Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Przyczyna takiego stanu rzeczy jest prosta - zawsze z dużą rozwagą analizuję to, co w danym momencie jest na fali.
Dziadek też - jej szafa ciągle stoi w mieszkaniu dziadka w takim stanie, w jakim babcia ją zostawiła.
Apaszka - trend sezonu
Zobacz oryginał sob., 14/05/2016 - 11:41Ze mną tak zawsze - na wszelkie trendy i sezonowe mody załapuję się dopiero, kiedy sezon chyli się ku swojemu końcowi.
Albo gdy trwa w najlepsze.
No dobra, nie tak do końca zawsze - kapelusze nosiłam już wtedy, kiedy nikomu nawet nie śniło się, że będą czymś tak powszechnie widywanym na ulicach, jak okulary przeciwsłoneczne ;P
Raz mi się udało ;P
Przyczyna takiego stanu rzeczy jest prosta - zawsze z dużą rozwagą analizuję to, co w danym momencie jest na fali.
Dawno temu już wyzbyłam się bezrefleksyjnego kupowania rzeczy chwilowo modnych i późniejszego głowienia się nad tym, w jaki sposób ugryźć to, co przyniosłam do domu.
Pamiątki po czasach, gdy zastanawianie się nad tym, czy jakiś ciuch albo dodatek będzie mi pasował po dziś dzień zalegają mi w szafie - trudno mi się z nimi rozstać, choć niektórych z nich nie założyłam ani razu.
Tak już mam, bardzo przywiązuję się do ubrań.
Zawsze bardzo mi ich szkoda.
Na wiele z nich musiałam ciężko pracować, bo w czasach studenckich nawet wydatek rzędu stu złotych to była "kupa forsy".
Czasami też dopiero po paru latach przekonuję się do jakiegoś fasonu i z żalem odkrywam, że ja przecież już kiedyś coś takiego miałam, tyle że zdążyłam już daną rzecz wyrzucić.
Dlatego też nie wyrzucam innych ubrań, niż te zniszczone i znoszone.
Czegoś pomechaconego, podartego i spranego mi nie żal - trzymanie takich ciuchów to dla mnie bezsensowne chomikowanie.
Jest jednak jeden minus trudności z pozbywaniem się ubrań - zmniejszająca się ilość miejsca w szafie.
Ponieważ moja szafa nie jest z gumy, a ilość moich ubrań które ciągle do noszenia się nadają jest całkiem optymalna, to w ostatnich miesiącach bardzo niechętnie powiększam swoje odzieżowe zasoby.
Wyrobiłam w sobie pewną odporność na sezonowe trendy i już nie daję się zwariować - aczkolwiek czasami ciągle grzeszę.
Zwłaszcza wtedy, gdy jakiś trend wybitnie mi się podoba i w stu procentach do mnie pasuje.
Tak właśnie uległam trwającej właśnie w najlepsze modzie na ogrodniczki (wreszcie mam swoje!), paski i bluzki bez ramion.
A na jesieni i zimą - modzie na "męskie", masywne buty.
Ale - na przykład - oparłam się kulotom i wiązanym balerinom.
W jednych wyglądam śmiesznie, drugich nie miałabym do czego założyć.
Chociaż nie przeczę - na kimś innym i jedne i drugie bardzo mi się podobają...
Apaszki zauroczyły mnie od razu, jak tylko jakoś powszechniej zaczęły pojawiać się na blogach i na ulicach - to żadna nowość, apaszki nosiło się zawsze.
Z tym, że przez wiele, wiele lat nie cieszyły się jakąś wyjątkową popularnością.
Kojarzyły się z modą naszych babć i stewardess.
Dopiero tegoroczną wiosną podbiły serca szerszego grona młodych kobiet.
Moje także.
Choć początkowo nie do końca wiedziałam, z czym mogłabym taką apaszkę nosić, to kiedy na dobre polubiłam się z męską nieco elegancją w stu procentach już byłam pewną, że taka zamotana pod szyją apaszka jest dodatkiem w sam raz dla mnie - musiałam jednak najpierw gdzieś ją zdobyć.
To nie było zadanie łatwe - czasami zdarza się tak, że choć jakiś ciuch albo dodatek jest niesamowicie modny, to w sklepach się go nie uświadczy.
Za kwadratową apaszką/gawroszką rozglądałam się od dwóch przynajmniej miesięcy.
Z dość słabym skutkiem.
W sieciówkach ich nie ma.
Są wiosenne, cienkie szaliki.
Ale kwadratowe chustki to tylko wielkie (takie metr na metr) i z cienkiej bawełny.
Jeśli pojawiają się apaszki, to są tak drogie, że zęby bolą.
Zwykle te najdroższe są jedwabne, ale mimo wszystko jeszcze nie jestem aż taką fashion victim, żeby wydawać sto złotych na kawałek materiału.
Jakiegokolwiek.
Jakiegokolwiek.
Znam kilka innych sposobów na zagospodarowanie stówy.
Swego czasu takich apaszek wisiało mnóstwo w lumpeksach - w tych łódzkich najwyraźniej wszystkie sprzedano.
Moja ukochana babcia nie żyje od trzech lat (za kilka dni minie okrągła rocznica tego smutnego dnia).
Ciągle nie umiem się z tym pogodzić.
Ciągle nie umiem się z tym pogodzić.
Dziadek też - jej szafa ciągle stoi w mieszkaniu dziadka w takim stanie, w jakim babcia ją zostawiła.
Któregoś kwietniowego dnia przypomniałam sobie, że dawno temu babcia nosiła pod szyją właśnie taką apaszkę, jakiej ja z uporem maniaka szukam po wszystkich sklepach.
Przyrzekłam sobie, że nie spocznę, póki jej nie znajdę!
No i znalazłam - leżała sobie spokojnie, pomiędzy innymi apaszkami, szalikami i chustkami.
Przygarnęłam, bo dlaczego taka ładna rzecz ma leżeć na dnie szafy i w zapomnieniu?
Zatem mam - mam swoją apaszkę :)
Noszę ją tak, jak to sobie wymyśliłam - owszem, na elegancko.
Ale do tej elegancji, w której czuję się najlepiej i która zapewne zbyt szybko mi się nie znudzi.
Do zestawów nieco męskich, raczej nie tych typowo kobiecych.
Najchętniej - z kamizelką, cygaretkami i masywnymi butami.
Lubię siebie taką.
Nawet, jeśli komuś mogę się już wydawać nudną - bo ile można w kółko jeden styl wałkować?
Ja tam cenię sprawdzone rozwiązania ;)
Swoją drogą - ten zestaw miałam na sobie w czasie drugiego dnia ostatniej edycji FashionPhilosophy Fashion Week Poland (moją relację z wydarzenia znajdziecie w poprzednim poście - tu).
Tyle, że zamiast tej apaszki miałam wówczas na szyi gawroszkę pożyczoną od Pauli.
Wiochy nie narobiłam - nie znalazłam swojego zdjęcia w żadnym artykule opatrzonym nagłówkiem w stylu:
"Myśleli, że są fashion, a wyszło Faszyn from Raszyn! Zobacz zdjęcia!" :>
Kupiłam ją niedawno, kiedy szukałam jakiejś torebki pasującej właśnie do tych butów.
Potrzebowałam takiej, która będzie wykonana z nieco połyskującego tworzywa.
Nie z lakierowanego - z matowego, ale ładnie odbijającego światło.
Znalazłam taką na Zalando, w dziale z torebkami marki Mint&Berry.
Zakochałam się w niej z miejsca, chociaż na zdjęciach nie do końca było widać to, jak układa jej się pasek.
A nieco mnie to frapowało - sami przyznajcie: takie mocowanie paska w torebce to dziś nieczęste rozwiązanie.
Cieszyłam się, że udało mi się upolować torebkę inną, niż te, które powszechnie widuje się na ulicach.
Do czasu.
Myślę sobie - ki diabeł?
Sprawdziłam skąd pochodzi jej torebka i opadła mi szczęka - Chloe.
Szybko wygooglowałam z czym mam do czynienia i okazało się, że i owszem - marka Chloe stworzyła torebkę, która najprawdopodobniej była inspiracją dla projektantów Mint&Berry: Georgia Mini.
Z miejsca odechciało mi się noszenia mojej.
Mój stosunek do wszelkich podróbek i "inspiracji" znacie bardzo dobrze, więc pewnie zmianie mojego nastroju także się nie dziwicie.
Historia analogiczna do mojego wełnianego płaszcza H&M i płaszcza Isabel Marant.
I tak, wiem, że trochę różnic pomiędzy tymi torebkami jest.
Wiem też, że nie jest to zbyt popularny model Chloe i mało kto w ogóle o jakimkolwiek podobieństwie by pomyślał - dla mnie liczy się to, że ja je widzę.
I że ja o nim wiem.
Torebki - oczywiście - nie wyrzucę, ale przygoda z nią związana nauczyła mnie tego, żeby dobrze googlować, czy wszelkie fikuśne i potencjalnie wyróżniające się oryginalnością kroje i projekty nie są przypadkiem inspiracją zaczerpniętą od kogoś innego...
Melonik - Georgia May Jagger dla Reserved
Apaszka - no name (z szafy babci)
Biała koszula - H&M
Kamizelka - Top Shop (Cukier Puder Vintage Store)
Cygaretki - Stradivarius
Torebka - Mint&Berry (Zalando)
Creepersy - Bershka
Zdjęcia z dzisiejszego posta robiliśmy na terenie Centrum Handlowego Sukcesja.
To drugi koniec Łodzi, oboje z Leszkiem bardzo rzadko tam bywamy (nie tylko my - to chyba jedyne centrum handlowe w Łodzi, w którym nigdy nie ma ludzi ;) naprawdę, to jest wymarłe miejsce!), więc jakoś nigdy wcześniej nie zebraliśmy się, żeby zrobić zdjęcia właśnie tam.
Może wynika to z tego, że zwykle byliśmy tam po zmroku i nie mieliśmy okazji lepiej przyjrzeć się temu miejscu.
Przy okazji Fashion Weeka obejrzałam sobie Sukcesję za dnia i doszłam do wniosku, że jest całkiem fotogeniczna ;)
Szkoda tylko, że kiedy przyszło do dnia cykania fot, to piękna przez cały tydzień pogoda postanowiła się zepsuć i lunął deszcz - jak zwykle :>
Zdjęcia powstawały więc w pięć minut i w mało sprzyjających warunkach.
Oboje chroniliśmy się pod jakimiś daszkami i gzymsami - najbardziej Lechu, bo ochrona obiektywu to największy priorytet ;)
Na pewno zauważyliście, że miałam dłuższą przerwę we wrzucaniu tu zdjęć "outfitów" - przerwa nastąpiła z braku czasu (i mojego i Lecha) i wskutek moich niedawnych przemyśleń nad sensem całej tej zabawy.
Trochę do tego mojego nad blogiem myślenia przyczynił się ten fashionweekowy cyrk.
Coraz częściej wydaje mi się, że blogosfera to nie do końca miejsce dla mnie.
Nie umiem odnaleźć się w świecie pisania treści kreowanych na poradniki, a tak naprawdę zbędnych i powielających te pisane dla potrzeb magazynów modowych.
Nie potrafię pisać, że coś mnie zachwyca, kiedy wcale mnie nie zachwyca.
Nie widzę sensu w mówieniu ludziom jak ubierać się powinni, a jak nie.
Nie lubię sytuacji, w których łapię się na tym, że czuję się zmuszana do bycia aktywną na FB czy instagramie, podczas kiedy najchętniej w ogóle nie włączałabym komputera a telefonu nie brała nawet do ręki.
No i robienie zdjęć!
Naprawdę czasami nie potrafię wygospodarować na to czasu.
Może gdybym miała parcie na wybicie się i zarabianie na blogu, to to wszystko układałoby się jakoś inaczej.
Póki co - parcia ciągle nie mam i wychodzenie ze swojej strefy komfortu wydaje mi się jakąś totalną abstrakcją.
Chyba jestem na niektóre zabawy zbyt nieśmiała i - zwyczajnie - stara ;)
W każdym razie - jeszcze stąd nie spadam, ale jeśli lubicie do mnie zaglądać, to będziecie musieli pogodzić się z tym, że nowe posty będą pojawiać się tu z mojego doskoku
Jeden na tydzień - dwa to jest maksimum moich możliwości.
Zwłaszcza, że przez maj będę musiała stawiać się w pracy w niedziele i tak naprawdę będę dysponować tylko jednym dniem wolnym - chcę go mieć dla siebie.
Naprawdę.
Pozdrawiam Was i życzę Wam mile spędzonego weekendu - Wasza Mar!
Zdjęcia z dzisiejszego posta robiliśmy na terenie Centrum Handlowego Sukcesja.
To drugi koniec Łodzi, oboje z Leszkiem bardzo rzadko tam bywamy (nie tylko my - to chyba jedyne centrum handlowe w Łodzi, w którym nigdy nie ma ludzi ;) naprawdę, to jest wymarłe miejsce!), więc jakoś nigdy wcześniej nie zebraliśmy się, żeby zrobić zdjęcia właśnie tam.
Może wynika to z tego, że zwykle byliśmy tam po zmroku i nie mieliśmy okazji lepiej przyjrzeć się temu miejscu.
Przy okazji Fashion Weeka obejrzałam sobie Sukcesję za dnia i doszłam do wniosku, że jest całkiem fotogeniczna ;)
Szkoda tylko, że kiedy przyszło do dnia cykania fot, to piękna przez cały tydzień pogoda postanowiła się zepsuć i lunął deszcz - jak zwykle :>
Zdjęcia powstawały więc w pięć minut i w mało sprzyjających warunkach.
Oboje chroniliśmy się pod jakimiś daszkami i gzymsami - najbardziej Lechu, bo ochrona obiektywu to największy priorytet ;)
Na pewno zauważyliście, że miałam dłuższą przerwę we wrzucaniu tu zdjęć "outfitów" - przerwa nastąpiła z braku czasu (i mojego i Lecha) i wskutek moich niedawnych przemyśleń nad sensem całej tej zabawy.
Trochę do tego mojego nad blogiem myślenia przyczynił się ten fashionweekowy cyrk.
Coraz częściej wydaje mi się, że blogosfera to nie do końca miejsce dla mnie.
Nie umiem odnaleźć się w świecie pisania treści kreowanych na poradniki, a tak naprawdę zbędnych i powielających te pisane dla potrzeb magazynów modowych.
Nie potrafię pisać, że coś mnie zachwyca, kiedy wcale mnie nie zachwyca.
Nie widzę sensu w mówieniu ludziom jak ubierać się powinni, a jak nie.
Nie lubię sytuacji, w których łapię się na tym, że czuję się zmuszana do bycia aktywną na FB czy instagramie, podczas kiedy najchętniej w ogóle nie włączałabym komputera a telefonu nie brała nawet do ręki.
No i robienie zdjęć!
Naprawdę czasami nie potrafię wygospodarować na to czasu.
Może gdybym miała parcie na wybicie się i zarabianie na blogu, to to wszystko układałoby się jakoś inaczej.
Póki co - parcia ciągle nie mam i wychodzenie ze swojej strefy komfortu wydaje mi się jakąś totalną abstrakcją.
Chyba jestem na niektóre zabawy zbyt nieśmiała i - zwyczajnie - stara ;)
W każdym razie - jeszcze stąd nie spadam, ale jeśli lubicie do mnie zaglądać, to będziecie musieli pogodzić się z tym, że nowe posty będą pojawiać się tu z mojego doskoku
Jeden na tydzień - dwa to jest maksimum moich możliwości.
Zwłaszcza, że przez maj będę musiała stawiać się w pracy w niedziele i tak naprawdę będę dysponować tylko jednym dniem wolnym - chcę go mieć dla siebie.
Naprawdę.
Pozdrawiam Was i życzę Wam mile spędzonego weekendu - Wasza Mar!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




















