Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Angora, zakolanówki i stan niepogody
Zobacz oryginał sob., 11/04/2015 - 08:32Spośród wszystkich czynności związanych z blogowaniem najbardziej w świecie nie znoszę robienia zdjęć - nic mnie tak nie złości jak moment, w którym trzeba popełnić materiał fotograficzny do kolejnego posta.
Może się komuś narażę, może ktoś sobie o mnie coś złego pomyśli, ale tak - nie cierpię.
Wtedy jak na złość zawsze "pancerna" bluzka/spódnica musi się wygnieść, buty muszą się ubrudzić (bo chwilę przed wyjęciem aparatu z torby wlezie się w największą w okolicy kałużę), nagle doznaje się olśnienia, że ciuchy, które w domu/do tej pory tak nam się podobały razem wyglądają tragicznie, a na domiar złego ulubiony płaszcz ma wielką plamę po czymś pysznym, nie wiadomo od jak dawna na nim goszczącą.
Oczywiście - to wszystko wychodzi na jaw już po zdjęć zrobieniu, kiedy wróci się do domu, kiedy myśli się, że problem z głowy, że wyprawa sukcesem zakończona....
No i samo to wybieranie miejsca na zdjęcia - wyrzuty sumienia, że idziesz na łatwiznę, bo ile razy można park koło bloku wybierać, lepiej gdzieś dalej pojechać...
Ale jeśli nigdzie dalej akurat się nie wybierasz, to co?
Poniechać zdjęć robienia?
Przecież na blogu wszyscy już nowego posta się domagają, bo poprzedni napisany został tydzień temu...
(A są - o zgrozo - też tacy czytelnicy, którzy po dwóch dniach nowości się domagać zaczynają ;P)
Wtedy jak na złość zawsze "pancerna" bluzka/spódnica musi się wygnieść, buty muszą się ubrudzić (bo chwilę przed wyjęciem aparatu z torby wlezie się w największą w okolicy kałużę), nagle doznaje się olśnienia, że ciuchy, które w domu/do tej pory tak nam się podobały razem wyglądają tragicznie, a na domiar złego ulubiony płaszcz ma wielką plamę po czymś pysznym, nie wiadomo od jak dawna na nim goszczącą.Oczywiście - to wszystko wychodzi na jaw już po zdjęć zrobieniu, kiedy wróci się do domu, kiedy myśli się, że problem z głowy, że wyprawa sukcesem zakończona....
No i samo to wybieranie miejsca na zdjęcia - wyrzuty sumienia, że idziesz na łatwiznę, bo ile razy można park koło bloku wybierać, lepiej gdzieś dalej pojechać...
Ale jeśli nigdzie dalej akurat się nie wybierasz, to co?
Poniechać zdjęć robienia?
Przecież na blogu wszyscy już nowego posta się domagają, bo poprzedni napisany został tydzień temu...
(A są - o zgrozo - też tacy czytelnicy, którzy po dwóch dniach nowości się domagać zaczynają ;P)
Jeszcze kiedy jest ciepło, bo akurat lato w pełni, kiedy się człowiek nie musi martwić tym, że w czasie tego nieszczęsnego "focenia" na łeb pada, a wieje tak, że nawet najtęższym dębom w parkowej alejce gałęzie się zginają, to pół biedy - ujdzie.
Słonko zaświeci, plamy prześwietli, od zagnieceń uwagę odwróci, pięknym plenerem się zachwyt czytelnika wzbudzi...
Słonko zaświeci, plamy prześwietli, od zagnieceń uwagę odwróci, pięknym plenerem się zachwyt czytelnika wzbudzi...
Ale gdy jest zimno, buro, z nieba siąpi coś, o czym na początku myślisz że jest mżawką, a po pięciu minutach przemienia się w grad albo śnieg z deszczem, to trzeba być albo istotą wyjątkowo mrozoodporną/deszczoodporną albo totalnym narcyzem, żeby pozując do zdjęć (zwłaszcza, gdy jakieś niedostatki stroju już się odkryć zdążyło i jasnym jest, że dobre te zdjęcia nie będą, więc daremne te trudy i niewygód znoszenie...) nie poczuć się jak idiota - wszak kto żyw, ten do wnętrza jakiegoś się chowa albo parasol przynajmniej rozkłada.
A Ty, Blogerko, stoisz na środku ulicy/alejki/placu i uśmiechasz się do swojego Fotografa miną z gatunku "nas*ał w kieszeń" - oboje udajecie, że jest okey, damy radę.
Zrezygnować nie idzie.
Przecież w pozostałe sześć dni w tygodniu pracujesz, uczysz się albo odpoczywasz - w międzyczasie musisz ogarniać też jakieś inne sprawunki.
Nie siedzisz wystrojona każdego dnia w to samo i nie czekasz, aż zza chmury wyjdzie słońce.
Ktoś, kto Ci robi zdjęcia też ma swoje obowiązki.
Dlatego, kiedy przychodzi sobota/niedziela idziesz na zdjęcia - co by się nie działo.
Nawet grad Ci nie jest strasznym!
Sukienkę, kapelusz albo płaszczyk trochę pogniecie, ale od czego jest PhotoShop - wyprasuje się :>
Zdjęcia na blogu muszą się pojawić - choćby świat się miał skończyć!
Inni i inne wrzucają - chcesz być gorszą?
No weeeź...
Zdjęcia na blogu muszą się pojawić - choćby świat się miał skończyć!
Inni i inne wrzucają - chcesz być gorszą?
No weeeź...
Trochę ironii jest w tych słowach, ale tak to właśnie widzę.
Dzisiejsze zdjęcia to jedna z dwóch ostatnio popełnionych sesji, które miały wyjść bajeczne, ale coś poszło nie tak.
Kolejna, to świeżynka z drugiego dnia Świąt - ale o tym, jak to śnieg nas zaskoczył posmęcę, gdy ją tu wrzucę.
Te zrobiliśmy w czasie naszego z Lechem pobytu w Częstochowie.
Kiedy wyjeżdżaliśmy z Łodzi pogoda była cudna - owszem, upału nie było, ale niebo - czyste, wiatru - zero. Słońca - mnóstwo!
Nie spodziewaliśmy się, że w ciągu dwóch godzin wszystko zmieni się o 360 stopni, wiosna przemieni się w jesień, a temperatura obniży się znacząco.
Nieświadomi tego, co się święci nie spieszyliśmy się więc i żeby nie psuć sobie humoru ani nie opóźniać wyjazdu postanowiliśmy cyknąć parę zdjęć już na miejscu.
Częstochowa powitała nas deszczem, wiatrem, niesamowitą zimnością i potężną burością.
Byliśmy zaproszeni na obiad/kolację u przyjaciół Leszka - nie mieliśmy czasu na czekanie w samochodzie, aż chmury będą raczyły iść sobie w stronę Zagłębia albo gdzieś dalej jeszcze.
Robienie zdjęć kolejnego dnia też nie wchodziło w rachubę, bo ja miałam się spotkać z Pauliną i Ewą, Lechu - z kolegą ze studiów.
Choć oboje wiedzieliśmy, że niewiele dobrego z tego wyjdzie - poszliśmy na żywioł.
Jak to zwykle bywa - jak masz na zrobienie czegoś pięć minut, to małe są szanse na to, że zrobisz to dobrze.
Jak już wróciliśmy do Łodzi i zgraliśmy zdjęcia, to złapałam się za głowę - choć zestaw, który miałam na sobie tego dnia w lustrze wyglądał bardzo fajnie, to po dwugodzinnej podróży autem przestał prezentować się już tak dobrze.
Sukienka mi się wygniotła, zakolanówki okazały się prześwitujące (uprzedzając pytania - tak, one prześwitują nawet, gdy opuści się je niżej... ich góra wykonana jest z nieco "luźniejszej" przędzy...
widząc je w sklepie bardzo się tego efektu bałam, ale ekspedientka wmówiła mi, że różnica będzie minimalna... bardzo żałuję, że ta Pani już tam nie pracuje, bo pokazałabym jej te zdjęcia :]), jedna zsunęła się niżej od drugiej, a chustkę zawiązałam krzywo - bo wiatr mi ją rozchełstał, a lusterko zostało w aucie.
Pal licho sukienkę - wygniotła się z tyłu, od przodu można było zrobić jakieś zdjęcia....
Tylko w teorii - wiało tak bardzo, że rozstać się z kurtką na dłużej, niż parę sekund było fizyczną niemożliwością.
Nie jestem więc zadowolona z tej "sesji" - a bardzo chciałam Wam pokazać ten zestaw, bo jest kolejnym z typowo "moich", choć nie kompletowałam go ostatnio.
Odkryłam go jesienią, wtedy to do zakolanówek dobierałam moje wysłużone już nieco muszkieterki (o, te tutaj).
A zamiast fedory na głowie miałam melonik.
Wiosną muszkieterki zamieniłam na półbuty, fedora także wydaje mi się bardziej od melonika tu pasować.
Uwielbiam ten sweter.
Kupiłam go baaardzo dawno temu, chyba jeszcze w liceum - wypatrzyłam go w jednym ze zgierskich lumpeksów.
Wykonany jest ze świetnej jakościowo mieszanki - jest tam nie tylko mój ukochany moher, ale i angora, którą lubię, bo grzeje bardzo.
Angory jest tam zresztą najwięcej - co dziwi, bo sweter nie linieje aż tak bardzo ;)
Uwielbiam nosić go do tej sukienki, uwielbiam łączyć go z tą też chustką.
Wydaje mi się, że te brązy na niej dodają całości takiego pazura w stylu niby-country.
Chustka już raz gościła na blogu - tu ją pokazywałam.
Pamiętam, że przy robieniu tamtych zdjęć pogoda też płatała nam figle.
Może to jej wina?
Może to ona jakiegoś pecha przyciąga?
Po tej częstochowskiej przygodzie serce mi umarło i ostatnio nie mam na niego nastroju.
To raz.
Dwa - mam taką zasadę, że jak zdjęcia nie wyjdą, to ich nie poprawiamy.
Trąci mi to sztucznością i strojeniem się specjalnie do nich - a tego, to ja nie lubię.
Leszek się śmieje, że ta spsuta pogoda, to jest kara boska - kto to widział paradować w zakolanówkach po parkach pod Jasną Górą ;P
Może coś w tym jest - ale uwierzcie, mając kilka tylko chwil na cały ten proceder nie mieliśmy czasu na szukanie innej miejscówki.
Zostawała jeszcze Aleja NMP, ale tam się jakiś targ przedwielkanocny rozlokował i tylu ludzi, ile nań naszło, to Lechu by nie zdołał nawet w PhotoShopie porozmywać ;P
Kurtka - H&M
Sweter - ZARA (second hand)
Sukienka - H&M
Chustka - z szafy babci
Rajstopy - Gatta
Zakolanówki - Gatta
Rękawiczki - Reserved
Torebka - H&M
Kapelusz - H&M
Półbuty - Centro
Szykuje nam się kolejny weekend w Częstochowie - może wrócimy do tych parków jeszcze, może coś lepszego z tego wyjdzie, trzymajcie kciuki ;)
Uciekam, zostawiając Was z tym postem nie bez uczucia niedosytu - ale może nie będzie źle, zdjęcia które udało się nam z tej wyprawy uratować jakoś tam się prezentują, może je zaakceptujecie ;)
Lecę do pracy (tak, w sobotę...), miłego weekendu Wam życząc!
Ściskam,
Wasza Mar!
P.S. Tak, wiem - słowo "angora" budzi duży niesmak ekologów i miłośników zwierząt.
I mnie doszły słuchy na temat tego, jak niektóre sieciówki pozyskują wełnę z królików angorskich - ale skoro tyle już lat temu sweter ten do domu przyniosłam, to przecież go nie wyrzucę, skoro całkiem dobrze wygląda.
To też by było mocno nieekologiczne zagranie.
Istnieje też spora szansa na to, że w latach, w których sweter został wyprodukowany odbywało się to wszystko zgodnie z zasadami i żaden królik nie ucierpiał.
Tym się pocieszam.
Szykuje nam się kolejny weekend w Częstochowie - może wrócimy do tych parków jeszcze, może coś lepszego z tego wyjdzie, trzymajcie kciuki ;)
Uciekam, zostawiając Was z tym postem nie bez uczucia niedosytu - ale może nie będzie źle, zdjęcia które udało się nam z tej wyprawy uratować jakoś tam się prezentują, może je zaakceptujecie ;)
Lecę do pracy (tak, w sobotę...), miłego weekendu Wam życząc!
Ściskam,
Wasza Mar!
P.S. Tak, wiem - słowo "angora" budzi duży niesmak ekologów i miłośników zwierząt.
I mnie doszły słuchy na temat tego, jak niektóre sieciówki pozyskują wełnę z królików angorskich - ale skoro tyle już lat temu sweter ten do domu przyniosłam, to przecież go nie wyrzucę, skoro całkiem dobrze wygląda.
To też by było mocno nieekologiczne zagranie.
Istnieje też spora szansa na to, że w latach, w których sweter został wyprodukowany odbywało się to wszystko zgodnie z zasadami i żaden królik nie ucierpiał.
Tym się pocieszam.
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.












