Jak pisałam w poprzednim poście - puchowe kurtki przeznaczone na te najsroższe ze srogich mrozów do najzgrabniejszych i najpiękniejszych elementów garderoby zdecydowanie nie należą.
Owszem, trafi się gdzieś czasem model, o którym bez naciągania powiemy, że jest "szykowny" - ale zdecydowana ich większość jest paskudna jak obecna sytuacja polityczna w Polsce.A cena tych wyróżniających się pozytywnie na tle ogółu bywa zaporowa.
Ale wiecie co?Nie ma sensu za bardzo się tym przejmować!
Jeśli zimą jest nam zimno, to zróbmy wszystko, żeby nie marznąć - niech troska o modny wygląd zejdzie w te dni na drugi plan!
To co napiszę może zabrzmieć trywialnie, ale bardzo często odnoszę wrażenie, że w pogoni za byciem "fashion" zdarza nam się zapomnieć o zdrowym rozsądku.
Wiadomym jest, że da się pogodzić zimowe warunki pogodowe z byciem wystylizowaną tak, że szkła obiektywów fotografów Harper's Bazaar pękają z wrażenia i nie jest to żadnym wyczynem na miarę zdobycia któregoś z ośmiotysięczników.
Naprawdę - można to ogarnąć.
Zwłaszcza, że większość z nas jest odporna na mróz i tylko takie niskociśnieniowe chuchra jak ja mają łapska sine aż po same łokcie, kiedy temperatury dopiero co spadły kilka stopni poniżej zera.
Tylko po co?
Kiedy mróz szczypie w policzki i uszy, a nogi cudem utrzymują się w pionie na oblodzonych chodnikach, to i tak mało kto zajmuje się ocenianiem outfitów ludzi, których mija na ulicy w swojej codziennej drodze z i do pracy (chyba, że ktoś z tych ludzi zajmie mu miejsce przy koksowniku - ale jeśli mamy to "szczęście" i to my zajęliśmy komuś miejscówkę przy najbardziej rozżarzonym węgielku, to chyba nawet lepiej, żeby nie było nas widać zza szalika, którym zakryliśmy się po same oczy).
Czy nie lepiej wyciągnąć z szafy pierwszą lepszą naprawdę ciepłą kurtkę (nawet jeśli jej fason wyszedł z mody już kilka lat temu), wdziać na nogi stabilne buty i na luzie wyjść na zewnątrz po to, by cieszyć oczy widokiem pięknej, śnieżnej zimy?
Tych słów nie kieruję do tych z Was, którym zima nie jest straszna i które ten sam elegancki płaszcz noszą przy +5 jak i przy -20, bo nie dostrzegają zbytniej różnicy w temperaturze jaką odczuwają.
Ani też do tych, dla których bycie zawsze "zrobioną" i wystrojoną jest czymś tak naturalnym jak oddychanie, w związku z czym przyszykowanie outfitu jest dla nich tak samo bezproblemowe w czerwcu, jak i w styczniu.
Wreszcie też nie do tych, które od swojego wyglądu nie uzależniają własnego samopoczucia i dla których problem okrycia wierzchniego, to problem rzędu problemów pierwszego świata (choć właściwie po części do nich - bo taką postawę pochwalam i takiej zazdroszczę z całego serca, choć wiem, że zazdrość to bardzo brzydkie uczucie!).
Ten post kieruję do tych dziewczyn i kobiet, które tak bardzo przejmują się kwestiami wyglądu, że z lęku przed posądzeniem o bycie mało stylową wolą zmarznąć, niż ubrać się ciepło. I marzną - z dumą obnosząc po skutym lodem i obsypanym śniegiem mieście dopiero co upolowane na wyprzedażach trzewiki i krótkie płaszczyki, szczękając zębami i w duchu przeklinając moment, w którym postanowiły udowodnić sobie albo światu, że dadzą radę :>
Może zimowe outfity nie są eleganckie, ale częstokroć są urocze - i dziewczęce!
Kiedy jak kiedy, ale zimą mamy najwięcej okazji ku temu, by wyluzować i nie przejmować się nie do końca perfekcyjną fryzurą (pod czapką i tak jej nie widać), nie najlepszym makijażem (szalik zetrze go z brody bardzo szybko) i wszystkimi detalami, których w cieplejsze miesiące nie da się ukryć, bo i ciała odsłania się nieco więcej.
Korzystajmy z tego - codzienne obowiązki dostarczają nam i tak wystarczająco wielu stresów, po co denerwować się tam, gdzie można odpuścić?
Zdjęcia z dzisiejszego posta zrobiliśmy w ubiegłym tygodniu, kiedy mój termometr pokazywał jakieś -15 (albo i jeszcze zimniej nawet było).
Takie spadki temperatur to czas, w którym mam wywalone - z szafy wyjmuję najcieplejszą kurtkę, jaką kiedykolwiek udało mi się kupić, a głowę zakrywam moją fantastyczną czapą z pomponami, będącą JEDYNĄ rzeczą spośród wszystkich moich ubrań i dodatków, którą ratowałabym z jakiegokolwiek kataklizmu, gdyby tenże kataklizm zechciał kiedyś (oby nie!) nawiedzić moje mieszkanie.
Dlaczego?
Takiej nie ma nikt, takiej nigdzie już nie kupię, a poza tym to czapka czyniąca cuda i ułatwiająca takiej aspołecznej istocie jak ja kontakty interpersonalne :DNie zalewam!
Nie żadne kapelusze, nie żadne fikuśne narzutki, odjechane buty albo wielkie torby - to ta czapka sprawia, że obcy ludzie bez przerwy się do mnie uśmiechają!Czy jest to nieznana mi kobieta w tramwaju, czy sąsiad, którego na oczy wcześniej nie widziałam, a którego nagle spotykam w windzie, kasjerka w centrum handlowym albo listonosz - każdy, z kim skrzyżuję swój wzrok będąc ubraną w tę pocieszną czapę uśmiecha się do mnie szczerym, dziecięcym uśmiechem.
Może się mylę, może to jednak jest uśmiech z gatunku tych pełnych politowania ("Dorosła baba a w takiej czapie, paczaj Pan!"), ale mało mnie to obchodzi - i tak poprawia mi to humor ;)
Moja ciepła kurtka jest starsza od dzieci niektórych odwiedzających mnie blogerek - mama kupiła mi ją chyba jeszcze w czasie, w którym chodziłam do liceum (albo kiedy akurat je kończyłam).
Był to na pewno pierwszy rok marki F&F w Polsce, czyli 2007.
Wtedy byłam na nią niesamowicie wściekła, bo kurtka jest na mnie nieco za duża.
Pamiętam jak strzelałam focha, że wyglądam w niej jak w worku na kartofle.
Mama ze stoickim spokojem wyjaśniała mi, że bardzo dobrze, bo dzięki temu zmieści się pod nią nawet najgrubszy sweter - fakt ten doceniłam po latach, kiedy zaczęłam marznąć na tyle, że pokochałam ubieranie się na cebulkę.
Kurtka nie jest piękna, ale jest tak ciepła, że choć dłonie zamarzają mi zimą do tego stopnia, że potrafię nosić naraz trzy pary rękawiczek, to moje ciało nie czuje chłodu nawet wtedy, kiedy zakładam kurtkę od razu na cienką bluzkę i marynarkę.
Jej gabaryty staram się okiełznać grubym paskiem, który przeplatam przez szlufki w talii kurtki (kurtka miała kiedyś swój oryginalny pasek, ale przez tyle lat użytkowania zdążył mi się on gdzieś zgubić).
No i jakoś tak kulam się przez tę zimę, choć jej nie lubię ;)
Czapka z pomponami - no name (Carrefour)
Szalik - H&M
Puchowa kurtka - F&F
Pasek - C&A
Rękawiczki - Reserved
Listonoszka - H&M
Dżinsy - KappAhl
Skórzane oficerki - Lasocki (CCC)
Na sam koniec posta (oprócz najładniejszych chyba zimowych kadrów, jakie kiedykolwiek udało się nam wraz z Lechem popełnić - no bo nie mówcie, że te "śnieżne" foty nie są piękne, ej!) zamieszczam Wam dowód na to, że moje słowa o uroku, który roztaczam wokół siebie będąc odzianą w tę fantastyczną czapę nie są przesadzone!
Dowód to komentarz Lidki, która wczoraj tak skomentowała mój ostatni post na blogu:
Pierwszy komentarz u Ciebie. Widziałam Cię dzisiaj w "3" (3 to tramwaj, który zasuwa na moje osiedle - przyp. Mar). Nieprawda, że powyższa puchówka jest najładniejsza! W czarnej wyglądałaś super. I wiem, że (beznadziejnie/nie na miejscu/idiotycznie/szczerze) to zabrzmi - ale jesteś o wiele ładniejsza niż pokazują to zdjęcia. Lidka z "3".
No Kochani!
Teraz nie możecie mi zarzucić, że ściemniam!
Dodam jeszcze, że Lidka nakryła mnie, kiedy wracałam z miasta będąc obładowana zakupami z wyprzedaży, bez makijażu i oddaną łapaniu Pokemonów ;P
Także według moich własnych standardów zbyt szykowną nie byłam - a tu proszę ;)
ODWIEDŹCIE MNIE NA:
Pozdrawiam zimowo i na luzie - Wasza Mar!