Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Kosmetyczne recenzje Mar: dobra, ziołowa odżywka za nieduże pieniądze - Green Pharmacy, Eliksir ziołowy do włosów łamliwych i zniszczonych
Zobacz oryginał pt., 16/01/2015 - 09:56Zbierałam się do napisania tej recenzji od listopada.Ale że w listopadzie nie było mi czego fotografować dla posta potrzeb (z racji faktu, że pierwsze opakowanie tego kosmetyku mi się skończyło, a z nabyciem kolejnego miałam wtedy sporo problemów), a potem przyszły Święta, po Świętach zaś - Sylwester, a po Sylwestrze sesja...No to właśnie, wiecie jak jest ;)Nie zawsze udaje się wszystko zrobić wtedy, kiedy się zrobić to zamierzało ;PJest jednak spory plus tego opóźnienia - dłuższe produktu kosmetycznego używanie równa się zawsze lepszej na jego temat opinii ;)
Dzisiejszy post, dzisiejszą recenzję poświęcam preparatowi na informacje o którym nie natknęłam się na żadnym ze śledzonych przeze mnie blogów.
(Tak, lubię pisać o rzeczach, o których nikt ze zgromadzonego u mnie towarzystwa nie mówił wcześniej za dużo - a jeśli mówił, to dawno - bo nie mam wówczas poczucia wtórności, powtarzania czegoś po kimś, małej oryginalności)
Ogólnie w internecie niewiele jest o tym produkcie mówione.
Gdzieś tam, lata temu jeszcze, coś wspomniała o nim Anwen.
Kilka opinii jest na Wizażu.
Pojedyncze blogerki napisały na jego temat po pięć słów w swoich recenzjach utrzymanych w stylu od dawna mnie rozbrajającym - fajny jest, tani jest, ładnie pachnie, polecam.
Pięć zdjęć, dziesięć słów - cała recenzja.
Doszłam więc do wniosku, że to od niego - nie od żelu do mycia twarzy, też od GP, o którym kiedyś już Wam wspominałam - zacznę cykl moich styczniowych recenzji.
------------------------------------------------------------------------------------------
Green Pharmacy - Eliksir ziołowy do włosów łamliwych i zniszczonych
trafił w moje ręce we wrześniu.
Jak moi stali czytelnicy i czytelniczki stałe również pamiętają - chorowałam wtedy.
Miałam takiego doła, że potrafiłam siedzieć w mieszkaniu przez cały dzień i patrzeć tylko mętnym wzrokiem w okno.
Nie w głowie mi była pielęgnacja ciała i włosów.
Ograniczałam się wówczas jedynie do umycia się.
Nie myślałam o żadnych balsamach i odżywkach.
Na efekty takiego stanu rzeczy nie musiałam czekać długo - już po tygodniu włosy mi się skołtuniły, a skóra na korpusie i kończynach zaczęła swędzieć z przesuszenia.
O tyle, o ile skórą zbytnio się nie przejmowałam (ogólnie niewieloma rzeczami byłam wtedy w stanie się przejąć), to stan moich włosów bardzo mnie przeraził.
Były suche, plątały się, kruszyły.
Nie dało się ich wyprostować, przestały się błyszczeć... gorzej, niż gniazdo gołębi bytujących na Lecha balkonie wyglądały, naprawdę.
Mało wtedy jadłam, mało było mi wolno jeść - sądzę, że dlatego też wyglądało to moje włosie tak, jak wyglądało.
Podczas jednej z wypraw do apteki (bo głównie do aptek wtedy łaziłam) postanowiłam jakoś tej mojej włosowej tragedii zaradzić - na łódzkich Bałutach (osiedlu Leszka na którym to wówczas przebywałam) nie ma żadnych "modnych" drogerii ani sklepów zielarskich, jest tylko Rossmann.
Weszłam więc do Rossmanna i zaczęłam poszukiwania czegoś, co w jakikolwiek sposób mogłoby mi pomóc.
Nie szukałam maski ani odżywki - te miałam.
Szukałam czegoś o mocniejszym działaniu.
Odrzuciłam produkty Radical - tych kiedyś próbowałam, szału nie było (aczkolwiek teraz, po przygodzie z tym eliksirem wiem, że nie dałam im najmniejszych nawet szans na to, by mogły jakkolwiek zadziałać).
Na najniższej jednak półce w dziale z odżywkami do włosów znalazłam butelkę tego eliksiru.
Nie dacie wiary - spostrzegłam ją pierwszy raz w życiu.
Widocznie naprawdę jestem leniwa - do głowy mi wcześniej nie przyszło pewnie, żeby w czasie któregoś z moich pobytów w Rossmannie schylić się trochę i zlustrować wzrokiem to, co na najniższej półce ;)
Marka Green Pharmacy nie wydawała mi się nigdy czymś specjalnie wartym uwagi.
Owszem, dużo jej widziałam na blogach, rozpanoszyła się w ciągu dwóch ostatnich lat też po aptekach.
Jednak w ich żelach do higieny intymnej, balsamach do ciała i produktach do włosów nie odnajdowałam niczego zbytnio "green" - dostrzegałam za to sporo niepotrzebnej chemii, takiej jak SLS w preparatach myjących.
A jak ja widzę napis "0% parabenów, 0% sztucznych barwników - kosmetyk naturalny!" a mimo tego znajduję jakieś inne, wcale nie w mniejszym stopniu złowrogo brzmiące dziadostwo, to uśmiecham się tylko pod nosem i idę dalej.
W tym eliksirze jednak skład był zaskakująco dobry!
Aż oczy przetarłam ze zdumienia.
No i cena - takie grosze?
Pomyślałam, że niczym nie ryzykuję.
Gorzej już z tym moim włosiem być nie może - co mi szkodzi...
Na wstępie posta zdradziłam Wam już, że kosmetyk jest ze mną już długi czas - możecie się więc domyślać, że pomógł, że mi przypasował, że jakoś mnie z tego włosowego kryzysu wydźwignął.
Jak go jednak oceniam całościowo?
Co sądzę o jego działaniu?
Jak stosunkuję się do jego wydajności, czy uważam, że wart jest polecenia komuś innemu, kto moim zdaniem może być z jego właściwości zadowolony - to wszystko w dalszej posta części, zachęcam więc do zostania ze mną przez kilkanaście kolejnych linijek :)
Cena i dostępność:
Eliksir jest ciągle dostępny w Rossmannie.
Bez problemu nabędziecie go też w drogeriach sieci Natura i aptekach - tak sieciowych, jak i małych.
Nie widziałam go w Hebe ani w Marysieńce.
Cena - od ok. 8 złotych do 15 (w drogeriach tańszy jest, niż w aptekach).
Był czas (przełom listopada i grudnia), kiedy nie szło dostać go za żadne skarby - jak znowu się pojawił, to poznałam przyczynę.
Zmienili mu nazwę i minimalnie etykietę.
Skład został ten sam.
Kupowałam go we wrześniu jako Eliksir ziołowy do włosów łamliwych, zniszczonych i farbowanych.
Dziś nazywa się tak, jak wyżej i w tytule posta cytowałam :)
Czyli - odjęli mu w nazwie te włosy farbowane ;P
Poza zmianą nazwy nic się w nim nie zmieniło.
Pojemność/rodzaj opakowania/komfort korzystania z opakowania:
Eliksiru jest 250 ml.
Dostajemy go w plastikowej "buteleczce" z atomizerem.
Opakowanie ma chyba imitować szkło - tak kształtem, jak i kolorem (Wiecie, udawać takie stare, apteczne preparaty).
Średnio to wyszło, tak moim marowym zdaniem - trochę tandetą wieje ;P
Ale że nie mam fioła na punkcie estetycznej strony opakowań kosmetyków, to wcale mi to nie przeszkadza.
Wadzi mi natomiast to, że opakowanie lubi się zagniatać - na przykład wtedy, jeśli gdzieś wyjeżdżamy i wrzucamy je do torby razem z milionem innych rzeczy.
Pęknąć nigdy mi nie pękło.
Ale podczas jednego z takich wojaży odkształciło mi się paskudnie u podstawy i nie naprawiłam tego już.
Teraz zamiast stać na półce, to leży, bo postawione kiwa się w tę i we wtę.
Także - średnio trwałe.
Jednak plusem takiego plastikowego opakowania produktu jest jego lekkość - nawet jeśli wrzucimy eliksir do niewielkiej torby, to ciążyć nam nie będzie.
Nadaje się więc do tego, by zawsze mieć go pod ręką.
Atomizer działa bez zarzutu, pompka w nim nigdy mi się nie zapchała.
Kiedy produktu zostaje już bardzo mało, to pompkę możemy bez problemu odkręcić, a resztę eliksiru wylać na rękę.
To duży plus, bo niektóre kosmetyki mają ten dozownik tak jakby przykręcony na stałe - zwłaszcza, jeśli opakowania są szklane.
Więc jak już resztki takie prawdziwe nam zostają, to nie idzie się do nich dostać.
Tu tego nie ma.
Stosunek ceny do pojemności:
Chyba nie ma na co narzekać - prawda ;)?
Moim zdaniem - w porządku.
Zapach:
Eliksir bardzo intensywnie pachnie.
Pachnie ziołowo, nie jestem znawczynią roślin i na zapachu tychże też się słabo znam - ale rumianek, tak, rumianek czuć tu najbardziej.
Zapach jest naprawdę mocny - mój Lechu, który nie znosi niczego co pachnie wyraziście zawsze się krzywi, gdy widzi mnie z butelką tego eliksiru w dłoni.
Ucieka do kuchni, ale i tak krzyczy, że pachnie ;P
Zapach ziół utrzymuje się także na włosach - jeśli nie potraktujemy ich potem jakimś innym kosmetykiem, to spokojnie będziemy wyczuwać te zioła na włosach przez dobę.
A jeśli postanowimy zaaplikować go na mokre włosy i położyć się tak spać - poduszka też nim przesiąknie.
Mnie ten fakt wcale nie przeszkadza, ale wiem, że wiele z Was mocno pachnących kosmetyków nie lubi.
Zatem - jeśli jesteście jednymi z nich i żadne pozytywne aspekty działania jakiegokolwiek kosmetyku nie są w stanie przekonać Was do niego jeśli kosmetyk pachnie, to chyba nie jest to produkt dla Was.
Skład:

Moim zdaniem - to jeden z lepszych pod tym względem produktów na polskim rynku dostępnych.
A jak za te pieniądze, to chyba jest liderem na rynku tych możliwych do kupienia "wszędzie".
Bo wśród tych typowo zielarskich zapewne znajdują się w tej półce cenowej preparaty ze składem jeszcze lepszym - jeśli znacie takie, to dajcie mi znać, chętnie wypróbuję!
Wiem, że niektóre z Was bardziej siedzą w temacie!
Chamomilla Recutita Extract - ekstrakt z rumianku pospolitego.
Ma działanie przeciwzapalne, łagodzi podrażnienia skóry głowy, pomaga w walce z łupieżem, łagodzi objawy łojotokowego zapalenia skóry, nawilża włosy i dzięki zawartości wielu związków mineralnych odżywia ich cebulki zapobiegając wypadaniu
Triticum Vulgare (Wheat) Germ Extract - ekstrakt z kiełków pszenicy.
Bogaty w aminokwasy, białka i polisacharydy.
Uelastycznia i nawilża włosy.
Tussilago Farfara (Coltsfoot) Flower Extract - wyciąg z kwiatów podbiału pospolitego.
Działa przeciwzapalnie i ściągająco na skórę głowy, chroni ją (i włosy) przed niekorzystnym wpływem czynników zewnętrznych i działaniem wolnych rodników, zapobiega przetłuszczaniu się skóry głowy, nawilża włosy (świetnie sprawdza się zwłaszcza u tych osób, u których skóra głowy jest tłusta, a włosy suche i szorstkie).
Acorus Calamus Root Extract - ekstrakt z kłącza tataraku.
Wzmacnia i nabłyszcza włosy, nadaje im puszystość.
Hamuje łupież, poprawia ukrwienie skóry głowy, pobudza porost włosów.
Ma działanie przeciwgrzybicze.
Cztery świetne składniki na pierwszych miejscach składu!
Co mamy dalej?
Co kryje się pod innymi nazwami łacińskimi, czy są to jakieś potencjalnie mniej od tych pierwszych bezpieczne cuda?
Polysorbate 20 - substancja powierzchniowo czynna.
Dobrze tolerowana przez skórę, słabo alergizująca, zapobiega rozwarstwianiu się faz w trakcie przechowywania produktu. Ponadto pełni rolę solubilizatora, czyli umożliwia wprowadzenie do roztworu wodnego substancji nierozpuszczalnych lub trudno rozpuszczalnych w wodzie, np. kompozycje zapachowe, wyciągi roślinne, substancje tłuszczowe.
Disodium EDTA - substancja pochodzenia syntetycznego mająca działanie konserwujące, chroniące kosmetyk przed zepsuciem.
Składnik dopuszczony do obrotu na rynku kosmetycznym jako mało drażniący i bezpieczny.
Jednak są badania mówiące o szkodliwym jego wpływie na organizm i zdrowie dziecka w wypadku stosowania go przez kobiety w ciąży i karmiące piersią - w dużych ilościach.
Ortodoksyjne naturomaniaczki powiedzą, że jak w każdym używanym kosmetyku jest go trochę i takich kosmetyków stosuje się kilka dziennie, to już warto się zastanowić nad zakupem kolejnego.
Ja zbyt wielu kosmetyków z nim w składzie nie mam - mnie on nie jest straszny.
Ale że niektóre z Was są w tej kwestii restrykcyjne - napominam o nim tu.
Citric Acid - kwas cytrynowy.
Parfum - substancja zapachowa.
No tak, coś, czego fanki kosmetyków naturalnych nie lubią ;)
Producent nie wymienia, czy syntetyczny, czy naturalny.
Szkoda...
Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde - również składnik substancji zapachowych i również potencjalnie alergizujący.
Eliksir jest ciągle dostępny w Rossmannie.
Bez problemu nabędziecie go też w drogeriach sieci Natura i aptekach - tak sieciowych, jak i małych.
Nie widziałam go w Hebe ani w Marysieńce.
Cena - od ok. 8 złotych do 15 (w drogeriach tańszy jest, niż w aptekach).
Był czas (przełom listopada i grudnia), kiedy nie szło dostać go za żadne skarby - jak znowu się pojawił, to poznałam przyczynę.
Zmienili mu nazwę i minimalnie etykietę.
Skład został ten sam.
Kupowałam go we wrześniu jako Eliksir ziołowy do włosów łamliwych, zniszczonych i farbowanych.
Dziś nazywa się tak, jak wyżej i w tytule posta cytowałam :)
Czyli - odjęli mu w nazwie te włosy farbowane ;P
Poza zmianą nazwy nic się w nim nie zmieniło.
Pojemność/rodzaj opakowania/komfort korzystania z opakowania:
Eliksiru jest 250 ml.
Dostajemy go w plastikowej "buteleczce" z atomizerem.
Opakowanie ma chyba imitować szkło - tak kształtem, jak i kolorem (Wiecie, udawać takie stare, apteczne preparaty).
Średnio to wyszło, tak moim marowym zdaniem - trochę tandetą wieje ;P
Ale że nie mam fioła na punkcie estetycznej strony opakowań kosmetyków, to wcale mi to nie przeszkadza.
Wadzi mi natomiast to, że opakowanie lubi się zagniatać - na przykład wtedy, jeśli gdzieś wyjeżdżamy i wrzucamy je do torby razem z milionem innych rzeczy.
Pęknąć nigdy mi nie pękło.
Ale podczas jednego z takich wojaży odkształciło mi się paskudnie u podstawy i nie naprawiłam tego już.
Teraz zamiast stać na półce, to leży, bo postawione kiwa się w tę i we wtę.
Także - średnio trwałe.
Jednak plusem takiego plastikowego opakowania produktu jest jego lekkość - nawet jeśli wrzucimy eliksir do niewielkiej torby, to ciążyć nam nie będzie.
Nadaje się więc do tego, by zawsze mieć go pod ręką.
Atomizer działa bez zarzutu, pompka w nim nigdy mi się nie zapchała.
Kiedy produktu zostaje już bardzo mało, to pompkę możemy bez problemu odkręcić, a resztę eliksiru wylać na rękę.
To duży plus, bo niektóre kosmetyki mają ten dozownik tak jakby przykręcony na stałe - zwłaszcza, jeśli opakowania są szklane.
Więc jak już resztki takie prawdziwe nam zostają, to nie idzie się do nich dostać.
Tu tego nie ma.
Stosunek ceny do pojemności:
Chyba nie ma na co narzekać - prawda ;)?
Moim zdaniem - w porządku.
Zapach:
Eliksir bardzo intensywnie pachnie.
Pachnie ziołowo, nie jestem znawczynią roślin i na zapachu tychże też się słabo znam - ale rumianek, tak, rumianek czuć tu najbardziej.
Zapach jest naprawdę mocny - mój Lechu, który nie znosi niczego co pachnie wyraziście zawsze się krzywi, gdy widzi mnie z butelką tego eliksiru w dłoni.
Ucieka do kuchni, ale i tak krzyczy, że pachnie ;P
Zapach ziół utrzymuje się także na włosach - jeśli nie potraktujemy ich potem jakimś innym kosmetykiem, to spokojnie będziemy wyczuwać te zioła na włosach przez dobę.
A jeśli postanowimy zaaplikować go na mokre włosy i położyć się tak spać - poduszka też nim przesiąknie.
Mnie ten fakt wcale nie przeszkadza, ale wiem, że wiele z Was mocno pachnących kosmetyków nie lubi.
Zatem - jeśli jesteście jednymi z nich i żadne pozytywne aspekty działania jakiegokolwiek kosmetyku nie są w stanie przekonać Was do niego jeśli kosmetyk pachnie, to chyba nie jest to produkt dla Was.
Skład:

Moim zdaniem - to jeden z lepszych pod tym względem produktów na polskim rynku dostępnych.
A jak za te pieniądze, to chyba jest liderem na rynku tych możliwych do kupienia "wszędzie".
Bo wśród tych typowo zielarskich zapewne znajdują się w tej półce cenowej preparaty ze składem jeszcze lepszym - jeśli znacie takie, to dajcie mi znać, chętnie wypróbuję!
Wiem, że niektóre z Was bardziej siedzą w temacie!
Chamomilla Recutita Extract - ekstrakt z rumianku pospolitego.
Ma działanie przeciwzapalne, łagodzi podrażnienia skóry głowy, pomaga w walce z łupieżem, łagodzi objawy łojotokowego zapalenia skóry, nawilża włosy i dzięki zawartości wielu związków mineralnych odżywia ich cebulki zapobiegając wypadaniu
Triticum Vulgare (Wheat) Germ Extract - ekstrakt z kiełków pszenicy.
Bogaty w aminokwasy, białka i polisacharydy.
Uelastycznia i nawilża włosy.
Tussilago Farfara (Coltsfoot) Flower Extract - wyciąg z kwiatów podbiału pospolitego.
Działa przeciwzapalnie i ściągająco na skórę głowy, chroni ją (i włosy) przed niekorzystnym wpływem czynników zewnętrznych i działaniem wolnych rodników, zapobiega przetłuszczaniu się skóry głowy, nawilża włosy (świetnie sprawdza się zwłaszcza u tych osób, u których skóra głowy jest tłusta, a włosy suche i szorstkie).
Acorus Calamus Root Extract - ekstrakt z kłącza tataraku.
Wzmacnia i nabłyszcza włosy, nadaje im puszystość.
Hamuje łupież, poprawia ukrwienie skóry głowy, pobudza porost włosów.
Ma działanie przeciwgrzybicze.
Cztery świetne składniki na pierwszych miejscach składu!
Co mamy dalej?
Co kryje się pod innymi nazwami łacińskimi, czy są to jakieś potencjalnie mniej od tych pierwszych bezpieczne cuda?
Polysorbate 20 - substancja powierzchniowo czynna.
Dobrze tolerowana przez skórę, słabo alergizująca, zapobiega rozwarstwianiu się faz w trakcie przechowywania produktu. Ponadto pełni rolę solubilizatora, czyli umożliwia wprowadzenie do roztworu wodnego substancji nierozpuszczalnych lub trudno rozpuszczalnych w wodzie, np. kompozycje zapachowe, wyciągi roślinne, substancje tłuszczowe.
Disodium EDTA - substancja pochodzenia syntetycznego mająca działanie konserwujące, chroniące kosmetyk przed zepsuciem.
Składnik dopuszczony do obrotu na rynku kosmetycznym jako mało drażniący i bezpieczny.
Jednak są badania mówiące o szkodliwym jego wpływie na organizm i zdrowie dziecka w wypadku stosowania go przez kobiety w ciąży i karmiące piersią - w dużych ilościach.
Ortodoksyjne naturomaniaczki powiedzą, że jak w każdym używanym kosmetyku jest go trochę i takich kosmetyków stosuje się kilka dziennie, to już warto się zastanowić nad zakupem kolejnego.
Ja zbyt wielu kosmetyków z nim w składzie nie mam - mnie on nie jest straszny.
Ale że niektóre z Was są w tej kwestii restrykcyjne - napominam o nim tu.
Citric Acid - kwas cytrynowy.
Naturalny, bezpieczny konserwant.
Parfum - substancja zapachowa.
No tak, coś, czego fanki kosmetyków naturalnych nie lubią ;)
Producent nie wymienia, czy syntetyczny, czy naturalny.
Szkoda...
Benzyl Alcohol - alkohol benzylowy.
Konserwant, zapobiega psuciu się preparatu.
Znajduje się na liście potencjalnych alergenów.
Ale.. jest bardzo pożądany we wszystkich "wcierkach" do włosów ;) Poprawia bowiem wchłanianie substancji aktywnych w skórę głowy.
Tak jak cetyl alcohol, stearyl alcohol i cetearyl alcohol należy do grupy alkoholi tłuszczowych, które są... emolientami, więc nie wysuszają, a nawilżają ;)
Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone - kolejne konserwanty.
Tym razem takie zbędne dość i bardziej alergizujące.
One tu moim zdaniem naprawdę nie są potrzebne.
Jednak - uznawane są za bezpieczne, bo ich ilość w preparacie kosmetycznym zwykle jest minimalna.
Ale po co, na Boga - po co tu one?
Limonene - składnik substancji zapachowych.
Może uczulać.
Linalool - alkohol terpenowy, też składnik substancji zapachowych.
Również może uczulać, na co szanse są małe, ale... ale on mało ładnie tu po prostu wygląda.
Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde - również składnik substancji zapachowych i również potencjalnie alergizujący.
"Parfum" i pięć ostatnich składników wywaliłabym z tego składu - i wtedy mogłabym z czystym sumieniem przyznać, że jest to kosmetyk w pełni "naturalny".
A tak, to klasyfikuję go jedynie jako "ziołowy" - albo "przygotowany z wykorzystaniem naturalnych składników".
Stosowanie:
Zgodnie z zaleceniami producenta - umyć włosy, wilgotne spryskać eliksirem na całej długości, dodatkowo wetrzeć odrobinę w skórę głowy.
Działanie:
Co pisze o swoim produkcie producent przeczytać możecie na zdjęciu, które zamieściłam powyżej.
Jak wygląda zderzenie rzeczywistości z obietnicami?
Jak wspomniałam w posta początkach - przyniosłam preparat do domu w okolicach połowy września.
Nie borykałam się wtedy z problemem wypadania włosów, łupieżu czy swędzącej skóry głowy.
Ilość włosów, jaką codziennie tracę od zawsze była chyba typowa dla noszonej przeze mnie włosa długości.
Norma - przy myciu, czesaniu, prostowaniu jakieś drobne ilości.
Nie uskarżałam się na duże ich gubienie.
Moim kłopotem w tym wrześniu nieszczęsnym było natomiast to, że na skutek zaniedbań pielęgnacyjnych, osłabienia organizmu i ubogiej w czasie choroby diety moje włosy zrobiły się szorstkie, matowe i przypominały siano.
Nie chciałam cudów - szukałam czegoś, co trochę choć pomoże im dojść do siebie.
Zaczęłam stosować eliksir niemalże od razu po powrocie do domu.
Tak, jak nakazał to producent.
Spryskałam włosy przy ich nasadzie, potem na całej długości.
Wtarłam w skórę, wmasowałam w kłaki.
Rozczesałam, na to zamotałam turban.
Potem z takim obmotanym łbem poszłam spać.
I tak co dwa dni, po każdym myciu.
A - ważne to dla dalszej historii: następnego dnia po rozpoczęciu kuracji udałam się do fryzjerki, chcąc obciąć zniszczone końce włosów.
Po jakichś dwóch tygodniach stosowania zobaczyłam, że włosy naprawdę zrobiły się miękkie.
Zaczęły też ładnie bardzo się błyszczeć.
W międzyczasie - zdążyłam wyzdrowieć, powoli wracałam też do normalnego życia: na praktyki, do pracy...
Więc normalnie zaczęłam włosy moje na powrót prostować - z użyciem zwykle stosowanych przeze mnie do tego celu preparatów.
Używałam tego samego co zwykle szamponu, tej samej maski (Alterra - o obydwu kosmetykach miałyście tu okazję kiedyś już parę słów czytać).
Pielęgnacja zatem wcale się nie zmieniła.
Regularnie, co miesiąc, farbowałam je.
Gdzieś w okolicach początku listopada zauważyłam, że moje podcięte po skończeniu chorowania końcówki włosów wcale nie wymagają tego, żeby znowu je skrócić - a do tej pory była to niemal rutyna.
Co miesiąc, w którymś z pierwszych dni nowego dreptałam do mojej fryzjerki i pozbywałam się tego, co zawsze gdzieś tam mi się rozdwajało.
Jednak tym razem naprawdę nie miałam czego podcinać - po chwyceniu włosów między palce nie widziałam pofilcowanej i połamanej szczeciny, a piękny, równy "pędzelek".
Do tego - miękki i błyszczący.
Kiedy po kilku dniach od tego "odkrycia" po raz kolejny ufarbowałam włosy Leszek, mama i bliska koleżanka zwrócili mi uwagę, że włosy "wyszły" jednolicie ciemne - do tej pory często bywało tak, że dolne partie włosów zawsze były bardziej rudawe, jaśniejsze.
Wiązałam to z tym, że podniszczona część włosa gorzej chwyta kolor.
Więc - kurczę blaszka!
Pomyślałam sobie, że chyba rzeczywiście jakiś progres nastąpił!
Skończyło mi się jedno tego cuda opakowanie, potem nie mogłam dostać drugiego.
Myślałam, że wpadnę w depresję.
Na szczęście - udało się je kupić ;) Obecnie kończę drugą już butelkę.
Włosy są nadal ładne, nadal - a mamy już styczeń!
Końcówki nie wymagają żadnych drastycznych na nich operacji - okey, od listopada pojedyncze zdążyły się popsuć, i tak wybieram się do fryzjerki, bo jeszcze parę centymetrów i złośliwie zaczną się wywijać... ale hej?
Tak długie trwanie ich w dobrym stanie do tej pory mi się nie zdarzyło!
Nawet w czasie, gdy z pieczołowitością traktowałam je po każdym myciu i przed każdym prostowaniem olejkiem arganowym!
Owszem - nigdy nie miałam problemów z jakimś wyjątkowym moich włosów się niszczeniem, ale takie ładne, to dawno nie były
(no, może w czasach początków mej nauki w liceum - kiedy jeszcze ich nie farbowałam, a na to by je prostować nigdy bym nie wpadła).
Olejowałam je z myślą, że gdy tego poniecham, to coś paskudnego któregoś dnia na swojej głowie znajdę.
I rzeczywiście, przed wrześniem, przed chorobą, kołtuna się na głowie nie dorobiłam.
Ale żeby to olejowanie sprawiło, że gładziutkie były.... to nie.
Zatem - dopiero eliksirowi Green Pharmacy udało się sprawić, że moje włosy powróciły do stanu sprzed dobrych kilku lat.
Mało jednak tego, że stały się odporniejsze na różne krzywdy każdego dnia im wyrządzane, to i wyraźnie mniej zaczęły się puszyć.
Możecie to zobaczyć na zdjęciach z jednej z ostatnich sesji "ciuchowych", o, proszę: klik!
Na tych zdjęciach prezentuję się Wam jakieś trzy godziny po prostowaniu włosów.
Odkąd pamiętam - po godzinie od wyprostowania włosów robiły mi się wokół nich takie... aureolki ;P
drobne kosmyki odstawały mi i wywijały się na boki.
Od jakichś dwóch miesięcy zjawisko to wcale nie występuje.
I nie mówię tu o odwijaniu się wyprostowanych włosów pod wpływem wilgoci, ale o takim jakby rozwarstwianiu się pasm ;P
Także - jak dla mnie jest to naprawdę spory progres!
Uważam zatem, że obietnice producenta nie są słowami rzucanymi na wiatr.
Eliksir naprawdę wzmacnia włosy.
Są widocznie mocniejsze, zdrowsze i bardziej lśniące.
Nie niszczą się.
Włosy się nie przetłuszczają, nie są obciążone, można potem nałożyć na nie zwyczajowo używane serum, ulubiony olejek aplikowany na końce włosów lub produkt termoochronny.
Nie umiem natomiast ustosunkować się do rzekomego działania zapobiegającemu wypadaniu włosów i łagodzącemu stany zapalne skóry głowy, ponieważ nie skarżyłam się nigdy na to.
Być może znajdziecie w czeluściach Internetu jakąś recenzję, w której ktoś testował go pod tym kątem.
Zaznaczam jednak, że używam tego preparatu regularnie - od pięciu niemal miesięcy.
Po każdym myciu włosów.
Efekty nie pojawiły się od razu - chociaż już po pierwszych paru aplikacjach włosy były wyraźnie przyjemniejsze w dotyku.
Także zakładam, że i Wy - jeśli się na zakup eliksiru zdecydujecie - będziecie musiały na efekty poczekać.
Wydajność:
Jedno opakowanie wystarcza na około 2,5 miesiąca używania produktu co drugi dzień, przy posiadaniu włosów o długości za łopatki.
Moim zdaniem jest to preparat wydajny.
Stosunek ceny do jakości produktu:
Moim zdaniem - bardzo dobry.
Powtarzam - niecałe dziesięć złotych za produkt ze sporą ilością składników aktywnych, dający widoczne gołym okiem rezultaty.
Zbiorczo - dla kogo może się nadać, komu go nie polecam albo polecam przy zachowaniu środków ostrożności:
Będzie dobry dla osób, których głównym włosowym problemem jest tłusta skóra głowy i przesuszone włosy.
Nada się do włosów farbowanych, które są niszczone przez częste farbowanie.
Wzmocni włosy suszone suszarką (a, ja od czasu rozpoczęcia używania tego eliksiru całkowicie zrezygnowałam z suszenia włosów, zawsze myję je przed snem, tak aby zasnąć już z włosami naeliksirowanymi, wyjątki robię tylko wtedy, jeśli rano muszę mieć jakąś perfekcyjnie świeżą fryzurę - wigilia, ważne spotkanie, same wiecie...) i prostowane.
Powinny wypróbować go osoby, które tracą włosy - chociaż i tak uważam, że w takich wypadkach warto zrobić badanie morfologiczne krwi/odwiedzić endokrynologa.
Nie zachęcam do niego fanek bardzo naturalnych kosmetyków i osób, które mają suchą i wrażliwą skórę głowy (one mogą źle tolerować alkohol, chociaż ten tu użyty jest alkoholem "dobrym" - ale dla niektórych alkohol to alkohol, nie będę nikogo na siłę przekonywać do swoich racji).
Bo skład idealny nie jest.
Ma kilka drobnych wad.
Powinny ostrożnie podejść do stosowania tego preparatu także osoby uczulone na rumianek!!!
Jeśli nie lubisz kosmetyków które bardzo pachną - także nie sięgaj po eliksir Green Pharmacy, bo wywalisz go przez okno.
Pamiętaj - żadna pielęgnacja od zewnątrz nie pomoże włosom osłabionym od wewnątrz!!!
Ja po przechorowaniu września znowu wróciłam do mojej zwykłej diety - dużo białka z różnych źródeł, owoce, warzywa (nie wolno mi było w czasie choroby spożywać białka w mojej ulubionej formie - kwaśnych jogurtów i twarogów, owoców też nie mogłam jeść).
Jeśli chorujesz na niedokrwistość lub awitaminozy i to one są przyczyną złej kondycji Twoich włosów, to pomaszeruj do lekarza lub apteki, tam uzyskasz pomoc dostosowaną do Twoich potrzeb.
W takich sytuacjach niezbędne jest zwykle przyjmowanie doustne witamin i produktów wzmacniających.
Moja ocena produktu:
Stawiam mu mocne 4+.
Gdyby nie skład, który nie jest na pewno godzien tego, by pisać na etykiecie, że jest to kosmetyk "naturalny" postawiłabym mu piątkę.
A, i gdyby tak mocno nie pachniał.
To, że mnie coś nie przeszkadza nie oznacza, że nie dostrzegam tego, że to coś jest słabą stroną tego, co planuję ocenić.
Ogólnie - uważam, że jest to naprawdę porządny kosmetyk, który warto wypróbować.
Zdaję sobie sprawę, że "rasowe" włosomaniaczki nie będą się na niego kusiły, bo one sporządzają same nalewki i napary z ziół.
Jeśli decydują się na używanie produktów gotowych, to także szukają ich w sklepach zielarskich.
Większość jednak osób zaglądających na mojego bloga to "zwykłe", mało z kosmetykami eksperymentujące dziewczyny i kobiety.
I takim ten eliksir z czystym sumieniem polecam!
Naprawdę, nie stracicie pieniędzy, wątpię też, byście nie zauważyły jakichkolwiek efektów.
Tylko pamiętajcie - na mokre włosy, bardzo mocno spryskać, wetrzeć w skórę głowy i włosy, rozczesać.
Iść spać.
I tak po każdym myciu!
Przez kilka miesięcy!
---------------------------------------------------------------------------------
Trochę się rozpisałam - trochę bardziej, niż planowałam ;)
Ale z racji faktu, że widzę ile osób każdego dnia odwiedza mojego bloga kierując się do postów kosmetycznych, to chcę by te nieliczne (nad czym boleję) tu recenzje były naprawdę rzetelne.
I pozwoliły osobom zainteresowanym dowiedzieć się czegoś o produkcie, którego zakup rozważają.
W przyszłym tygodniu kolejna recenzja kolejnego też produktu Green Pharmacy, na który skusiłam się po udanych początkach mojej przygody z tym eliksirem.
Wyczekujcie.
Moja sesja dobiega końca - niedługo więc być może powrócą tu posty "wyglądowe" ;)
Trzymajcie kciuki, żeby nie pokonało mnie zaliczenie z... podstaw techniki medycznej ;P
Czyli - z fizyki ;P
Jeśli by mi - nie daj Boże - nie poszło, to moja niebytność tu może się nieco wydłużyć :(
Życzę Wam fajnego, mile spędzonego weekendu.
Ściskam bardzo,
Wasza Mar!
A tak, to klasyfikuję go jedynie jako "ziołowy" - albo "przygotowany z wykorzystaniem naturalnych składników".
Stosowanie:
Zgodnie z zaleceniami producenta - umyć włosy, wilgotne spryskać eliksirem na całej długości, dodatkowo wetrzeć odrobinę w skórę głowy.
Działanie:
Co pisze o swoim produkcie producent przeczytać możecie na zdjęciu, które zamieściłam powyżej.
Jak wygląda zderzenie rzeczywistości z obietnicami?
Jak wspomniałam w posta początkach - przyniosłam preparat do domu w okolicach połowy września.
Nie borykałam się wtedy z problemem wypadania włosów, łupieżu czy swędzącej skóry głowy.
Ilość włosów, jaką codziennie tracę od zawsze była chyba typowa dla noszonej przeze mnie włosa długości.
Norma - przy myciu, czesaniu, prostowaniu jakieś drobne ilości.
Nie uskarżałam się na duże ich gubienie.
Moim kłopotem w tym wrześniu nieszczęsnym było natomiast to, że na skutek zaniedbań pielęgnacyjnych, osłabienia organizmu i ubogiej w czasie choroby diety moje włosy zrobiły się szorstkie, matowe i przypominały siano.
Nie chciałam cudów - szukałam czegoś, co trochę choć pomoże im dojść do siebie.
Zaczęłam stosować eliksir niemalże od razu po powrocie do domu.
Tak, jak nakazał to producent.
Spryskałam włosy przy ich nasadzie, potem na całej długości.
Wtarłam w skórę, wmasowałam w kłaki.
Rozczesałam, na to zamotałam turban.
Potem z takim obmotanym łbem poszłam spać.
I tak co dwa dni, po każdym myciu.
A - ważne to dla dalszej historii: następnego dnia po rozpoczęciu kuracji udałam się do fryzjerki, chcąc obciąć zniszczone końce włosów.
Po jakichś dwóch tygodniach stosowania zobaczyłam, że włosy naprawdę zrobiły się miękkie.
Zaczęły też ładnie bardzo się błyszczeć.
W międzyczasie - zdążyłam wyzdrowieć, powoli wracałam też do normalnego życia: na praktyki, do pracy...
Więc normalnie zaczęłam włosy moje na powrót prostować - z użyciem zwykle stosowanych przeze mnie do tego celu preparatów.
Używałam tego samego co zwykle szamponu, tej samej maski (Alterra - o obydwu kosmetykach miałyście tu okazję kiedyś już parę słów czytać).
Pielęgnacja zatem wcale się nie zmieniła.
Regularnie, co miesiąc, farbowałam je.
Gdzieś w okolicach początku listopada zauważyłam, że moje podcięte po skończeniu chorowania końcówki włosów wcale nie wymagają tego, żeby znowu je skrócić - a do tej pory była to niemal rutyna.
Co miesiąc, w którymś z pierwszych dni nowego dreptałam do mojej fryzjerki i pozbywałam się tego, co zawsze gdzieś tam mi się rozdwajało.
Jednak tym razem naprawdę nie miałam czego podcinać - po chwyceniu włosów między palce nie widziałam pofilcowanej i połamanej szczeciny, a piękny, równy "pędzelek".
Do tego - miękki i błyszczący.
Kiedy po kilku dniach od tego "odkrycia" po raz kolejny ufarbowałam włosy Leszek, mama i bliska koleżanka zwrócili mi uwagę, że włosy "wyszły" jednolicie ciemne - do tej pory często bywało tak, że dolne partie włosów zawsze były bardziej rudawe, jaśniejsze.
Wiązałam to z tym, że podniszczona część włosa gorzej chwyta kolor.
Więc - kurczę blaszka!
Pomyślałam sobie, że chyba rzeczywiście jakiś progres nastąpił!
Skończyło mi się jedno tego cuda opakowanie, potem nie mogłam dostać drugiego.
Myślałam, że wpadnę w depresję.
Na szczęście - udało się je kupić ;) Obecnie kończę drugą już butelkę.
Włosy są nadal ładne, nadal - a mamy już styczeń!
Końcówki nie wymagają żadnych drastycznych na nich operacji - okey, od listopada pojedyncze zdążyły się popsuć, i tak wybieram się do fryzjerki, bo jeszcze parę centymetrów i złośliwie zaczną się wywijać... ale hej?
Tak długie trwanie ich w dobrym stanie do tej pory mi się nie zdarzyło!
Nawet w czasie, gdy z pieczołowitością traktowałam je po każdym myciu i przed każdym prostowaniem olejkiem arganowym!
Owszem - nigdy nie miałam problemów z jakimś wyjątkowym moich włosów się niszczeniem, ale takie ładne, to dawno nie były
(no, może w czasach początków mej nauki w liceum - kiedy jeszcze ich nie farbowałam, a na to by je prostować nigdy bym nie wpadła).
Olejowałam je z myślą, że gdy tego poniecham, to coś paskudnego któregoś dnia na swojej głowie znajdę.
I rzeczywiście, przed wrześniem, przed chorobą, kołtuna się na głowie nie dorobiłam.
Ale żeby to olejowanie sprawiło, że gładziutkie były.... to nie.
Zatem - dopiero eliksirowi Green Pharmacy udało się sprawić, że moje włosy powróciły do stanu sprzed dobrych kilku lat.
Mało jednak tego, że stały się odporniejsze na różne krzywdy każdego dnia im wyrządzane, to i wyraźnie mniej zaczęły się puszyć.
Możecie to zobaczyć na zdjęciach z jednej z ostatnich sesji "ciuchowych", o, proszę: klik!
Na tych zdjęciach prezentuję się Wam jakieś trzy godziny po prostowaniu włosów.
Odkąd pamiętam - po godzinie od wyprostowania włosów robiły mi się wokół nich takie... aureolki ;P
drobne kosmyki odstawały mi i wywijały się na boki.
Od jakichś dwóch miesięcy zjawisko to wcale nie występuje.
I nie mówię tu o odwijaniu się wyprostowanych włosów pod wpływem wilgoci, ale o takim jakby rozwarstwianiu się pasm ;P
Także - jak dla mnie jest to naprawdę spory progres!
Uważam zatem, że obietnice producenta nie są słowami rzucanymi na wiatr.
Eliksir naprawdę wzmacnia włosy.
Są widocznie mocniejsze, zdrowsze i bardziej lśniące.
Nie niszczą się.
Włosy się nie przetłuszczają, nie są obciążone, można potem nałożyć na nie zwyczajowo używane serum, ulubiony olejek aplikowany na końce włosów lub produkt termoochronny.
Nie umiem natomiast ustosunkować się do rzekomego działania zapobiegającemu wypadaniu włosów i łagodzącemu stany zapalne skóry głowy, ponieważ nie skarżyłam się nigdy na to.
Być może znajdziecie w czeluściach Internetu jakąś recenzję, w której ktoś testował go pod tym kątem.
Zaznaczam jednak, że używam tego preparatu regularnie - od pięciu niemal miesięcy.
Po każdym myciu włosów.
Efekty nie pojawiły się od razu - chociaż już po pierwszych paru aplikacjach włosy były wyraźnie przyjemniejsze w dotyku.
Także zakładam, że i Wy - jeśli się na zakup eliksiru zdecydujecie - będziecie musiały na efekty poczekać.
Wydajność:
Jedno opakowanie wystarcza na około 2,5 miesiąca używania produktu co drugi dzień, przy posiadaniu włosów o długości za łopatki.
Moim zdaniem jest to preparat wydajny.
Stosunek ceny do jakości produktu:
Moim zdaniem - bardzo dobry.
Powtarzam - niecałe dziesięć złotych za produkt ze sporą ilością składników aktywnych, dający widoczne gołym okiem rezultaty.
Zbiorczo - dla kogo może się nadać, komu go nie polecam albo polecam przy zachowaniu środków ostrożności:
Będzie dobry dla osób, których głównym włosowym problemem jest tłusta skóra głowy i przesuszone włosy.
Nada się do włosów farbowanych, które są niszczone przez częste farbowanie.
Wzmocni włosy suszone suszarką (a, ja od czasu rozpoczęcia używania tego eliksiru całkowicie zrezygnowałam z suszenia włosów, zawsze myję je przed snem, tak aby zasnąć już z włosami naeliksirowanymi, wyjątki robię tylko wtedy, jeśli rano muszę mieć jakąś perfekcyjnie świeżą fryzurę - wigilia, ważne spotkanie, same wiecie...) i prostowane.
Powinny wypróbować go osoby, które tracą włosy - chociaż i tak uważam, że w takich wypadkach warto zrobić badanie morfologiczne krwi/odwiedzić endokrynologa.
Nie zachęcam do niego fanek bardzo naturalnych kosmetyków i osób, które mają suchą i wrażliwą skórę głowy (one mogą źle tolerować alkohol, chociaż ten tu użyty jest alkoholem "dobrym" - ale dla niektórych alkohol to alkohol, nie będę nikogo na siłę przekonywać do swoich racji).
Bo skład idealny nie jest.
Ma kilka drobnych wad.
Powinny ostrożnie podejść do stosowania tego preparatu także osoby uczulone na rumianek!!!
Jeśli nie lubisz kosmetyków które bardzo pachną - także nie sięgaj po eliksir Green Pharmacy, bo wywalisz go przez okno.
Pamiętaj - żadna pielęgnacja od zewnątrz nie pomoże włosom osłabionym od wewnątrz!!!
Ja po przechorowaniu września znowu wróciłam do mojej zwykłej diety - dużo białka z różnych źródeł, owoce, warzywa (nie wolno mi było w czasie choroby spożywać białka w mojej ulubionej formie - kwaśnych jogurtów i twarogów, owoców też nie mogłam jeść).
Jeśli chorujesz na niedokrwistość lub awitaminozy i to one są przyczyną złej kondycji Twoich włosów, to pomaszeruj do lekarza lub apteki, tam uzyskasz pomoc dostosowaną do Twoich potrzeb.
W takich sytuacjach niezbędne jest zwykle przyjmowanie doustne witamin i produktów wzmacniających.
Moja ocena produktu:
Stawiam mu mocne 4+.
Gdyby nie skład, który nie jest na pewno godzien tego, by pisać na etykiecie, że jest to kosmetyk "naturalny" postawiłabym mu piątkę.
A, i gdyby tak mocno nie pachniał.
To, że mnie coś nie przeszkadza nie oznacza, że nie dostrzegam tego, że to coś jest słabą stroną tego, co planuję ocenić.
Ogólnie - uważam, że jest to naprawdę porządny kosmetyk, który warto wypróbować.
Zdaję sobie sprawę, że "rasowe" włosomaniaczki nie będą się na niego kusiły, bo one sporządzają same nalewki i napary z ziół.
Jeśli decydują się na używanie produktów gotowych, to także szukają ich w sklepach zielarskich.
Większość jednak osób zaglądających na mojego bloga to "zwykłe", mało z kosmetykami eksperymentujące dziewczyny i kobiety.
I takim ten eliksir z czystym sumieniem polecam!
Naprawdę, nie stracicie pieniędzy, wątpię też, byście nie zauważyły jakichkolwiek efektów.
Tylko pamiętajcie - na mokre włosy, bardzo mocno spryskać, wetrzeć w skórę głowy i włosy, rozczesać.
Iść spać.
I tak po każdym myciu!
Przez kilka miesięcy!
---------------------------------------------------------------------------------
Trochę się rozpisałam - trochę bardziej, niż planowałam ;)
Ale z racji faktu, że widzę ile osób każdego dnia odwiedza mojego bloga kierując się do postów kosmetycznych, to chcę by te nieliczne (nad czym boleję) tu recenzje były naprawdę rzetelne.
I pozwoliły osobom zainteresowanym dowiedzieć się czegoś o produkcie, którego zakup rozważają.
W przyszłym tygodniu kolejna recenzja kolejnego też produktu Green Pharmacy, na który skusiłam się po udanych początkach mojej przygody z tym eliksirem.
Wyczekujcie.
Moja sesja dobiega końca - niedługo więc być może powrócą tu posty "wyglądowe" ;)
Trzymajcie kciuki, żeby nie pokonało mnie zaliczenie z... podstaw techniki medycznej ;P
Czyli - z fizyki ;P
Jeśli by mi - nie daj Boże - nie poszło, to moja niebytność tu może się nieco wydłużyć :(
Życzę Wam fajnego, mile spędzonego weekendu.
Ściskam bardzo,
Wasza Mar!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.




