Czerwony kapturek, gęś i arbuzy / Red Riding Hood, goose and watermelon
Zobacz oryginał czw., 29/06/2017 - 06:05
Przykład nie do naśladowania!!
W zasadzie mam bardzo mieszane uczucia co do tego posta. Zależy mi niezwykle, żeby to, co napiszę, nie było odebrane jako pogląd, deklaracja, manifestacja czy ideologia. Po prostu będzie to odniesienie się do faktów, nic więcej, tylko faktów, które jak to u mnie w każdej chwili mogą się zmienić, a tymczasem świadczą tylko o mnie byle jak. Kiedyś w którejś z modowych czasopism padło pytanie: "Czy jesteś bardziej fashion, czy bardziej beauty?" Odpowiadając na nie, ja, jeśli w ogóle już cokolwiek, to jestem zdecydowanie i wyłącznie fashion. Dlatego mój blog nigdy nie będzie wykraczał poza lekko traktowane zagadnienia modowe i jakieś tam luźne własne historyjki, i przemyślenia. Po prostu na urodzie nie znam się w ogóle i tematy urodowe, nowinki itp. nie interesują mnie tymczasem wcale. Mam podstawowe kosmetyki i nie testuję nowych, chyba że są to prezenty. Krem, perfum kupuję, gdy się poprzedni skończy i to często po jakimś czasie. Nie chodzę do kosmetyczki i zdarza mi się nie zmyć na noc makijażu. Paznokcie maluję sama i bardzo byle jak. Dlatego w żadnym przypadku nie jestem przykładem do naśladowania. Wręcz przeciwnie i nie jestem z tego dumna, ale też nie zamierzam się z tego powodu bić w klatę z piersiami, bo to przecież boli ;) Zapomniałam! Chodzę do kosmetyczki po sztuczne rzęsy i chodzę regularnie do fryzjera, ale nic poza tym. Zresztą na ten temat, a w zasadzie na temat mojej w związku z tym chyba "poważnej sztuczności" szerzej napiszę za tydzień. Dziś o mojej ignorancji urodowej napisałam przede wszystkim dlatego, żeby przeprosić wszystkie dziewczyny, które darzę ogromną sympatią, a które zajmują się albo urodą, albo popełniają czasem posty urodowe, że nie wypowiadam się, kiedy poruszane są te tematy. Po prostu leży to zupełnie poza sferą moich zainteresowań. Z tego samego powodu lubię moje nieostre zdjęcia i nie staram się ich dopracować, bo jako osoba nie tak dawno wyrosła z bezdennych kompleksów, takich, że ani żadnego zdjęcia, ani żadnego lustra, wcale nie chcę jakoś szczególnie manifestować wypracowanych moim wieloletnim zaniedbaniem, czy zaniechaniem "niedoskonałości". Po prostu do tego akurat nie dojrzałam, nie jestem na tyle silna i może nigdy nie będę. Szczerze, gdyby logistycznie było to do ugryzienia, wolałabym przedstawiać te moje stylówy bez mojego udziału, i żyć sobie spokojnie na tym pięknym świecie całkowicie "in blanco", bo chodzi tu o nie, a nie o mnie ;) Niestety nie jest to możliwe, bo mam tyle do pokazania, a trudno kogoś za friko angażować w tym całym wielkim pędzie. Jestem więc teraz własnym jedynym niewyraźnym manekinem :)
Trochę o stylizacji
Dziś pokazuję te same przerośnięte białe spodnie, co ostatnio, ale w całej długości, bo przecież nie okazałości ;) Jednak trochę mi zjeżdżają ...Zasłania je nieco albo poważnie, zapięta tylko na górny biały guzik prosta czerwona spódnica z kieszonkami uszyta z cieniutkiego, ale sztywnego dżinsu. Niby taki fartuszek, tyle że osłaniający newralgiczne tyły. Do tego bawełniana pasiasta biało-czerwona czy biało-różowa koszula z czerwonymi guzikami i zabawnym haftem opowiadającym o gęsi na ukwieconej łące, zawiązana w talii, i odsłaniająca czasem niestety zbyt wiele :) Całość uzupełnia płócienny worek w arbuzy, ze słomkowym dnem i moje białe ortopedyczne sandały. Żeby uzasadnić tytuł posta, wypróbowałam też spódnicę w roli pelerynki ;) Po prostu naszła mnie znów taka niezbyt groźna głupawka ;)
spódnica/skirt - NEW PENNY
buty/shoes - VAGABOND
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.















