Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Kosmetyczne recenzje Mar: Peeling/maseczka z pestek maliny od Ol'Vity - naturalny cud za całe dziesięć złotych
Zobacz oryginał pon., 01/02/2016 - 16:59Mój stosunek do kosmetyków naturalnych zmieniał się na przestrzeni lat.
Początkowo (jeszcze w czasach, gdy pracowałam w aptekach jako dermokonsultantka) podchodziłam do nich z pewną dozą nieufności (bo nie po to, Pani, ludzie chemię studiują, żeby w XXI wieku tłuc kwiaty mniszka na kamieniu i na pysk te utłuczyny nakładać), później przeszłam fazę bezgranicznej nimi fascynacji (tylko to, co naturalne! tylko! nawet z żurawiną, która mnie uczula - co tam, że spuchnę!), obecnie wykazuję w stosunku do nich dużo rozwagi i już nie rzucam się na każdy produkt z dobrym składem jak szczerbaty na suchary.
Ale wiem, że niektóre z nich naprawdę potrafią pomóc - i pozytywnie zaskoczyć.
Kilka lat różnych - raz udanych, innym razem mniej - przygód z nimi nauczyło mnie paru ważnych rzeczy: że naturalny wyciąg z jakiejś rośliny potrafi być czasem bardziej drażniący od najbardziej nawet złą sławą owianej substancji chemicznej (napiszę Wam kiedyś o szamponie, przez który straciłam 1/3 chyba moich gęstych i grubych włosów - a taaaaki naturalny był, taki chwalony! dobrze, że w porę zidentyfikowałam źródło moich problemów - ale zanim to nastąpiło zdążyłam wydać fortunę na suplementy diety, leki i wizyty u lekarzy) i że nie ma kosmetyku idealnego dla wszystkich.
Oprócz tego - że są stany, dolegliwości i choroby, w których samą naturą się świata nie zwojuje. Oraz że zdobyczom chemików i medyków warto czasem zaufać.
I wreszcie - że popadanie w jakiekolwiek wariactwo zawsze niesie ze sobą zgubne skutki. Nawet, jeśli to jest wariactwo poparte słusznymi i nieszkodliwymi ideami.
Nie oznacza to wcale, że przestałam kupować kosmetyki naturalne w ogóle - absolutnie nie.
Po prostu nie dostaję już na widok jakiegoś nowego, cudownego, na Wizażu wychwalanego kosmetyku drgawek i ślinotoku i nie wykazuję już skłonności do natychmiastowego wertowania Internetu w poszukiwaniu sklepu, w którym teraz, zaraz mogę ten nowy cud kupić.
Utwierdziłam się w przekonaniu, że moje dawne nawyki (polegające na tym, że jeśli jakiś kosmetyk mi odpowiada, to nie zmieniam go tylko dlatego, bo ktoś zachwala inny) są jak najbardziej dobre - eksperymenty bywają szkodliwe.
Podobnie postępuję z innymi kosmetykami - także tymi kolorowymi.
Staram się kupować tylko to, co naprawdę jest mi potrzebne.
A zanim zdecyduję się na kupno czegoś droższego, to próbuję dostać gdzieś jego próbkę, odsypkę, odlewkę.
Jeśli produkt mi nie odpowiada, działa źle, podrażnia lub nie daje pożądanych efektow, to szybko się go pozbywam - nie czekam na cud, bo inna blogerka albo Pani w Aptece z Panią Doktor wespół powiedziały, że najpierw będzie źle, ale potem rewelacja.
Czasem tak jest - istotnie.
Ale gwałtowna reakcja skóry rzadko kiedy jest zwiastunem czegoś dobrego.
Pomimo tego mojego dużego obecnie rozsądku w kwestii zakupów kosmetycznych od czasu do czasu zdarza mi się jeszcze ulec czemuś, co mnie na witrynie sklepowej albo internetowej skusi.
Tak też było z tym malinowym cudem.
Peeling z pestek malin (będący jednocześnie maseczką) firmy Ol'Vita kupiłam w początkach grudnia - przypadkiem.
Korzystając z rabatu, jaki uzbierał mi się za dotychczasowe zakupy w jednej z internetowych drogerii odnawiałam zapasy tych kosmetyków, które mi się skończyły.
Ponieważ był to jeszcze czas, kiedy nie miałam pojęcia gdzie tkwi źródło moich ówczesnych problemów z wypadaniem włosów jednym z zakupów, jakich wtedy dokonywałam był olej rycynowy.
Naczytałam się wiele o jego zbawiennym wpływie na cebulki włosów - bez namysłu wrzuciłam go więc do mojego internetowego koszyka.
W chwili, kiedy olej rycynowy wylądował w nim na ekranie pojawiła mi się propozycja innego zakupu - tego właśnie peelingu.
Nigdy wcześniej go nie widziałam - z ciekawością więc zaczęłam zgłębiać jego opis.
Coś, co ma za zadanie złuszczać naskórek, oczyszczać pory i wygładzać skórę.
A przy okazji dostarczać jej dużej ilości Nienasyconych Kwasów Tłuszczowych, witamin i antyutleniaczy.
W rzekomą bombę witaminową ciężko mi było uwierzyć - wszak żeby te witaminy wchłonęły się do wnętrza skóry musiałabym chyba trzymać maseczkę na twarzy przez całą noc.
Ale dobrego zdzieraka właściwie bardzo wtedy potrzebowałam - tyle, że wszelkie peelingi zdarza mi się traktować po macoszemu i zapominać o konieczności ich regularnego stosowania.
Tak, dychę. Pomyślałam, że dziesięć złotych, to ja jeszcze mogę zmarnować.
Niech będzie. Się spróbuje.
Trochę do zakupu przekonała mnie informacja podana w opisie produktu i głosząca, że maseczkę lub peeling można wykonywać przez połączenie paru łyżeczek pestek z dowolnym olejem.
A ja przecież właśnie kupiłam olej rycynowy!
Co prawda wiedziałam, że nie jest to najlepszy z dostępnych na rynku olejów jeżeli chodzi o jego zastosowanie w pielęgnacji twarzy, ale pomyślałam, że na próbę będzie w sam raz.
Po otrzymaniu mojej przesyłki błyskawicznie rzuciłam się do wypróbowania tego malinowego cudeńka.
Okazało się, że warto było ryzykować!
Preparat zachwycał od pierwszych chwil: choć wyglądał średnio (i w średnio ładny, plastikowy słoiczek został zapakowany), to pięknie pachniał (trochę jak otręby z malinami, które w czasie mojego odchudzania się dwa lata temu jadłam kilogramami niemal - aż dziwne, że moje jelita wytrzymały tak potężną dawkę błonnika ;P).
Okazało się też, że pestek jest naprawdę dużo (niby każdy wie, ile to jest sto gramów, ale jednak można się czasem pozytywnie rozczarować :D) a do pojedynczego zastosowania zużywa się ich naprawdę niewiele.
Poza tym - peeling działał!
Bardzo ładnie zdzierał to, co zdzierać powinien, nie raniąc zbytnio mojej skóry - tego bym nie chciała, poza tym ze skórą ze skłonnością do pojawiania się wykwitów trądzikowych warto obchodzić się delikatnie.
Z przyczyn oczywistych.
Produkt kosztował dziesięć złotych.
Tak, dychę. Pomyślałam, że dziesięć złotych, to ja jeszcze mogę zmarnować.
Niech będzie. Się spróbuje.
Trochę do zakupu przekonała mnie informacja podana w opisie produktu i głosząca, że maseczkę lub peeling można wykonywać przez połączenie paru łyżeczek pestek z dowolnym olejem.
A ja przecież właśnie kupiłam olej rycynowy!
Co prawda wiedziałam, że nie jest to najlepszy z dostępnych na rynku olejów jeżeli chodzi o jego zastosowanie w pielęgnacji twarzy, ale pomyślałam, że na próbę będzie w sam raz.
Po otrzymaniu mojej przesyłki błyskawicznie rzuciłam się do wypróbowania tego malinowego cudeńka.
Okazało się, że warto było ryzykować!
Preparat zachwycał od pierwszych chwil: choć wyglądał średnio (i w średnio ładny, plastikowy słoiczek został zapakowany), to pięknie pachniał (trochę jak otręby z malinami, które w czasie mojego odchudzania się dwa lata temu jadłam kilogramami niemal - aż dziwne, że moje jelita wytrzymały tak potężną dawkę błonnika ;P).
Okazało się też, że pestek jest naprawdę dużo (niby każdy wie, ile to jest sto gramów, ale jednak można się czasem pozytywnie rozczarować :D) a do pojedynczego zastosowania zużywa się ich naprawdę niewiele.
Poza tym - peeling działał!
Bardzo ładnie zdzierał to, co zdzierać powinien, nie raniąc zbytnio mojej skóry - tego bym nie chciała, poza tym ze skórą ze skłonnością do pojawiania się wykwitów trądzikowych warto obchodzić się delikatnie.
Z przyczyn oczywistych.
Producent na opakowaniu zalecał używanie produktu przez połączenie niewielkiej jego ilości z wodą lub dowolnym olejem - tak też robiłam.
Podgrzewałam w mikrofalówce małą ilość oleju rycynowego, wsypywałam do niego półtorej łyżeczki pestek, całość mieszałam do uzyskania jednolitej konsystencji i masowałam twarz.
Po zabiegu spłukiwałam pozostałości papki, a olej (który samą wodą średnio dobrze się spłukuje - taka oleju rycynowego właściwość, niestety) wmasowywałam w skórę.
W połączeniu z codziennym oczyszczaniem skóry mydłem z Aleppo (o którym pisałam Wam tu - klik!) taka pielęgnacja twarzy pozwoliła mi na spore polepszenie stanu mojej cery.
Niestety - preparat średnio sprawdził się u mnie w wydaniu maseczkowym: czy próbowałam łączyć go z wodą, czy z olejem, czy wreszcie z twarożkiem (takie zalecenie znajdziemy na opakowaniu), to owszem, uzyskaną tak papkę dało się nałożyć na twarz, ale jak tylko nieco podeschła, to od razu z niej spadała.
W rezultacie ani razu nie udało mi się utrzymać maseczki na skórze dłużej, niż przez pięć minut.
A jak wiadomo - maseczki mające oczyszczać pory warto przytrzymywać nieco dłużej.
Ale w zasadzie nie jako maseczkę zamierzałam te pestki stosować, a jako peeling.
Tutaj sprawdziły się bezbłędnie!
Uważam zmielone pestki z malin za naprawdę świetny produkt dla kogoś, kto poszukuje dość mocnego zdzieraka - bez względu na to, jaką cerę posiada.
Nie polecam jej jedynie osobom z dużą ilością ropnych zmian trądzikowych i naczynkowcom, ze względu na to, że takie cery nie lubią mocnych peelingów.
Plusy kosmetyku:
Ostatnio odkryłam, że firma Ol'Vita posiada w swojej ofercie także inne "pestkowe" peelingo-maseczki: wiesiołkową, ogórecznikową i różaną.
Obserwujcie mnie, to będziecie wiedzieć, jak żyję w chwilach, gdy będzie mnie tu mało ;P
Ale w zasadzie nie jako maseczkę zamierzałam te pestki stosować, a jako peeling.
Tutaj sprawdziły się bezbłędnie!
Uważam zmielone pestki z malin za naprawdę świetny produkt dla kogoś, kto poszukuje dość mocnego zdzieraka - bez względu na to, jaką cerę posiada.
Nie polecam jej jedynie osobom z dużą ilością ropnych zmian trądzikowych i naczynkowcom, ze względu na to, że takie cery nie lubią mocnych peelingów.
Plusy kosmetyku:
- Bardzo dobry stosunek ceny do ilości produktu - teoretycznie kupujemy tylko 100 gramów pestek, za które płacimy od 10 do 20 złotych (w tak różnych cenach można spotkać preparat) w praktyce jednak musielibyśmy używać produktu codziennie, żeby zużyć go w szybkim czasie. Ja stosuję peeling od grudnia raz w tygodniu, a ciągle mam go bardzo dużo. Na jedno użycie wykorzystuję dwie łyżeczki pestek.
- Fantastyczny zapach - pestki pachną naprawdę malinowo :) Jeśli ktoś lubi pachnące kosmetyki, to to jest coś dla niego!
- Łatwość stosowania - żeby wykonać peeling pestki można połączyć ze wszystkim, co akurat mamy pod ręką: przegotowaną wodą, dowolnym i dostosowanym do rodzaju naszej skóry olejem, śmietanką lub twarożkiem.
- W 100% naturalny skład - to same, częściowo odtłuszczone pestki malin. Nic więcej.
- Dobre oczyszczanie porów skóry - oczywiście, jeśli jesteśmy posiadaczami cery mocno zanieczyszczonej, to skórę trzeba masować nieco dłużej i mocniej. Ale po spłukaniu peelingu naprawdę widać różnicę.
- Peeling radzi sobie z usuwaniem suchych skórek i pozostałości po różnego rodzaju strupkach.
- Jest to świetny preparat dla kogoś, kto nigdy nie stosował żadnych olejów na twarz i nie wie jak się za to zabrać - tak jak napisałam wyżej: jeśli będziemy mieszać pestki z olejem a do zmycia ich użyjemy samej wody, to część oleju pozostanie na naszej skórze. Nie będzie go wiele, ale akurat tyle, ile jest potrzebne do wmasowania go zamiast kremu.
- Uniwersalność - nada się do każdego rodzaju cery i można go stosować nie tylko na twarz, ale i jako peeling do ciała. Producent poleca go jako peeling ujędrniający i antycellulitowy.
Minusy produktu:
- Raczej nie nadaje się do stosowania jako maseczka, ponieważ pestki po lekkim nawet podeschnięciu szybko odpadają z twarzy - w efekcie z maseczki korzystają nasze meble albo umywalka, a nie skóra.
- Jest średnio dostępny w sklepach stacjonarnych - na żywo widziałam go tylko w jednej łódzkiej zielarni.
- Jeśli będziemy za mocno masować skórę, to pestki mogą ją nieco podrapać albo uszkodzić ropne zmiany - z tego względu nie polecałabym stosowania pestek malin jako peelingu dla osób z nasilonym trądzikiem i skłonnością do pękania naczynek.
- Pod wpływem zmieszania z płynem i tarcia pestki "puszczają farbę" - znaczy się: barwią skórę na czerwono. Dlatego po wykonaniu peelingu trzeba dokładnie spłukać twarz i umyć ręce.
- Krótka data ważności - w sumie można się tego spodziewać, skoro kosmetyk nie jest w żaden sposób konserwowany. Ale biorąc pod uwagę, jak niewiele produktu zużywa się przy jednorazowym jego użyciu, to nie jestem pewna, czy się "wyrobię". Pociesza mnie to, że marne są szanse na to, by po upływie terminu ważności cudowne właściwości pestek malin się ulotniły ;)
- Mało estetyczne, plastikowe opakowanie - jednak gdybyśmy dostawali te pestki w szklanym słoiczku, to raczej nikt by ich tak tanio nie sprzedawał ;) coś za coś!
Ostatnio odkryłam, że firma Ol'Vita posiada w swojej ofercie także inne "pestkowe" peelingo-maseczki: wiesiołkową, ogórecznikową i różaną.
Ponoć wiesiołkowa i ogórecznikowa dedykowane są cerze tłustej/trądzikowej, a różana - naczynkowej.
Ta malinowa opisywana jest jako uniwersalna.
Możecie więc albo zdecydować się na nią albo wybrać którąś z innych wersji.
Znałyście/znaliście peeling z pestek?
Czy mój wpis dopiero uświadomił Wam, że takie cudo na rynku istnieje?
Dajcie mi znać w komentarzach :)
Znałyście/znaliście peeling z pestek?
Czy mój wpis dopiero uświadomił Wam, że takie cudo na rynku istnieje?
Dajcie mi znać w komentarzach :)
Ściskam i życzę Wam miłego wieczoru, Wasza Mar!
P.S. Przypominam, że możecie znaleźć mnie na instagramie - wystarczy, że wpiszecie w tamtejszą wyszukiwarkę @lilly.marlenne
Obserwujcie mnie, to będziecie wiedzieć, jak żyję w chwilach, gdy będzie mnie tu mało ;P
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.










