Lista blogów » Kasia Skalska

Łucznik Karina 910 - moja pierwsza maszyna do szycia!

Zobacz oryginał
karina1.jpg

Na wstępie żale, żeby nie było za kolorowo. Niedawno stwierdziłam i podtrzymuję cały czas to stanowisko, że człowiek te dobre 10 lat temu to był durny - zamiast iść do zawodówki i zostać krawcową, skończyć technikum budowlane, czy inne rzemieślnicze, to poszedł człowiek do ogólniaka, "bo wszyscy szli", przebimbał kilka lat między książkami i melanżami i teraz nie pracuje w wyuczonym zawodzie, a uczy się, robi i zarabia na tym, czego powinien uczyć się wtedy. Nie umiałabym siedzieć za biurkiem 8 godzin, za to umiałabym szyć, wyszywać i robić remonty całodobowo. I z racji takiej, że w tym roku stawiam na siebie (patrz wpis z 1 stycznia), postanowiłam pójść w kierunku tego, co mnie przysłowiowo jara.

Kto śledzi mój INSTAGRAM, ten wie, że od jakiegoś czasu prowadzę #nocneżyciegąsienicowej, kiedy to spędzam długie godziny na wyszywaniu koralikami. Bardzo mi się to podoba, chłonę wiedzę od lokalnych Babeczek i wyszywam swój pierwszy, góralski gorset. Kto widział, ten widział, że dwa prototypy zostały z hukiem wyrzucone, ale trzeci jest na wykończeniu, więc jak już mówiłam, do Bożego Ciała będzie paradnie fest. Wracając jednak do sedna dzisiejszego wpisu, postanowiłam, że pójdę o krok dalej i nauczę się szyć na maszynie. Do niedawna moje umiejętności szycia zaczynały i kończyły się na pracy, dopóki się nitka nie urwie, czyli 20 cm na prosto. I to wcale nie jest żart! Skoro szyłam te kilometry u Mamy i patrząc na to, jak mi idzie, nie widziałam najmniejszego sensu posiadania maszyny. Do kiedy? Tak naprawdę do czasu, kiedy zapłaciłam 50 złotych za wszycie taśmy ściągającej do jednej zasłony... Znacie moje podejście do wydawania takich pieniędzy. Miarka się przebrała, postanowiłam kupić maszynę. Kilka razy radziłam się Was w wyborze, kilka razy już stałam z pudełkiem przy kasie, ale ostatecznie nigdy tej maszyny nie doniosłam ze sklepu do domu. Dalej wywoziłam skrojone rzeczy 300 km do Mamy, żeby mi pozszywała i Mamie chyba dało to porządnie w kość, bo w sprytny sposób pozbyła się mnie, kupując mi Karinę pod choinkę ;-)

Mama szyje, więc Mama się zna - Karina nie jest najprostszą do obsługi maszyną, ale też nie najtrudniejszą. Mój Śwagier świadkiem, jak pewnego wieczoru przyszedł, a ja siedziałam nad maszyną z nitką w ręce, instrukcją obsługi na kolanach i otworzonym youtubem "jak założyć nitkę w Karinie". Właściwie trzy noce poświęciłam na zakładaniu tej nitki, ile mięsa rzuciłam to nie zliczę, ale teraz robię to z zamkniętymi oczami i nie rozumiem, jak mogłam tego nie załapać przez tyle lat. Szycie na prosto opanowane - wszystkie firanki wymienione na nowe, dlatego kto będzie przechodził obok chałupy Gąsieniców, to proszę się zachwycać, wbrew pozorom wcale tak łatwo na początku nie było ;-)

karina2.jpg

Nie będę wypisywać parametrów maszyny, bo kto będzie zainteresowany, szybko przeczyta na stronie producenta. 38 programów do szycia, to i tak o 37 za dużo dla mnie ;-) Jak ktoś chce tytuły filmików na youtubie, walcie śmiało na maila ;-) A ja wracam do szycia, bądźcie cierpliwi, jak coś ładnego mi wyjdzie, na pewno Wam tu pokażę.

Enjoy, hej, do zaś!

Zaloguj się, żeby dodać komentarz.