Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Nagle okazuje się, że strój "galowy" to nie tylko wdzianko na szkolne akademie i egzaminy - bo i na rozmowy o pracę, oficjalne spotkania, niektóre imprezy i wszystkie te uroczystości rodzinne, o których istnieniu często za dzieciaka nie miało się nawet pojęcia (bo jak tylko można było, to się człowiek wykręcał: a to brzuch go bolał, a to uczyć się musiał, a to wreszcie rodzice wcale go zabierać nie chcieli, bo przykre to i po co dziecko stresować - u mnie w domu tak było z pogrzebami, z zasady na żadne ani mnie ani brata do osiągnięcia pewnego wieku nie zabierano).
O sytuacji, kiedy z dnia na dzień dostaje się pracę w miejscu, w którym elegancki mundurek jest wymogiem dyskusji niepodlegającym nawet nie wspominam.
Jeśli elegancji nie lubimy, a życie oszczędziło nam konieczności codziennego paradowania po biurze w spódnicy i białej koszuli, to jeszcze jakoś można się przez te wszystkie szykowniejszej nieco oprawy wymagające okazje prześlizgnąć - na przykład co Święta wmawiać rodzinie, że biały sweter jest przecież biały i co to za różnica: koszula czy sweter?
Albo upierać się, że sukienka w kotki nadal jest sukienką, a sam fakt sukienkowości już jest wyznacznikiem elegancji, więc o co, Mamo i Tato, kaman?
Jednak co za dużo i za długo, to niezdrowo!
W pewnym momencie człowiek ma za dużo rzeczy i spraw na głowie, żeby kombinować i to, czego nie lubi skrupulatnie obchodzić (byle tylko na swoim postawić).
Tak stało się ze mną - swego czasu byłam wyznawczynią poglądu, że elegancja tylko wtedy, kiedy mało nudna, fikuśna jakoś, wymyślna. Ba - nadal tak uważam.
Lecz gdy czasu mało, rzeczy wiele do zrobienia i wszystkie te okazje do eleganckich strojeń wypadają tak, że na przebranie się ma człowiek tylko kilka chwil, to szkoda, naprawdę szkoda czasu na kombinowanie - proste rozwiązania są o wiele praktyczniejsze.
A prosta, skromna i czarna sukienka wcale nie ma mniej uroku, niż najpiękniejsza nawet koszula z bufiastymi, hipisowskimi nieco rękawami (tak, marzy mi się taka koszula od dawna - i nigdzie jej dostać nie mogę).
Sukienki noszę niechętnie, bo nie lubię odsłaniać nóg - to już mniejsza o to, czy mi się te moje nogi podobają, czy nie (wiadomo, że nie - widział ktoś kiedyś kobietę zadowoloną ze swojej figury? każdej zawsze coś w niej samej nie pasuje).
Nie czuję się w nich też tak swobodnie, jak w spodniach.
Ale gdy raz na kilka miesięcy nachodzi mnie ochota na to, żeby wyglądać kobieco, to okazuje się, że żaden ciuch nie nadaje się do tego kobiecości podkreślania lepiej od nich ;)
Ponieważ tegoroczne Święta Bożego Narodzenia mam zamiar spędzić nieco inaczej, niż wszystkie poprzednie (w skrócie - bardziej przyłożyć się do ich zorganizowania, niż tylko do konsumowania tego, co mi się pod nos podstawi), to bardziej od wymyślania stroju na Wigilię i świąteczne spotkania zajmuje mnie to, co przyrządzę.
Mam już za sobą próbę pieczenia piernikopodobnych ciastek i opracowywania dwóch rodzajów farszu do pierogów, ten weekend z kolei spędzam na sprzątaniu rodzinnego domu.
Bardzo dużo uwagi poświęciłam też kupieniu bliskim fajnych prezentów.
Gdybym miała tydzień lub dwa zastanawiać się, co założę na siebie w te ważne dni, to chyba bym zwariowała.
Sukienka - H&M
Marynarka - MOODO
Kopertówka - no name (Allegro)
Rajstopy - Łódzka Rajtuza (Gabriella)
Szpilki - Romeo Rotti
Kiedy jakiś czas temu porządkowałam swoją szafę (w poszukiwaniu tych ubrań, które najbardziej ze wszystkich przydadzą mi się zimą) to odnalazłam w jej czeluściach kilka całkiem ładnych sukienek, których z jakiś względów dawno nie nosiłam - jedną z nich była czarna, trapezowa nieco sukienka.
Kupiona dwa lata temu, na przykrą okoliczność, bo specjalnie na pogrzeb babci.
Później nosiłam ją rzadko - ciągle źle mi się kojarzyła.
Ale nosiłam. Raz nawet wykorzystałam ją dla potrzeb jednej z blogowych sesji.
Sukienka jest jednak tak ładna, że szkoda ją zostawiać w szafie - ma sporo zalet: dość gruby materiał (nie zmarznę w niej więc nawet wtedy, jeśli na Wigilię u moich rodziców organizowaną będę musiała przejechać przez pół miasta tramwajem), odpowiednią długość (jeśli już mam nosić sukienki i spódnice, to akceptuję tylko te sięgające mi do połowy uda) no i kolor - co czerń, to czerń ;)
Nawet w Boże Narodzenie nie wyobrażam sobie siebie w innym sukienki kolorze, niż w czerni ;)
Pomyślałam sobie - może będzie nudno, ale przynajmniej z klasą :)
Szybko jednak okazało się, że wcale ten mój świąteczny "outfit" nie musi być nudny!
Może być niebanalny - właśnie tak, jak lubię!
A wszystko to za sprawą... rajstop!
Szczerze powiedziawszy nigdy nie sądziłam, że rajstopy mogą być fajnym dodatkiem - ot, rajstopy to rajstopy.
Najlepsze te, których nie widać.
Jeśli już muszą być widoczne, to też niech będą czarne.
Ale koniecznie gładkie.
Wzorów na rajstopach nosić nie lubiłam - zawsze wydawały mi się wulgarne lub infantylne (i - szczerze mówiąc - w przeważającej większości wypadków nadal takimi mi się wydają).
Nie miałam więc pojęcia, że kiedykolwiek jakąś wzorem ozdobioną parę założę na swoje nogi.
Te wzorzyste rajstopy to prezent - prezent nie od byle kogo, a od Łódzkiej Rajtuzy.
Łódzka Rajtuza zaś to i ludzie i marka - i idea, przede wszystkim idea!
To projekt znanej chyba większości Polek firmy pończoszniczej - Gabrielli.
Jednego z największych producentów rajstop i pończoch tak na rynku polskim, jak i europejskim.
Przy okazji - firmy łódzkiej.
I nie, Gabriella nie jest w tym biznesie jedyną łódzką firmą!
Pomimo kryzysu, jaki po upadku poprzedniego ustroju dotknął skoncentrowaną wówczas głównie w Łodzi i okolicach branżę tekstylną i włókienniczą (a który zaowocował bankructwem dużych i bardzo licznych zakładów produkcyjnych, do końca lat '80 dających zatrudnienie przeważającej większości mieszkańców całego województwa łódzkiego) produkcja rajstop i pończoch wcale się z łódzkich progów nie wyniosła - wręcz przeciwnie, ma się świetnie.
Wbrew temu, co zapewne sądzi statystyczny Polak ;)
Większość tych rajstop, które zapewne macie w swoich szufladach produkowana jest właśnie tu, w moich rejonach - znana z kontrowersyjnych bilboardów marka Adrian ma swoją siedzibę w moim rodzinnym Zgierzu, Gatta i Wola w Zduńskiej Woli, Agatex - w Aleksandrowie Łódzkim.
Typowo łódzkie są zaś oprócz Gabrielli jeszcze marki takie jak Marilyn i Fiore.
Mniejszych, nie tak dobrze znanych, ale świetnie się mających firm produkujących rajstopy, skarpetki i pończochy działa w naszym województwie jeszcze więcej - pogooglujcie, to się przekonacie, że nie kłamię ;)
Łódzka Rajtuza to owoc przemysłu kreatywnego, tej przemysłu gałęzi, w której rozwoju polska gospodarka pokłada obecnie bardzo duże nadzieje - przemysł kreatywny łączy przedsiębiorczość z kreatywnością, a technologię z pomysłowością.
I to, co znane od dawna z tym, co nowe i często zaskakujące - w tym wypadku jest to produkcja wyrobu dobrze znanego w regionie i poza nim, takiego, który z Łodzią jest dość dobrze kojarzony, ale przy wykorzystaniu nowych pomysłów.
To projekt wart uwagi, bo promujący Łódź - brakowało takich marek u Nas!
Śląsk już kilka lat temu odkrył, że może się "sprzedawać" - mało tego: że może być modny!
Każdy i każda z Was zapewne zna przynajmniej kilka śląskich firm produkujących (dawniej na mniejszą, dziś już na masową skalę) koszulki, kubki, poduszki i inne gadżety - a to z wizerunkami charakterystycznych dla Śląska budynków/obiektów, a to ze śmiesznie brzmiącymi zdaniami zapisanymi etnolektem śląskim.
Reszta Polski pokochała Śląsk, a sami Ślązacy są ogromnie z niego dumni - i nie mają nic przeciwko promowaniu go na rozmaitych produktach użytkowych.
Dlaczego więc tyle czasu trzeba było czekać, aż w ślady śląskich marek pójdą te łódzkie?
Nieważne - ważne, że wreszcie mamy coś, czego inni mogą nam zazdrościć ;)
Twórcy Łódzkiej Rajtuzy przyznają, że przy wymyślaniu jej inspirowali się wyłącznie tym, co kochają - Łodzią... i kobietami.
( Nic, co jest tworzone z miłości nie może się nie udać ;) )
Chcieli zaprojektować rajstopy, które łódzkie kobiety mogłyby nosić z dumą - dumą i z siebie (bo rajstopy miały być przede wszystkim kobiece!) i ze swojego miasta.
Dlatego też uwiecznili na nich te łódzkie obiekty, które najlepiej z Łodzią się kojarzą: pomnik Tadeusza Kościuszki z Placu Wolności (jedynego w Europie ośmiokątnego placu!), bramę dawnej fabryki Izraela Poznańskiego (dzisiejszej Manufaktury) i kominy fabryczne, które mają upamiętniać przemysłowy rodowód miasta (a przy tym są nieodłącznym elementem łódzkiego krajobrazu).
Łódzka Rajtuza to gratka nie tylko dla kobiet lubiących łódzką architekturę - to także coś dla pań ceniących gwarowe smaczki ;)
Tak, tak - gwara łódzka też istnieje ;)
I ma się dobrze ;)
Smaczki te ukryły się w opisie rajstop - na odwrocie ich kartonowego opakowania:
"100 % galanty* wybór - 0% badziewia* - 100% łódzka produkcja
Rajtuzy idealne do siajowej* roboty, jak i na fajowy* dansing* na Pietrynie*.
Na rajtuzie tej znajdziesz rozmaitości z miasta Łodzi*: bramę przy zakładach Poznańskiego, Kościuszkę z placu Wolności i zwyczajne dla oczu łodzian fabryki.
Kup je bystro*!"
Jeśli nie wiecie, co oznaczają ogwiazdkowane wyrazy (będące niczym innym, jak łodzianizmami właśnie - acz niektóre z nich zostały zaczerpnięte z innych regionów, niekoniecznie polskich), to odsyłam od razu do Post Scriptum - tam je wyjaśniam.
Podoba mi się ta "rajtuza" - informację o tym, że taki produkt jest w przygotowaniu znalazłam w sieci sama, na długo, długo przed tym, zanim dział marketingu Gabrielli postanowił sprawić mi taką fajną, świąteczną niespodziankę :)
Swoim entuzjazmem związanym z moim nowym odkryciem nie omieszkałam podzielić się z Wami na fejsbuku, pewnie to pamiętacie.
Planowałam sama sprezentować sobie jedną chociaż parę - ale nie byłam pewną, czy zdążę upolować ją przed Świętami.
Dlatego nawet nie uwzględniałam rajtuzy w moich świąteczno-sylwestrowych planach ubraniowych.
Jednak jako że już ją mam, to decyzja zapadła - w tym roku siadam do świątecznego stołu odziana w produkt w pełni regionalny, a co!
Łódzka Rajtuza jest tak ładna, że trzeba się nią chwalić ;)
Jeśli jesteście z Łodzi i okolic, lubicie Łódź albo doceniacie przemysły kreatywne - rozważcie sprawienie sobie takiego prezentu.
Tak, kupcie sobie rajtuzę w świątecznym prezencie - o innych już zdążyłyście zadbać, teraz pomyślcie o sobie!
Być może tak jak ja odkryjecie w niej idealny dodatek do świątecznej stylizacji :)
Ewentualnie - spójrzcie przychylnie na rajtuzę, jeśli jeszcze szukacie fajnego prezentu dla innej młodszej lub starszej damy (Łódzka Rajtuza to nie produkt tylko dla nastolatek :>).
Albo podszepnijcie swojemu mężczyźnie, że wcale się nie obrazicie, jeśli dorzuci Wam jedną jej parę do gwiazdkowego podarunku.
Rajstopy pięknie wyglądają na nogach i ładnie je modelują - sama przyjemność dla męskich oczu oglądać w nich swoją Lubą ;)
W ogóle - pewnie zaskoczeni i zaskoczone jesteście, że mając możliwość sfotografowania Łódzkiej Rajtuzy i wszystkich tych nadrukowanych na niej łódzkich obiektów w naturalnym, łódzkim plenerze nie skorzystaliśmy z niej.
Powiem wprost - raz, że obecnie jest zbyt zimno jak dla mnie na paradowanie po ulicy w rajstopach i w samej sukience (bo z kurtką, to ja tego zestawu nie widzę), a dwa, że jak propozycja stylizacji na Święta, to i świąteczne wnętrze.
Takiego ładnego, stylowego i świątecznymi dekoracjami przystrojonego wnętrza użyczyła nam siostra Leszka - to w jej sklepie SENEKO - Kolorowych Snów je zrobiliśmy :)
Jeśli bardziej od ciuchów kręcą Was dizajnerskie meble i dodatki do domu, to będąc w Łodzi koniecznie wpadnijcie na ulicę Świętej Teresy 100!
Agata Was dobrze ugości - i pokaże Wam takie ładne fotele i sofy, że już będziecie wiedzieć, na co chcecie przetracić swoje oszczędności ;P
Pozdrawiam Was przedświątecznie i biegnę ubierać choinkę!
Wasza Mar!
P.S. Obiecany słowniczek łodzianizmów z rewersu opakowania Łódzkiej Rajtuzy:
Galanty - dobry, duży, zacny (w Łodzi mówi się tak też o udanym wypieku albo dobrze odżywionym dziecku :>)
Badziewie - bubel, tandeta, rzecz nietrwała lub brzydka
Siajowy - to słowo po części oznacza to, co może oznaczać rzeczownik badziewie ;)
Albo inny, będący w użyciu w całej Polsce - szajs.
Pochodzi od imienia jednego z dziewiętnastowiecznych łódzkich fabrykantów - Szai Rosenblatta.
Wieść niesie, że produkowane w jego fabryce tkaniny bawełniane były tak kiepskie, że nie nadawały się do niczego.
Siajowy zwykło się więc mówić w Łodzi na coś beznadziejnego.
Od siebie powiem Wam tylko tyle, że mnie do beznadziejnej pracy szkoda by było zakładać takie ładne rajstopy ;P
Fajowy - przeciwieństwo siajowego: coś fajnego - po prostu :)
Pietryna - to potoczna nazwa jednej z ważniejszych łódzkich ulic: Piotrkowskiej, dawnego serca Łodzi - jeszcze dwadzieścia lat temu była ona reprezentacyjną ulicą Łodzi, pod koniec lat '90 zaczęła nieco podupadać, a obecnie na nowo rozkwita.
Dansing - starsi mieszkańcy Łodzi mówią tak na każdą imprezę taneczną, bez względu na to, przy dźwiękach jakiej muzyki się ona odbywa ;)
Z miasta Łodzi - oglądaliście Bilet na Księżyc? Pamiętacie dziewczynę, którą w bardzo niezręcznych okolicznościach poznał główny bohater - Adam?
Zapytana o to, skąd jest, bez wahania odpowiedziała, że z miasta Łodzi.
Otóż starsi łodzianie mają jakiegoś kręćka i za wszelką cenę chcą podkreślać, że "ich" Łódź to nie jest taka łódź, jak wszystkie inne łodzie.
To jest MIASTO ŁÓDŹ! Żeby odróżnić nazwę własną od rzeczownika pospolitego zawsze dodają to "miasto".
Dla mnie ten zabieg jest zbędny, ale akceptuję ludzkie dziwnostki ;)
Bystro - szybko, prędko, natychmiast (ten wyraz nie jest łodzianizmem, to rusycyzm, ale w pozostałych regionach naszego kraju raczej się nie przyjął - tylko w Łodzi i jej okolicach jest w powszechnym użyciu)
Łódzka Rajtuza - dobre, bo łódzkie (i na Święta w sam raz)
Zobacz oryginał ndz., 20/12/2015 - 11:44W moim stosunku do elegancji nic nie uległo zmianie - nadal na hasło "elegancja" dostaję drgawek i ataku paniki.
Jednak dni, tygodnie i miesiące mijają - robię się coraz starsza.
A choć nie należę do tego ludzi gatunku, który każdą kobietę po dwudziestym piątym/trzydziestym roku życia ubrałby w zgrzebny wór i beret z moheru (bo w innym stroju, to czegoś i komuś tam nie wypada), to nie przeczę - wychodzę z założenia, że w pewnym wieku warto, naprawdę warto umieć ubrać się nieco bardziej wyjściowo ;)
Kiedy przestaje się mieć te kilkanaście lat, to coraz trudniej człowiekowi unikać sytuacji, w których musi się bardziej nieco, niż "normalnie" odstroić.
Nagle okazuje się, że strój "galowy" to nie tylko wdzianko na szkolne akademie i egzaminy - bo i na rozmowy o pracę, oficjalne spotkania, niektóre imprezy i wszystkie te uroczystości rodzinne, o których istnieniu często za dzieciaka nie miało się nawet pojęcia (bo jak tylko można było, to się człowiek wykręcał: a to brzuch go bolał, a to uczyć się musiał, a to wreszcie rodzice wcale go zabierać nie chcieli, bo przykre to i po co dziecko stresować - u mnie w domu tak było z pogrzebami, z zasady na żadne ani mnie ani brata do osiągnięcia pewnego wieku nie zabierano).
O sytuacji, kiedy z dnia na dzień dostaje się pracę w miejscu, w którym elegancki mundurek jest wymogiem dyskusji niepodlegającym nawet nie wspominam.
Jeśli elegancji nie lubimy, a życie oszczędziło nam konieczności codziennego paradowania po biurze w spódnicy i białej koszuli, to jeszcze jakoś można się przez te wszystkie szykowniejszej nieco oprawy wymagające okazje prześlizgnąć - na przykład co Święta wmawiać rodzinie, że biały sweter jest przecież biały i co to za różnica: koszula czy sweter?
Albo upierać się, że sukienka w kotki nadal jest sukienką, a sam fakt sukienkowości już jest wyznacznikiem elegancji, więc o co, Mamo i Tato, kaman?
Jednak co za dużo i za długo, to niezdrowo!
W pewnym momencie człowiek ma za dużo rzeczy i spraw na głowie, żeby kombinować i to, czego nie lubi skrupulatnie obchodzić (byle tylko na swoim postawić).
Tak stało się ze mną - swego czasu byłam wyznawczynią poglądu, że elegancja tylko wtedy, kiedy mało nudna, fikuśna jakoś, wymyślna. Ba - nadal tak uważam.
Lecz gdy czasu mało, rzeczy wiele do zrobienia i wszystkie te okazje do eleganckich strojeń wypadają tak, że na przebranie się ma człowiek tylko kilka chwil, to szkoda, naprawdę szkoda czasu na kombinowanie - proste rozwiązania są o wiele praktyczniejsze.
A prosta, skromna i czarna sukienka wcale nie ma mniej uroku, niż najpiękniejsza nawet koszula z bufiastymi, hipisowskimi nieco rękawami (tak, marzy mi się taka koszula od dawna - i nigdzie jej dostać nie mogę).
Sukienki noszę niechętnie, bo nie lubię odsłaniać nóg - to już mniejsza o to, czy mi się te moje nogi podobają, czy nie (wiadomo, że nie - widział ktoś kiedyś kobietę zadowoloną ze swojej figury? każdej zawsze coś w niej samej nie pasuje).
Nie czuję się w nich też tak swobodnie, jak w spodniach.
Ale gdy raz na kilka miesięcy nachodzi mnie ochota na to, żeby wyglądać kobieco, to okazuje się, że żaden ciuch nie nadaje się do tego kobiecości podkreślania lepiej od nich ;)
Ponieważ tegoroczne Święta Bożego Narodzenia mam zamiar spędzić nieco inaczej, niż wszystkie poprzednie (w skrócie - bardziej przyłożyć się do ich zorganizowania, niż tylko do konsumowania tego, co mi się pod nos podstawi), to bardziej od wymyślania stroju na Wigilię i świąteczne spotkania zajmuje mnie to, co przyrządzę.
Mam już za sobą próbę pieczenia piernikopodobnych ciastek i opracowywania dwóch rodzajów farszu do pierogów, ten weekend z kolei spędzam na sprzątaniu rodzinnego domu.
Bardzo dużo uwagi poświęciłam też kupieniu bliskim fajnych prezentów.
Gdybym miała tydzień lub dwa zastanawiać się, co założę na siebie w te ważne dni, to chyba bym zwariowała.
Sukienka - H&M
Marynarka - MOODO
Kopertówka - no name (Allegro)
Rajstopy - Łódzka Rajtuza (Gabriella)
Szpilki - Romeo Rotti
Kiedy jakiś czas temu porządkowałam swoją szafę (w poszukiwaniu tych ubrań, które najbardziej ze wszystkich przydadzą mi się zimą) to odnalazłam w jej czeluściach kilka całkiem ładnych sukienek, których z jakiś względów dawno nie nosiłam - jedną z nich była czarna, trapezowa nieco sukienka.
Kupiona dwa lata temu, na przykrą okoliczność, bo specjalnie na pogrzeb babci.
Później nosiłam ją rzadko - ciągle źle mi się kojarzyła.
Ale nosiłam. Raz nawet wykorzystałam ją dla potrzeb jednej z blogowych sesji.
Sukienka jest jednak tak ładna, że szkoda ją zostawiać w szafie - ma sporo zalet: dość gruby materiał (nie zmarznę w niej więc nawet wtedy, jeśli na Wigilię u moich rodziców organizowaną będę musiała przejechać przez pół miasta tramwajem), odpowiednią długość (jeśli już mam nosić sukienki i spódnice, to akceptuję tylko te sięgające mi do połowy uda) no i kolor - co czerń, to czerń ;)
Nawet w Boże Narodzenie nie wyobrażam sobie siebie w innym sukienki kolorze, niż w czerni ;)
Pomyślałam sobie - może będzie nudno, ale przynajmniej z klasą :)
Szybko jednak okazało się, że wcale ten mój świąteczny "outfit" nie musi być nudny!
Może być niebanalny - właśnie tak, jak lubię!
A wszystko to za sprawą... rajstop!
Szczerze powiedziawszy nigdy nie sądziłam, że rajstopy mogą być fajnym dodatkiem - ot, rajstopy to rajstopy.
Najlepsze te, których nie widać.
Jeśli już muszą być widoczne, to też niech będą czarne.
Ale koniecznie gładkie.
Wzorów na rajstopach nosić nie lubiłam - zawsze wydawały mi się wulgarne lub infantylne (i - szczerze mówiąc - w przeważającej większości wypadków nadal takimi mi się wydają).
Nie miałam więc pojęcia, że kiedykolwiek jakąś wzorem ozdobioną parę założę na swoje nogi.
Te wzorzyste rajstopy to prezent - prezent nie od byle kogo, a od Łódzkiej Rajtuzy.
Łódzka Rajtuza zaś to i ludzie i marka - i idea, przede wszystkim idea!
To projekt znanej chyba większości Polek firmy pończoszniczej - Gabrielli.
Jednego z największych producentów rajstop i pończoch tak na rynku polskim, jak i europejskim.
Przy okazji - firmy łódzkiej.
I nie, Gabriella nie jest w tym biznesie jedyną łódzką firmą!
Pomimo kryzysu, jaki po upadku poprzedniego ustroju dotknął skoncentrowaną wówczas głównie w Łodzi i okolicach branżę tekstylną i włókienniczą (a który zaowocował bankructwem dużych i bardzo licznych zakładów produkcyjnych, do końca lat '80 dających zatrudnienie przeważającej większości mieszkańców całego województwa łódzkiego) produkcja rajstop i pończoch wcale się z łódzkich progów nie wyniosła - wręcz przeciwnie, ma się świetnie.
Wbrew temu, co zapewne sądzi statystyczny Polak ;)
Większość tych rajstop, które zapewne macie w swoich szufladach produkowana jest właśnie tu, w moich rejonach - znana z kontrowersyjnych bilboardów marka Adrian ma swoją siedzibę w moim rodzinnym Zgierzu, Gatta i Wola w Zduńskiej Woli, Agatex - w Aleksandrowie Łódzkim.
Typowo łódzkie są zaś oprócz Gabrielli jeszcze marki takie jak Marilyn i Fiore.
Mniejszych, nie tak dobrze znanych, ale świetnie się mających firm produkujących rajstopy, skarpetki i pończochy działa w naszym województwie jeszcze więcej - pogooglujcie, to się przekonacie, że nie kłamię ;)
Łódzka Rajtuza to owoc przemysłu kreatywnego, tej przemysłu gałęzi, w której rozwoju polska gospodarka pokłada obecnie bardzo duże nadzieje - przemysł kreatywny łączy przedsiębiorczość z kreatywnością, a technologię z pomysłowością.
I to, co znane od dawna z tym, co nowe i często zaskakujące - w tym wypadku jest to produkcja wyrobu dobrze znanego w regionie i poza nim, takiego, który z Łodzią jest dość dobrze kojarzony, ale przy wykorzystaniu nowych pomysłów.
To projekt wart uwagi, bo promujący Łódź - brakowało takich marek u Nas!
Śląsk już kilka lat temu odkrył, że może się "sprzedawać" - mało tego: że może być modny!
Każdy i każda z Was zapewne zna przynajmniej kilka śląskich firm produkujących (dawniej na mniejszą, dziś już na masową skalę) koszulki, kubki, poduszki i inne gadżety - a to z wizerunkami charakterystycznych dla Śląska budynków/obiektów, a to ze śmiesznie brzmiącymi zdaniami zapisanymi etnolektem śląskim.
Reszta Polski pokochała Śląsk, a sami Ślązacy są ogromnie z niego dumni - i nie mają nic przeciwko promowaniu go na rozmaitych produktach użytkowych.
Dlaczego więc tyle czasu trzeba było czekać, aż w ślady śląskich marek pójdą te łódzkie?
Nieważne - ważne, że wreszcie mamy coś, czego inni mogą nam zazdrościć ;)
Twórcy Łódzkiej Rajtuzy przyznają, że przy wymyślaniu jej inspirowali się wyłącznie tym, co kochają - Łodzią... i kobietami.
( Nic, co jest tworzone z miłości nie może się nie udać ;) )
Chcieli zaprojektować rajstopy, które łódzkie kobiety mogłyby nosić z dumą - dumą i z siebie (bo rajstopy miały być przede wszystkim kobiece!) i ze swojego miasta.
Dlatego też uwiecznili na nich te łódzkie obiekty, które najlepiej z Łodzią się kojarzą: pomnik Tadeusza Kościuszki z Placu Wolności (jedynego w Europie ośmiokątnego placu!), bramę dawnej fabryki Izraela Poznańskiego (dzisiejszej Manufaktury) i kominy fabryczne, które mają upamiętniać przemysłowy rodowód miasta (a przy tym są nieodłącznym elementem łódzkiego krajobrazu).
Łódzka Rajtuza to gratka nie tylko dla kobiet lubiących łódzką architekturę - to także coś dla pań ceniących gwarowe smaczki ;)
Tak, tak - gwara łódzka też istnieje ;)
I ma się dobrze ;)
Smaczki te ukryły się w opisie rajstop - na odwrocie ich kartonowego opakowania:
"100 % galanty* wybór - 0% badziewia* - 100% łódzka produkcja
Rajtuzy idealne do siajowej* roboty, jak i na fajowy* dansing* na Pietrynie*.
Na rajtuzie tej znajdziesz rozmaitości z miasta Łodzi*: bramę przy zakładach Poznańskiego, Kościuszkę z placu Wolności i zwyczajne dla oczu łodzian fabryki.
Kup je bystro*!"
Jeśli nie wiecie, co oznaczają ogwiazdkowane wyrazy (będące niczym innym, jak łodzianizmami właśnie - acz niektóre z nich zostały zaczerpnięte z innych regionów, niekoniecznie polskich), to odsyłam od razu do Post Scriptum - tam je wyjaśniam.
Podoba mi się ta "rajtuza" - informację o tym, że taki produkt jest w przygotowaniu znalazłam w sieci sama, na długo, długo przed tym, zanim dział marketingu Gabrielli postanowił sprawić mi taką fajną, świąteczną niespodziankę :)
Swoim entuzjazmem związanym z moim nowym odkryciem nie omieszkałam podzielić się z Wami na fejsbuku, pewnie to pamiętacie.
Planowałam sama sprezentować sobie jedną chociaż parę - ale nie byłam pewną, czy zdążę upolować ją przed Świętami.
Dlatego nawet nie uwzględniałam rajtuzy w moich świąteczno-sylwestrowych planach ubraniowych.
Jednak jako że już ją mam, to decyzja zapadła - w tym roku siadam do świątecznego stołu odziana w produkt w pełni regionalny, a co!
Łódzka Rajtuza jest tak ładna, że trzeba się nią chwalić ;)
Jeśli jesteście z Łodzi i okolic, lubicie Łódź albo doceniacie przemysły kreatywne - rozważcie sprawienie sobie takiego prezentu.
Tak, kupcie sobie rajtuzę w świątecznym prezencie - o innych już zdążyłyście zadbać, teraz pomyślcie o sobie!
Być może tak jak ja odkryjecie w niej idealny dodatek do świątecznej stylizacji :)
Ewentualnie - spójrzcie przychylnie na rajtuzę, jeśli jeszcze szukacie fajnego prezentu dla innej młodszej lub starszej damy (Łódzka Rajtuza to nie produkt tylko dla nastolatek :>).
Albo podszepnijcie swojemu mężczyźnie, że wcale się nie obrazicie, jeśli dorzuci Wam jedną jej parę do gwiazdkowego podarunku.
Rajstopy pięknie wyglądają na nogach i ładnie je modelują - sama przyjemność dla męskich oczu oglądać w nich swoją Lubą ;)
W ogóle - pewnie zaskoczeni i zaskoczone jesteście, że mając możliwość sfotografowania Łódzkiej Rajtuzy i wszystkich tych nadrukowanych na niej łódzkich obiektów w naturalnym, łódzkim plenerze nie skorzystaliśmy z niej.
Powiem wprost - raz, że obecnie jest zbyt zimno jak dla mnie na paradowanie po ulicy w rajstopach i w samej sukience (bo z kurtką, to ja tego zestawu nie widzę), a dwa, że jak propozycja stylizacji na Święta, to i świąteczne wnętrze.
Takiego ładnego, stylowego i świątecznymi dekoracjami przystrojonego wnętrza użyczyła nam siostra Leszka - to w jej sklepie SENEKO - Kolorowych Snów je zrobiliśmy :)
Jeśli bardziej od ciuchów kręcą Was dizajnerskie meble i dodatki do domu, to będąc w Łodzi koniecznie wpadnijcie na ulicę Świętej Teresy 100!
Agata Was dobrze ugości - i pokaże Wam takie ładne fotele i sofy, że już będziecie wiedzieć, na co chcecie przetracić swoje oszczędności ;P
Pozdrawiam Was przedświątecznie i biegnę ubierać choinkę!
Wasza Mar!
P.S. Obiecany słowniczek łodzianizmów z rewersu opakowania Łódzkiej Rajtuzy:
Galanty - dobry, duży, zacny (w Łodzi mówi się tak też o udanym wypieku albo dobrze odżywionym dziecku :>)
Badziewie - bubel, tandeta, rzecz nietrwała lub brzydka
Siajowy - to słowo po części oznacza to, co może oznaczać rzeczownik badziewie ;)
Albo inny, będący w użyciu w całej Polsce - szajs.
Pochodzi od imienia jednego z dziewiętnastowiecznych łódzkich fabrykantów - Szai Rosenblatta.
Wieść niesie, że produkowane w jego fabryce tkaniny bawełniane były tak kiepskie, że nie nadawały się do niczego.
Siajowy zwykło się więc mówić w Łodzi na coś beznadziejnego.
Od siebie powiem Wam tylko tyle, że mnie do beznadziejnej pracy szkoda by było zakładać takie ładne rajstopy ;P
Fajowy - przeciwieństwo siajowego: coś fajnego - po prostu :)
Pietryna - to potoczna nazwa jednej z ważniejszych łódzkich ulic: Piotrkowskiej, dawnego serca Łodzi - jeszcze dwadzieścia lat temu była ona reprezentacyjną ulicą Łodzi, pod koniec lat '90 zaczęła nieco podupadać, a obecnie na nowo rozkwita.
Dansing - starsi mieszkańcy Łodzi mówią tak na każdą imprezę taneczną, bez względu na to, przy dźwiękach jakiej muzyki się ona odbywa ;)
Z miasta Łodzi - oglądaliście Bilet na Księżyc? Pamiętacie dziewczynę, którą w bardzo niezręcznych okolicznościach poznał główny bohater - Adam?
Zapytana o to, skąd jest, bez wahania odpowiedziała, że z miasta Łodzi.
Otóż starsi łodzianie mają jakiegoś kręćka i za wszelką cenę chcą podkreślać, że "ich" Łódź to nie jest taka łódź, jak wszystkie inne łodzie.
To jest MIASTO ŁÓDŹ! Żeby odróżnić nazwę własną od rzeczownika pospolitego zawsze dodają to "miasto".
Dla mnie ten zabieg jest zbędny, ale akceptuję ludzkie dziwnostki ;)
Bystro - szybko, prędko, natychmiast (ten wyraz nie jest łodzianizmem, to rusycyzm, ale w pozostałych regionach naszego kraju raczej się nie przyjął - tylko w Łodzi i jej okolicach jest w powszechnym użyciu)
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.

















