Amazing Weekend
Zobacz oryginał wt., 04/06/2013 - 13:58
Póki emocje są jeszcze świeże zdaję krótką relację z dwudniowego koncertowego maratonu. Było niesamowicie, do tej pory nie mogę dojść do siebie i ze wstrętem myśląc o codziennej rutynie. Zaraz po przyjeździe udaliśmy się pod hotel, gdzie miało odbyć się spotkanie zespołu HIM z fanami, organizowane przez dziewczyny z funclubu. Odczekaliśmy chwilę, po czym ogarnęliśmy dojazd na Ursynów. Jak się później okazało spotkanie się odbyło, ale Ville Valo nie raczył zejść na spotkanie. Podczas drugiego dnia na dużej scenie wystąpili w kolejności: Headfirst, Parkway Drive, Chemia, Venflon, HIM i 3 Doors Down. Tak się złożyło, że czekaliśmy przez pięć godzin, w celu usadowienia się w dobrym miejscu, blisko barierek, dzięki czemu wysłuchaliśmy wszystkich koncertów. Pierwszy w ogóle nie kojarzę. Parkway Drive słuchałam po raz pierwszy i od razu mi się spodobał. Bardzo charyzmatyczny zespół, żywa reakcja publiczności - pogo, fale, tarzanie w błocie, kąpiele błotne i wszystko co związane z błotem. Z pewnością zaprzyjaźnię się z zespołem pod kątem muzycznym. Ostatnie dwa występy przed HIM'em również nie utarły się w mojej pamięci, ponieważ czekaliśmy i przygotowywaliśmy emocjonalnie na naszą fińską gwiazdkę.
Zabierając kalosze wygrałam na loterii. Wcześniej oglądałam zdjęcia z fb jak budowana była scena, więc widząc na polu ogromne jeziorka nie wahałam się ani chwili. Gorsze od wody było to błoto - brudne i niewyobrażalnie śmierdzące. Nie zabrakło amatorów zapasów we wspomnianej masie. Staraliśmy się unikać dostania błotnym plackiem, ale ostatecznie od stóp do głów byliśmy w szarych kropkach. Przewiesiłam sobie nawet kurtkę w pasie, aby uratować trochę spodnie. Niewiele to dało, wręcz przeciwnie, bo gdy zaczął już grać HIM kurtka się rozwiązała i poszła pomiędzy tłum. W sumie po niej nie płacze - zginęła godną śmiercią, dyskretnie dała znak, iż nadszedł czas na nową.
To był po prostu dobrze odegrany występ. Żadnego kontaktu z publicznością - ludzi niosła fala na przód, kolega rzucił swoja koszulkę z ich logo na scenę, wszyscy krzyczeli, piszczeli, a wszystko podsumowane zostało lakonicznym podziękowaniem. Dziewczyny z oficjalnego funclubu zespołu przez cały dzień rozdawały kartki z malachimowym zapisem skrótu piosenki (TOT), który pojawiał się wielokrotnie w teledysku do "Tears on tape" i właśnie podczas jej zagrania wszystkie ręce wraz ze znakiem poszły w górę. Możecie go zobaczyć na drugim zdjęciu. Wielki plus należy się za dobór piosenek i aranżacje - jakieś 90% utworów pochodziło ze starszej twórczości i chwała im za to. Odegrali wszystkie najbardziej sztandarowe przeboje na najwyższym poziomie.
Chyba jeszcze nigdy ludzie nie naruszali mojej przestrzeni osobistej w takim stopniu. Mimo, iż jak wspomniałam - zajęliśmy miejsce czekając pięć godzin - pierwszy opór ludzi zepchnął nas w lewo, drugi w prawo i gdyby nie mój kolega, prawdopodobnie nie miałabym już żeber. Niemniej chętnie udałabym się i przeżyła ten koncert raz jeszcze.
Drugiego dnia na warszawskim Torwarze supportem przed Laną był Dawid Podsiadło, zwycięzca drugiej edycji "X factor". O jego występie usłyszałam niemalże dzień wcześniej. Ubrany w białym garniturze na scenie był w swoim żywiole, dlatego nie ukrywam zaskoczenia, pamiętając skromnego oraz spokojnego chłopaka z programu. Wspaniale się ruszał, zagadywał publikę i przygotował do występu gwiazdy. Coś z niego będzie, zapowiada się interesująco, wydał w końcu solową płytę - być może zawojuje polski rynek muzyczny. Po Dawidzie została sama płachta z białego materiału i stojak od mikrofonu. Chłopaki zabrali swój sprzęt i przez jakieś dwadzieścia minut nic się nie działo. Myślę sobie - ok puszczą muzykę z taśmy a sama wokalistka będzie śpiewała na środku, czego w końcu się spodziewać za bilet w cenie stu dwudziestu złotych. Nic z tych rzeczy. Materiał spadł na dół, wszyscy w wysoki kwik, a naszym oczom ukazał się nieprzeciętny widok.
Już sama scenografia zachwycała. Świeczniki, podrapane draperie, przytłumione światło, fortepian, przywieszone kruki - całość otulona palmami przenosiła nas do Californii. Oglądałam naprawdę wiele występów Lany na youtube, lecz żaden z nich jak dotąd nie był tak dokładnie wypracowany, co do najmniejszego szczegółu.
Jeżeli chodzi o wygląd - Lana wyglądała zjawiskowo, jest zdecydowania ładniejsza w rzeczywistości niż na podrasowanych zdjęciach w internecie. Ubrana w zwykłą, dopasowaną sukienkę w kwiatki i workery dała lepsze show niż podczas poprzedniego, kameralnego występu bodajże w październiku.
O wokalu piosenkarki krążą legendy - jak to bywa ze słowem "podobno". Tym bardziej pozytywnie odczarowało się nastawienie już po pierwszej, choć o nieco erotycznym zabarwieniu piosence "Cola (My pussy tastes like pepsi cola)". Przedział wiekowy w obszernej skali, od najmniejszych (którzy chyba i tak nie zrozumieli) po najstarszych. Nawiązując jeszcze do głównego wątku - głos niesamowity. Chyba trochę porzuciła wypracowaną konwencję smutnej dziewczyny, gdyż non stop się uśmiechała i pozwoliła sobie na poruszanie w rytm muzyki.
W przeciwieństwie do zespołu HIM, Lana żywo reagowała z publiką. Cały czas podkreślała, jakie to dla niej ekscytujące, jak miło jest zaskoczona z obietnicą, że wkrótce znowu się zobaczymy. Funclub rozdawał serduszka z napisem "Lana Del Rey", które w trakcie trwania "Video Games" ludzie podnieśli do góry. Piosenkarka przyciągnęła rękę do skroni, aby lepiej zobaczyć horyzont i zaniemówiła. Dziewczyny rzucały do przodu przygotowane wianki, Lana zbierała, gromadziła na scenie stosik i co jakiś czas wymieniała je na głowie. Jakby tego było mało schodziła na sam dół do pierwszego rzędu w towarzystwie ochroniarzy. Rozdawała autografy oraz robiła sobie zdjęcia ze wszystkimi co się dało. Bardziej jednak wolała poświęcić ten czas, żeby każdego wyściskać, przytulić bądź choćby dotknąć.
Nie do końca wiem jak to się stało, w momencie jak Lana chwyciła moją dłoń. W sumie wcale się nie starałam w porównaniu do pięciogodzinnego stania wobec poprzedniego dnia, żeby być blisko barierek. Na moje szczęście z przodu stały same niskie małolaty, więc scenę każdy widział doskonale. Ponadto dodam, że po bokach ustawione były telebimy, toteż najmniejsze pyrdki nie były zawiedzione. W pobliżu trzeciego kawałka zaczęło robić się duszno i tłoczno, dzieciakom robiło się słabo, więc zaczęły zawracać ze swojego miejsca. I tak krok po kroku znalazłam się w prawym narożniku tuż przed sceną. Na sam koniec, po ostatniej piosence, Lana po raz kolejny wyszła do fanów. Nie sądziłam, że przyjdzie tak na sam kraniec sceny, mogę zatem mówić, iż miałam sporego farta :)
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.


















