Kościół zabił we mnie radość wiary
Zobacz oryginał pt., 03/04/2015 - 20:01
W dzieciństwie konflikt o to, co jest ważniejsze – Wielkanoc czy Boże Narodzenie – wydawał mi się wprost absurdalny. No jak to, co jest ważniejsze? Przecież Boże Narodzenie jest zaraz obok Sylwestra, poza tym choinka, lampeczki, śnieg, czerwone ciężarówki Coca-Coli i przede wszystkim, absolutnie najważniejsze, to, na co czeka się cały rok: PREZENTY. No jak Wielkanocny Zając może się równać ze Świętym Mikołajem? No jak? Po co w ogóle kolejne święto? No i jak w pół roku ten cały Jezus z dziecka stał się dorosły??? Bez sensu.
Pamiętacie Anię z Zielonego Wzgórza i moment, gdy nauczyła się „Ojcze Nasz”? Była zachwycona, jak piękna jest to modlitwa. Podobnego olśnienia odkryłam, gdy nauczyłam się jej po niemiecku, bo dopiero wtedy ją rozumiałam. Jak inaczej brzmi słowo wypowiadane świadomie, a inaczej klepana od dzieciństwa formułka o chlebanaszegopowszedniegodajnamdzisiaj. No ale po co, chleb jest w chlebaku? Zresztą, co to znaczy chleb powszedni? Co to są winowajcy i czemu Maryja ma się modlić za nami grzecznymi? A niegrzecznymi nie?
Dokładnie 11 lat temu przeżyłam najpiękniejsze święta w życiu. Znalazłam powód, żeby się modlić. Znalazłam człowieka, który pokazał mi, jak się modlić – mój nauczyciel od religii, który (nota bene!) do kościoła nie chodził, ale nauczył nas myślenia i zrozumienia modlitwy. Te lekcje nauczyły mnie więcej niż jakikolwiek inny przedmiot szkolny. Po raz pierwszy Wielkanoc przeżyłam – tak, przeżyłam, nie odbębniłam jak pacierze pod okiem siostry przygotowującej nas do komunii. W sumie ta cała komunijna szopka nauczyła mnie jedynie klepać formułki (no, poza „Wierzę w Boga”, którego za cholerę nie potrafiłam spamiętać) i dziwię się, czemu tak małe dzieci zmusza się do odprawiania obrzędu, którego tak naprawdę nie rozumieją. Inaczej z bierzmowaniem; do tego przystąpiłam już całkiem świadoma, ale po nim… Przestałam chodzić do kościoła.
11 lat temu byłam po raz pierwszy w życiu naprawdę zakochana. Modlitwa przynosiła mi ukojenie ale tez radość, do kościoła szłam z uśmiechem i z uśmiechem wstałam o piątej nad ranem, by lekko senna brać udział w procesji, ściskając w kieszeni kurtki jeden z najpiękniejszych listów, jaki w życiu dostałam.
Dziś do kościoła nie chodzę. To coś, co było we mnie, zabił bufoniasty ksiądz, który przyszedł na miejsce naszego ukochanego pana od religii i który przekonywał mnie, że modlitwa w lesie się nie liczy, a czytanie biblii we własnym zakresie to grzech. Zabił sakrament bierzmowania, kiedy roraty, msze i drogi krzyżowe stały się tylko odbębnianiem pieczątek. Za zwykłą drogę krzyżową jest jeden punkt, za tę w Wielki Piątek cztery punkty, msze liczyły się za 3, ale rezurekcja była liczona extra – za całe pięć. Zabili to we mnie ludzie, których widywałam w kościele, ludzie, którzy wypowiadają się w prasie, w telewizji; ludzie, z którymi nie chcę mieć absolutnie nic wspólnego, a już na pewno nie tworzyć żadnej wspólnoty. Łącznie z jednym z moich ex, który wydawał mi się dobrym człowiekiem, bo chodzi do kościoła, bo wciąż powtarza jakie to dla niego ważne, a po rozstaniu zachował się… No, bynajmniej nie „po chrześcijańsku”.
Dziś Wielkanoc to dla mnie taka pamiątka, rocznica najpiękniejszych chwil w życiu. Idę na rezurekcję dla siebie, by poczuć się znowu jak nastolatka, zakochana nastolatka, która widziała w tym sens i dla której kościół był nieco przyjaźniejszą instytucją niż dzisiaj. Na Boże Narodzenie już tak nie czekam, jak na najbliższą niedzielę, żeby podzielić się jajkiem z rodziną, wstać wcześnie rano i pomodlić się po niemiecku do wschodu słońca – przede wszystkim o to, żeby nigdy mi tej rodziny nie zabrakło.
Foto z miniatury: www.ingirogiro.org
Post Kościół zabił we mnie radość wiary pojawił się poraz pierwszy w Blog o modzie.
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




