Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
When I go outside in the city of the modern hearts...
Zobacz oryginał śr., 10/06/2015 - 09:01
Spodobały mi się te eksperymenty z elegancją.
A taka byłam przekonana, że ta wiosna i przedlecie upłyną mi wyłącznie pod znakiem wariacji na temat stylu boho.
A taka w zachwycaniu się nim zatwardziała...
No proszę, kolejny już raz przekonuję się, że niczego nie mogę być pewna ;)
Tak - jak widać na załączonym obrazku (a raczej - obrazkach) nadal eksperymentuję z zestawami nieco bardziej (od tego, co do tej pory nosiłam) eleganckimi.
Nadal oscyluję gdzieś na pograniczu - pomiędzy tym ciągle fascynującym mnie minimalizmem i awangardą, do której z kolei od zawsze mnie ciągnęło.
Bo nie byłabym sobą, gdybym jednak nie wplotła tu pewnych detali do stylu boho nawiązujących.
Jest więc kapelusz - ale ciągle nie jest to melonik.
Znowu fedora.
Pojawi się też zapewne w kolejnym poście, bo ostatnio to na nią częściej nachodzi mnie ochota (a zakończyłam już bywanie na uczelni - będę miała zatem więcej czasu na przechadzanie się w niej po mieście!).
Jest przewiązana na brzuchu koszula.
Są też sandały, do kupna których zainspirowały mnie również looki nie żadne inne, a te, którymi dzieliły się ze światem na rozmaitych portalach właśnie taki "cygański" styl lubiące dziewczyny - gdzieś tak od późnej wiosny bowiem (na zmianę z mokasynami i wszelkiej maści półbutami) zaczęły one dodawać do swoich zestawów tego typu "ciężkie" obuwie.
Zakochałam się w nim.
Podobał mi się kontrast, jaki takie masywne sandały tworzyły ze zwiewnymi kimonami, frędzlami i lekkimi sukienkami.
Oczami wyobraźni już widziałam je więc z którąś z moich maksi (mam całe dwie - szał prawdziwy ^^).
Albo z szortami. I krótkim topem.
Nigdy, przenigdy nie sądziłam, że będę chciała je wykorzystać w połączeniach bardziej szykownych.
Swoje sandały upolowałam w Deichmannie - chyba jeszcze są w ich ofercie, na pewno widziałam je ostatnio na ichniej stronie.
Bardzo wygodne są - jeśli któraś z Was nadal zastanawia się nad kupnem podobnych, a boi się niestabilności takich butów, to niech bierze te.
Nawet biegać się w nich da - kilka razy goniłam w nich autobus, przeżyłam.
Zęby też mam na miejscu.
Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że jestem jedną z większych niezdar województwa łódzkiego (której nawet w trampkach zdarzało się w biegu potykać), to chyba naprawdę całkiem stabilne być muszą ;)
Tak, pewnie niektóre i niektórzy z Was zauważyli, że spodnie są tymi samymi spodniami, które już w poprzednim poście pokazywałam - nie da się ukryć: bardzo się z nimi polubiłam.
Co prawda początkowo kompletnie nie widziałam ich w tym połączeniu - planowałam założyć do niego lniane, nieco rozszerzane w biodrach porcięta.
Ale jakoś tak ten len mi tu wadził.
Nie tak "rasowo" się prezentował.
Wydaje mi się, że decydując się na te postąpiłam bardzo dobrze ;)
Chociaż... tamte, mimo że lniane, to gniotą się zdecydowanie mniej ;P
Te - prasowane z pietyzmem tuż przed wyjściem z mieszkania - słabo zniosły podróż autem.
I marynarka gościła już kiedyś na blogu - niemal dokładnie rok temu.
O, gwiazdą tego posta była: klik!
Wtedy też opisywałam historię jej pojawienia się w mojej szafie, ale i tu pokrótce ją powtórzę - łup lumpeksowy.
I własnoręcznie (albo raczej własnomaszynnie) przerobiony.
Poskracany, pozwężany.
A - jeszcze guziki jej wymieniłam.
Nadal jest to jedyna chyba rzecz, której nie zepsułam do maszyny siadając ;)
I nadal najchętniej ją noszę w towarzystwie tamtej frędzlowej torebki. Ale dla potrzeb tych zdjęć zdecydowałam się wybrać inną, żeby zestawy nie były do siebie za bardzo podobne.
Torebkę, którą wybrałam też znacie już bardzo dobrze - ta kopertówka była już na blogu przynajmniej raz.
Jak każda moja kopertówka jest prosta. Bardzo prosta.
I stosunkowo duża ;)
Ale tę wielkość kopertówek naprawdę cenię sobie najmocniej - jestem typem baby, który ma skłonność do upychania po torbach masy drobiazgów.
W ostateczności wcale nie tak potrzebnych, jakimi się wydawały - ale bez nich nie potrafię się ruszyć z domu.
No wiecie - zapas kosmetyków, klucze, telefon, coś do czytania, chusteczki, tabletki na alergię... trochę się tego nazbiera zawsze. Do mniejszej torebki raczej bym tego nie upakowała ;P
Tak się o ciuchach rozpisałam, że zapomniałam prawie napisać Wam o fakcie, od którego te moje dzisiejsze wypociny właściwie powinnam była zacząć - pewnie zdziwienie lekkie ogarnęło Was, że co to się dzieje? Znowu taki "nowoczesny" i "szklany" plener u Mar?
Oj, źle bardzo...
Do tego "outfitu" wymarzyłam sobie zupełnie inne tło fotograficzne - siedzibę łódzkiej Akademii Muzycznej, pałac Karola Poznańskiego: klik!
Nie udało mi się znaleźć żadnego zdjęcia budynku z chwili obecnej - w każdym razie ta piękna elewacja jakiś czas temu została odnowiona i tak mi się to jej nowe oblicze spodobało, że zamarzyłam sobie sesję właśnie tam.
No i kiedy Lechu zapytał mnie, gdzie jedziemy na zdjęcia, to bez chwili namysłu odpowiedziałam: "pod Muzyczną".
Lechu głową kiwnął, kluczyki w dłoń wziął, aparat pod pachę - i jazda.
Jedziemy, jedziemy.... i jakoś tak rejony wydają mi się coraz to bardziej od pałacu odległe... ale ja prawa jazdy nie mam, po Łodzi poruszam się tylko komunikacją miejską...
Pomyślałam - e, osiemnasta jest, korki, Lechu pewnie objeżdża miasto, taki ten mój Luby mądry, sprytny taki.
Aż tu nagle słyszę - "Wysiadka, jesteśmy przecież!".
No i konsternacja - owszem, dojechaliśmy pod budynek Akademii Muzycznej.
Ale nie ten!
Pod salę koncertową!
Niedawno ją postawili, często mijaliśmy teren jej budowy jadąc do miasta i kilka razy zwracaliśmy uwagę na to, że już działa - Lechu więc pewien był, że o ten gmach mi chodziło.
Pewien był też w dniu robienia zdjęć, że skoro nie wyszło i nie tu dojechaliśmy, to zaraz zacznie się dzika awantura, kapeluszem rzucanie i sandałem nowym o bruk tupanie - ale że wymęczona egzaminami byłam, to wściekać mi się nie chciało ;P
Pomyślałam nawet, że może i taki "plener" lepszym będzie...
Chyba był ;)
Co jak co - ale do takiej miejskiej elegancji, to nie żadne secesyjne klimaty pasują, a dizajnerskie bardziej.
Fedora - H&M
Okulary - SinSay
Marynarka - second hand + poprawki własne
Koszula - H&M
Spodnie - H&M
Sandały - Catwalk (Deichmann)
Kopertówka - no name (Allegro)
Okulary - SinSay
Marynarka - second hand + poprawki własne
Koszula - H&M
Spodnie - H&M
Sandały - Catwalk (Deichmann)
Kopertówka - no name (Allegro)
Mam nadzieję, że nie znudzę Wam się szybko w takim wydaniu ;)
Chciałabym, żeby ta faza fascynacji elegancją jeszcze przez jakiś czas mi nie minęła.
Ale mam coś dla Was!
Ale mam coś dla Was!
Zrobiliśmy też zdjęcia w stylu wybitnie marowym - żebyście się za taką "dawną" Mar zbytnio nie stęsknili.
Specjalnie na koniec posta je przewidziałam ;)
No!
To post napisany!
Powiem szczerze, że wcale nie było łatwo przygotować go dla Was - cały weekend spędziliśmy poza Łodzią, Leszek ma teraz na głowie obrabianie zdjęć ze zlecenia, którym się w jego trakcie zajmował... ale udało się - jestem dumna, że daliśmy radę ;)
Zostawiam Was więc z lekturą, a sama zmykam do pracy.
O, chwytajcie jeszcze muzyczną inspirację do tytułu wpisu:
O, chwytajcie jeszcze muzyczną inspirację do tytułu wpisu:
Trzymajcie się ciepło!
Pozdrawiam, Mar.
P.S. Dziękuję za trzymanie kciuków! Ogłaszam wszem i wobec - wszystkie egzaminy mam z głowy.
Od piątku zabieram się za kończenie pracy.
Muszę się z tym uwinąć do piętnastego lipca, więc... jeszcze trochę dopingu mi się przyda!
Nie zwalniajcie, jeszcze mi przez jakiś czas kibicujcie ;P
P.S. (2) Za wszystkie życzenia urodzinowe też dziękuję... kochani i kochane jesteście :)!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.






















