat, bez bicia przyznaję.
Przyczyną tego rzeczy stanu było kolejne moje dziwactwo - nie miałam w swojej szafie butów, które podobnie jak ona byłyby lakierowane.
A ja już tak mam - jak torba połyskuje, to i buty muszą.
Buty takie sprawiłam sobie tegoroczną jesienią.
Przypadkiem - w czasie spaceru łódzką Piotrkowską, jeszcze wtedy gdy w tym "swoim" butiku pracowałam.
Dojrzałam je na wystawie jednego ze sklepów z polskim obuwiem - w Waszym mieście też pewnie kilka takich, przy głównej miasta ulicy, spotkacie.
Warto do nich zaglądać.
Moje szpilki kosztowały mnie... 59 złotych ;)
Były przecenione ze stu czterdziestu dziewięciu ;)
Nie, nie są skórzane.
Ale zapewniam Was - wykonane, to one są porządnie.
Zresztą - widać to chyba na zdjęciach.
No i gwarancja, katalog firmy, zapasowe dwie (!) fleków pary.
E, ja to łyknęłam.
Lubię dobrą robotę i profesjonalne do klienta podejście.
Zwłaszcza w tych dzisiejszych, naodwalsizmowych czasach.
W każdej dziedzinie ludzkiej aktywności.
Marynarka/Narzutka - New Look (outlet)
Koszulowa bluzka - Vero Moda
Spodnie - MOODO
Szpilki - Romeo Rotti
Torba - no name (Allegro)
Zdaję sobie sprawę, że wigilijne popołudnie nie jest dobrym momentem na posta dodawanie, ale naprawdę nie miałam wcześniej czasu na to, by go napisać :(
Jakoś trzeba było te Święta przygotować ;)
Nie chciałam się spieszyć i wrzucać Wam samych tylko zdjęć - chciałam mieć chwilę czasu na napisanie dla Was paru słów.
Więc postanowiłam zabrać się za to, jak już wszystko będę miała gotowe.
Zatem - skoro Święta, to i życzenia!
Czego Wam z okazji tegorocznego Bożego Narodzenia życzę?
Morza spokoju.
Opanowania i niepoddawania się negatywnym emocjom - jakimkolwiek, i tym z blogowaniem związanym (oby takich było jak najmniej ;P) i tym w codziennym życiu się pojawiającym.
Oprócz tego życzę Wam radości.
Tego byście cieszyli i cieszyły się każdym pozytywnym drobiazgiem.
Życzę Wam także miłości - żeby otaczała Was zewsząd.
Bo bez miłości życie jest... smutne.
No i zdrowia!
Bo zdrowie zawsze się przydaje ;)
Świętujcie - tak, jak najbardziej lubicie!
Ściskam mocno, Wasza Mar!
P.S. Gdyby ktoś pytał - zdjęcia popełniliśmy w budynku
Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego.
Ten plener już tu kiedyś był ;)
Pamiętacie lutową sesję w płaszczu KIOMI?
To to samo miejsce ;)
Grozą powiało, co? Hehe, nie - z nikim się konfliktowałam ani nawet nie spierałam (chociaż jak wyjaśnię o co chodzi, to zapewne już za spór niektórzy i niektóre z Was gotowi sytuację uznać ;)).
Tytuł posta i wszystko to, co w nim dziś czytać i oglądać możecie odnosi się do mojego poprzedniego wpisu - tego, w którym pokazałam Wam mój "maminy" sweter z moheru z koszulą i bryczesami zestawiony i w którym się Wam zwierzyłam, że właśnie tak odziana zamierzam zasiąść do wigilijnego stołu ;)
Słowa te bez echa nie przeszły - dzięki czemu wiem już, że nie wpadacie do mnie tylko zdjęć oglądać, ale i czytacie to, co tu piszę (co raduje mnie wielce!) ;)
Miałam okazję przeczytać sporo komentarzy, w których nie oburzenie, nie, nie - zaskoczenie Wasze raczej na pierwszy plan się wysuwało.
Że jak to tak?
W swetrze i taaaakich spodniach?
Do karpia? Do barszczu?
Do kolęd śpiewania?
Otóż - Mili Moi i Miłe Me!
Wstydu nie będzie!
W poniedziałek zorientowałam się, że... zgubiłam gdzieś guzik od bryczesów.
Nie, nie byłam pijana gdy mi się to zdarzyło i nie, wcale się w żadnych podejrzanych miejscach i kompromitujących sytuacjach jakichś nie rozbierałam ani nie ubierałam potem w pośpiechu - stawiam po prostu na to, że za zniknięcie guzika odpowiedzialny jest któryś z moich kotów (bo lubią się, cholery, mościć na tym co z siebie po powrocie do domu zdejmę i czego do szafy lub pralki wrzucić nie zdążę, a jak już się umoszczą, to i wszystkim co od materiału odstaje bawią się z lubością) i guzik jest albo w jakimś mieszkania zakamarku albo dawno już został przez odkurzacz w ferworze przedświątecznych porządków wciągnięty.
Lub też - stoi za tą sytuacją moje własne niedbalstwo.
Bo pamiętam, że któryś z bryczesów guzików kiedyś już przyszywałam.
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że to był ten - bo pewnie zrobiłam to mało dokładnie.
Zatem - cały poniedziałkowy wieczór upłynął mi na szukaniu po domu jakichś trzech guzików, które bym w miejsce tych fabrycznych wszyć mogła.
Bo te dwa które mi zostały trójkątne są - głupio tak doszyć tam trzeci okrągły.
Tylko jak na złość ostatnio pozbyłam się całej "kolekcji" guzików zapasowych.
Walało się to to po domu i nigdy jakoś potrzebne nie było...
Ironia losu ;)
Myślałam sobie: Kaplica! Bez guzika, to i dwa paski naraz założone nie pomogą!
Spadną te portki ze mnie i zamiast śledzia w spokoju (i przy nucie "Lulajże, Jezuniu") pochłaniać, to szukać ich będę pod stołem.
Przez krótką chwilę smutno mi było, bo jak ja sobie coś zaplanuję, to nie ma przebacz i zmiłuj.
Ale...
Ale tak się złożyło, że jak już po zorientowaniu się w stracie ochłonęłam, to postanowiłam wreszcie na spokojnie przymierzyć rzeczy, które w ubiegły wtorek ze rzgowskiego salonu MOODO przytargałam (o tym, jak wiele różnych przygód przy okazji tej do Rzgowa wyprawy mi się przytrafiło kto na fanpejdża zagląda okazję miał już czytać), a które to potem w kącie pokoju w torbie postawiłam - o torbie całkowicie na dobry tydzień niemal zapomniawszy.
W MOODO byłam, bo realizowałam w nim mój bon podarunkowy, który w jednym z konkursów na Fashionwall.pl wygrałam.
Upatrzyłam sobie tam dwie koszule, bluzę i spodnie.
No właśnie - spodnie.
Podobały mi się bardzo już w sklepie, wiedziałam, że nie będę miała większych trudności z dopasowaniem ich do połowy szafy mojej zawartości... ale nie zdawałam sobie sprawy, że są aż takie fajne ;)
W czasie domowego już przymierzania ich doszłam do wniosku, że podobnie jak moje ukochane, chwilowo niedysponowane bryczesy mogą one fajnie wyglądać z koszulową bluzką.
A przy tym - jakieś tam eleganckopodobne wrażenie sprawiają.
Jakieś obiektywnie większe - prawda to, sama się z tym zdaniem nie mogę nie zgodzić ;) - niż to przez tamte spodnie nieszczęsne sprawiane ;)
Mój ukochany sweter co prawda słabo z nimi wygląda - smuteczek.
Ale może jakaś marynarka by się w szafie znalazła?
Znalazła się - cienka co prawda stosunkowo, dzianinowa.
Taka, co to w różnych wydaniach może być albo marynarką albo narzutką.
Z New Look'a, a właściwie to z New Look'a outletu ;)
No cienka, cienka - tak.
Ale że temperatury się nieco podniosły...
Zaraz, zaraz... to może by w tym do tego opłatka stanąć? I do śledzia, do śledzia upragnionego <3?
Wrażenie eleganckości jest.
Ryzyko zadławienia się przez któregoś z domowników uszkiem z barszczu lub śledziową ością na widok Mar przy wigilijnym stole zmniejszone zostało.
Jest jednak luźny fason, Mar się czuje dobrze sama ze sobą i mało przebrana - marowe sumienie spokojne.
I tak oto udało się Mar osiągnąć kompromis.
Gdzie jest utrata interesów, zapytacie zatem, ta z kompromisu definicją nierozerwalnie się wiążąca?
Ano w tym, że ja naprawdę uwielbiam, jak coś jest po mojemu ;P
Tak po mojemu w stu procentach ;P
A że ostatnio najlepiej czuję się we wszystkich ciuchowych zestawach "na żula", to nieco mi w tej większej już tu i jawnej bardziej eleganckości nieswojo.
Ale dobrze, Święta w końcu - czas miłości, przyjaźni i radości.
Nawet Mar na Święta pokornieje i nieco bardziej się cywilizuje, co wyglądaniem "jak człowiek" czasami się (jak widać) objawia ;P
Podziwiajcie więc ten ucywilizowania moment, bo kolejny prędko pewnie nie nadejdzie ;P
Po Świętach znowu będę tą samą, upartą Mar ;P
Wam zaś pewnie nie będzie w smak to, że marynarka jeszcze też nie jest najbardziej oficjalną marynarką, jaką by być mogła - ale pomału, pomału, nie wszystko naraz ;P
Może do Wielkanocy się wyrobię ;))
No i słuchajcie - mogło być gorzej!
Mogłam naprawdę chcieć w tych bryczesach (igłą z nitką naprędce w miejscu brakującego guzika podszytych)... tak przy żłóbku i z kawałem sernika w łapce...
I wtedy - gdybym się przyznała że rzeczywiście tak było - to bez poczucia zażenowania nie mogłybyście do mnie zaglądać, prawda ;P?
Przy okazji tego posta macie okazję "podziwiać" torbę, której jeszcze tu nie było.
Tak, torba ma tu dziś swój debiut blogowy.
Zwykły, wyhaczony swego czasu na Allegro no name.
Torby nie nosiłam przez kilka długich lat, bez bicia przyznaję.
Przyczyną tego rzeczy stanu było kolejne moje dziwactwo - nie miałam w swojej szafie butów, które podobnie jak ona byłyby lakierowane.
A ja już tak mam - jak torba połyskuje, to i buty muszą.
Buty takie sprawiłam sobie tegoroczną jesienią.
Przypadkiem - w czasie spaceru łódzką Piotrkowską, jeszcze wtedy gdy w tym "swoim" butiku pracowałam.
Dojrzałam je na wystawie jednego ze sklepów z polskim obuwiem - w Waszym mieście też pewnie kilka takich, przy głównej miasta ulicy, spotkacie.
Warto do nich zaglądać.
Moje szpilki kosztowały mnie... 59 złotych ;)
Były przecenione ze stu czterdziestu dziewięciu ;)
Nie, nie są skórzane.
Ale zapewniam Was - wykonane, to one są porządnie.
Zresztą - widać to chyba na zdjęciach.
No i gwarancja, katalog firmy, zapasowe dwie (!) fleków pary.
E, ja to łyknęłam.
Lubię dobrą robotę i profesjonalne do klienta podejście.
Zwłaszcza w tych dzisiejszych, naodwalsizmowych czasach.
W każdej dziedzinie ludzkiej aktywności.
Marynarka/Narzutka - New Look (outlet)
Koszulowa bluzka - Vero Moda
Spodnie - MOODO
Szpilki - Romeo Rotti
Torba - no name (Allegro)
Zdaję sobie sprawę, że wigilijne popołudnie nie jest dobrym momentem na posta dodawanie, ale naprawdę nie miałam wcześniej czasu na to, by go napisać :(
Jakoś trzeba było te Święta przygotować ;)
Nie chciałam się spieszyć i wrzucać Wam samych tylko zdjęć - chciałam mieć chwilę czasu na napisanie dla Was paru słów.
Więc postanowiłam zabrać się za to, jak już wszystko będę miała gotowe.
Zatem - skoro Święta, to i życzenia!
Czego Wam z okazji tegorocznego Bożego Narodzenia życzę?
Morza spokoju.
Opanowania i niepoddawania się negatywnym emocjom - jakimkolwiek, i tym z blogowaniem związanym (oby takich było jak najmniej ;P) i tym w codziennym życiu się pojawiającym.
Oprócz tego życzę Wam radości.
Tego byście cieszyli i cieszyły się każdym pozytywnym drobiazgiem.
Życzę Wam także miłości - żeby otaczała Was zewsząd.
Bo bez miłości życie jest... smutne.
No i zdrowia!
Bo zdrowie zawsze się przydaje ;)
Świętujcie - tak, jak najbardziej lubicie!
Ściskam mocno, Wasza Mar!
P.S. Gdyby ktoś pytał - zdjęcia popełniliśmy w budynku
Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego.
Ten plener już tu kiedyś był ;)
Pamiętacie lutową sesję w płaszczu KIOMI?
To to samo miejsce ;)
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.



















