Dziś jeden z tych zestawów, w których wracam do korzeni i pokazuję, co mi w duszy gra.
Ostatnio jestem mocno ugrzecznioną wersją siebie. Nie wiem czy to kwestia wieku, dojrzałości, macierzyństwa, pracy, czy wszystkiego razem wzięte. Zmieniłam się ja, zmienił się mój styl ubierania. Patrząc na mnie na co dzień już nie można domyślić się, jaką muzykę lubię, co jest mi bliskie. Kiedyś było łatwiej- swój poznał swego na odległość:).
Ale lubię siebie teraz, i lubiłam kiedyś. To chyba mój klucz do szczęścia- akceptacja. I czy dotyczy zarobków, kilogramów, rozmiaru 38 czy 42. Ja po prostu akceptuję rzeczywistość. Oczywiście mam plany, cele, ale nie szarpię się z rzeczywistością. Jest mi dobrze. Mam ambicje, ale nie realizuję ich za wszelką cenę. Ćwiczę, dążę do lepszej sylwetki i dobrej formy, ale nie zarzynam się i pozwalam sobie na słabości. Doskonalę się, ale nie kosztem najbliższych. Rozwijam pasje, ale nie krzywdzę przy tym innych. Jestem szczęśliwa, bo nie pragnę ciągle więcej i więcej, ale też nie spoczywam na laurach. Ot złoty środek- lekarstwo na wszystko:).
A zestaw cały wyprzedażowo-ciucholandowy. Kurtka z lumpeksu, wahałam się, czy ją kupić, bo to jedna z droższych rzeczy, które kupiłam w sh, ale z drugiej strony mniej niż sto złotych za skórzaną ramoneskę, która sprawdzi się przez lata? To chyba nie majątek. Buty również z lumpeksu. A pamiętam jak wzdychałam do nich w zarze! I to wcale nie tak dawno, bo chyba w poprzednim wiosennym sezonie. Wtedy cena mnie skutecznie odstraszyła, ale w sh kosztowały jej ułamek.
Koszula to też zakup ze szmateksu. Do tego spodnie z lidla i torba z cubusa za całe 10 zł:)- nie zawsze trzeba szperać w lumpeksach, by znaleźć perełki za grosze:).
kurtka- cubus
koszula- top shop
spodnie- esmara (lidl)
buty- zara
torba- cubus
zegarek- adriatica