Lista blogów » Blue Cashmere
Niepowodzenia to najlepsi nauczyciele
Zobacz oryginał ndz., 27/11/2016 - 15:55Wow... Aż dwa miesiące musiały minąć, żeby powstał ten post. Jest mi wstyd nie tylko dlatego, że mnie tu nie było tak długo, ale też za to, że to co mam wam do pokazania jest kompletnie wyrwane z kontekstu.
Mój związek z szyciem przechodził ostatnio bardzo trudne chwile, które niemal zaowocowały rozstaniem. Po bardzo udanym okresie letnim, jesień przysporzyła nam wiele trudności, które sprawiły, że przez kilka tygodni nawet z sobą nie rozmawialiśmy. Mądrzy ludzie powiadają, że kłopoty przychodzą wtedy, kiedy wydaje Ci się, że wiesz o wiele więcej niż w rzeczywistości. No i niestety mają rację.
Kiedy na początku października, letnie sukienki przestały mieścić się w mojej szafie, uznałam że czas najwyższy na przejście na bardziej zimowe tkaniny. A że akurat byłam "przy kasie", zaszalałam i zakupiłam kilka ton dzianin (oczywiście przesadzam, ale było tego dość dużo). Noce i dnie upływały mi na rysowaniu, obliczaniu i robieniu wykroi (po co używać gotowych, przecież JA wiem lepiej :P ). Nie musiało upłynąć dużo czasu, aby euforię zastąpiła furia i stan niemal depresyjny z poczuciem, że "świat się kończy". Z szyciem dzianin nigdy nie miałam styczności, mimo to, po przeczytaniu kilku poradników uważałam, że to tak banalne, że nie ma sensu dłużej studiować tego tematu. Po zrujnowaniu kilku metrów materiałów (czytaj: uszyciu swetrów w których wstyd mi było pokazać się nawet kotu), baaaaaaardzo zmieniłam zdanie. Zniechęciło mnie to tak bardzo, że (marudząc i rycząc na zmianę) na prawie dwa miesiące schowałam maszynę do szycia na dno szafy. Prawie przestałam tez zaglądać na nie tylko mojego bloga, ale też inne "szyciowe" strony (czego teraz bardzo żałuję, bo bardzo dużo mnie ominęło).
Dopiero kilka dni temu, uznałam, że jestem już zbyt duża na takie zachowanie i muszę się wsiąść za siebie.
Wiem, że pewnie dużo z was puka się w głowę (w końcu w większości jesteście profesjonalistami i naprawdę znacie się na szyciu), ale niestety jestem jedną z tych osób, które nawet drobne niepowodzenia przypłacają załamaniem nerwowym. A prucie się materiału, falowanie czy marszczenie jeszcze do nie dawna były dla mnie dramatem. Co jest wręcz paradoksem, bo równolegle wszelakie zalecenia i zasady dotyczące doboru techniki szycia do rodzaju tkaniny w 80% poważnie ignorowałam.
Do tej pory, zawsze starałam się dzielić na moim blogu raczej udanymi (przynajmniej w moim uznaniu) projektami i wszelakie "szyciowe" niepowodzenia skrzętnie ukrywałam. A prawda jest taka, że może 4 na 10 uszytych przeze mnie rzeczy nadają się do jakiegokolwiek użytku. Szycie ma to do siebie, że nawet znając teorię, bez opanowania techniki w praktyce nie można liczyć na spektakularne efekty. I na odwrót- godziny poświęcone na szyciu, nie gwarantują sukcesu, zwłaszcza kiedy na warsztat bierzemy skomplikowane kroje czy "trudne w zachowaniu" tkaniny.
Ponieważ jak zapewne zdajecie sobie sprawę, nie uszyłam od dłuższego czasu nic sensownego, pokazuje poniżej jedną z moich letnich maxi sukienek, która miała pojawić się na blogu już bardzo dawno temu. Tak wiem, że to zupełnie nie na temat, ale chyba lepsze to niż nic, czyż nie?
Mój związek z szyciem przechodził ostatnio bardzo trudne chwile, które niemal zaowocowały rozstaniem. Po bardzo udanym okresie letnim, jesień przysporzyła nam wiele trudności, które sprawiły, że przez kilka tygodni nawet z sobą nie rozmawialiśmy. Mądrzy ludzie powiadają, że kłopoty przychodzą wtedy, kiedy wydaje Ci się, że wiesz o wiele więcej niż w rzeczywistości. No i niestety mają rację.
Kiedy na początku października, letnie sukienki przestały mieścić się w mojej szafie, uznałam że czas najwyższy na przejście na bardziej zimowe tkaniny. A że akurat byłam "przy kasie", zaszalałam i zakupiłam kilka ton dzianin (oczywiście przesadzam, ale było tego dość dużo). Noce i dnie upływały mi na rysowaniu, obliczaniu i robieniu wykroi (po co używać gotowych, przecież JA wiem lepiej :P ). Nie musiało upłynąć dużo czasu, aby euforię zastąpiła furia i stan niemal depresyjny z poczuciem, że "świat się kończy". Z szyciem dzianin nigdy nie miałam styczności, mimo to, po przeczytaniu kilku poradników uważałam, że to tak banalne, że nie ma sensu dłużej studiować tego tematu. Po zrujnowaniu kilku metrów materiałów (czytaj: uszyciu swetrów w których wstyd mi było pokazać się nawet kotu), baaaaaaardzo zmieniłam zdanie. Zniechęciło mnie to tak bardzo, że (marudząc i rycząc na zmianę) na prawie dwa miesiące schowałam maszynę do szycia na dno szafy. Prawie przestałam tez zaglądać na nie tylko mojego bloga, ale też inne "szyciowe" strony (czego teraz bardzo żałuję, bo bardzo dużo mnie ominęło).
Dopiero kilka dni temu, uznałam, że jestem już zbyt duża na takie zachowanie i muszę się wsiąść za siebie.
Wiem, że pewnie dużo z was puka się w głowę (w końcu w większości jesteście profesjonalistami i naprawdę znacie się na szyciu), ale niestety jestem jedną z tych osób, które nawet drobne niepowodzenia przypłacają załamaniem nerwowym. A prucie się materiału, falowanie czy marszczenie jeszcze do nie dawna były dla mnie dramatem. Co jest wręcz paradoksem, bo równolegle wszelakie zalecenia i zasady dotyczące doboru techniki szycia do rodzaju tkaniny w 80% poważnie ignorowałam.
Do tej pory, zawsze starałam się dzielić na moim blogu raczej udanymi (przynajmniej w moim uznaniu) projektami i wszelakie "szyciowe" niepowodzenia skrzętnie ukrywałam. A prawda jest taka, że może 4 na 10 uszytych przeze mnie rzeczy nadają się do jakiegokolwiek użytku. Szycie ma to do siebie, że nawet znając teorię, bez opanowania techniki w praktyce nie można liczyć na spektakularne efekty. I na odwrót- godziny poświęcone na szyciu, nie gwarantują sukcesu, zwłaszcza kiedy na warsztat bierzemy skomplikowane kroje czy "trudne w zachowaniu" tkaniny.
Ponieważ jak zapewne zdajecie sobie sprawę, nie uszyłam od dłuższego czasu nic sensownego, pokazuje poniżej jedną z moich letnich maxi sukienek, która miała pojawić się na blogu już bardzo dawno temu. Tak wiem, że to zupełnie nie na temat, ale chyba lepsze to niż nic, czyż nie?
Dress: Made it myself/ Vest: NN + DIY/ Bagpack: Bershka/ Jewellery: Forever21/ Photos: KK
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.







