Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Futrzak - wydanie wierzchnie
Zobacz oryginał śr., 07/01/2015 - 08:38Mówiąc szczerze - bardzo ciężko mi było zebrać się do napisania tego posta.
Chyba trochę od tego odwykłam ;P
Jednak słowo się rzekło - obiecałam Wam te zdjęcia, to czułam się zobowiązaną do tego, by je Wam jak najszybciej pokazać.Gdybym odłożyła to na jeszcze późniejsze "potem", to obawiam się, że ten post nie ukazałby się wcześniej, niż w lutym...
Póki co jeszcze tak naprawdę nie zasiadłam do prawdziwej, "sesyjnej" nauki - przerwę świąteczną spędziłam na pisaniu rozdziału teoretycznego mojej pracy licencjackiej i uczeniu się do jednego z zaliczeń.
Trochę mnie poniosło i okazało się, że ten rozdział zajął mi prawie 30 stron - no, ale problem afazji jest problemem złożonym bardzo, w razie czego mam się więc czym usprawiedliwiać przed promotorem ;P
Jako że przez cały semestr nie zrobiłam z tą moją pracą licencjacką nic (liczbowo - 0), to lepiej teraz napisać więcej, niż mniej.
Skrócić zawsze można - przynajmniej nikt mnie o lenistwo nie posądzi ;P
Oczywiście - za pisanie pracy wzięłam się raptem trzy dni temu.
Wcześniej się byczyłam.
Zapewne wkrótce będę tego bardzo żałowała - z pewnością na dniach okaże się, że mogłam wykorzystać te kilkanaście wolnych do ogarnięcia jakiegoś innego jeszcze zaliczenia.
Wierzę jednak, że jakoś to wszystko popchnę do przodu - jestem wszak na ósmym roku, nie na pierwszym ;P
Te zdjęcia, które możecie dzisiaj oglądać robiliśmy z Leszkiem jeszcze przed Bożym Narodzeniem - bałam się bardzo, że w czasie kiedy wrzucę je na bloga będą już mocno nieaktualne, bo wszystkie i wszyscy będziecie pokazywali "śnieżne" sesje.
Jednak śniegu jak nie było, tak nie ma.
Owszem, pojawiał się przez poprzednie kilka dni od czasu do czasu.
Co jakąś chwilę dowalało też mrozem siarczystym.
Jak dla mnie - zimno jest cały czas, przez co cieszę się, że pisanie pracy zmusiło mnie do siedzenia w domu i poniechania szukania wrażeń na zewnątrz.
Ale "prawdziwa" zima ciągle nie nadeszła.
Zatem wydaje mi się, że prezentowany przeze mnie dziś zestaw dla wielu z Was okaże się takim akurat "na teraz" - większości z Was taka aura jak obecna nie jest straszna ;P
Mnie, gdybym zaryzykowała wyjście dziś z mieszkania w tym krótkim (bądź co bądź) płaszczyku, umarłyby chyba nerki. Obie.
Ale w dniu robienia zdjęć temperatura była plusowa i wcalem nie marzła.
Musicie uwierzyć mi na słowo ;)
Futrzany płaszczyk (albo kurtka? a może po prostu powinnam napisać, że to jest sztuczne futerko?) jest jedną z tych rzeczy, które na mitycznym już niemal w blogosferze "dnie szafy" parę lat przeleżały, zanim doszłam do wniosku, że założenie ich nie jest (wbrew temu, co wcześniej myślałam) obciachem.
Dostałam go kilka lat temu - od mamy mojego ówczesnego narzeczonego.
Powiem szczerze, że byłam tym prezentem wtedy mocno... zakłopotana.
Pamiętacie sweter z bufkami, który swego czasu przywieźli mi z wakacji (także jako prezent) rodzice?
Podobne do tego po dostaniu tamtego swetra uczucie wzbudził we mnie ten futrzak ;P
Wtedy wydawało mi się, że wyglądam w tym futrzanym cudzie śmiesznie i zdawał się on absolutnie do mnie nie pasować.
Pewnie tak było - tęższą o parę kilogramów wtedy byłam i miałam zupełnie inną fryzurę.
Jednak tegorocznej zimy, po ogromnej niemal ilości zdjęć Was w Waszych futrzakach, postanowiłam sprawdzić, czy mój czasem też do tego by go założyć choć trochę się nie nadaje.
I okazało się, że nie jest źle!
Jak wyszłam w nim na ulicę, to nikt się w głowę nie pukał ani palcami ludzie sobie na mnie nie pokazywali, także - chyba nie ma wstydu.
Co prawda nie przełamałam się do tego, by założyć go w innym, bardziej eleganckim, a mniej młodzieżowym wydaniu (a więc z innymi butami i bez czapki), ale... wszystko przede mną ;)
Buty to względna nowość w mojej szafie.
Upolowałam je któregoś listopadowego dnia w H&M'ie.
Spodobały mi się od pierwszego wejrzenia - mają bowiem dość szeroką cholewkę, a ja darzę ogromną sympatią wszystkie buty z szerokimi cholewkami ;)
Wydaje mi się, że taka cholewka wyszczupla optycznie moje dość masywne (jak się weźmie pod uwagę szczupłość moich nóg ogólną) łydki.
Czapkę podkradłam... tacie ;)
W okolicach początku grudnia porządkowałam szafkę z szalikami, czapkami i rękawiczkami.
W pewnym momencie trafiłam na tę.
Zdziwiłam się.
Nigdy wcześniej jej nie widziałam.
Myślałam, że to moja mama sprawiła sobie taką "modną" beanie.
Ale mama nie przyznawała się do niej ;P
Okazało się, że czapka jest ojca.
Ojciec nie był zainteresowany dalszym użytkowaniem czapki (prawdę mówiąc - wyznał, że nigdy jej nie nosił ;P ot, próbował jedynie przełamać typową dla każdego faceta, wrodzoną chyba niechęć do noszenia czegokolwiek zimą na głowie... ale coś poszło nie tak ;P), a że mnie kupno takiej czapy chodziło po głowie od dłuższego już czasu, to ucieszyłam się z tego faktu wielce ;)
Okulary z kolei wygrzebałam jakiś już czas temu w SinSay'u.
Chociaż w ciągu minionego roku sprawiłam sobie kilka różnych par tego typu okularów, to tych nie mogłam nie kupić.
Z dwóch powodów.
Po pierwsze - miały bardzo czarne szkła.
Po drugie - czarne miały też oprawki.
A że ja nie zawsze chcę, by coś srebrnego albo złotawego mi się w "stylizacji" jasnością swoją odznaczało, to uznałam je za coś, co muszę mieć ;)
Tregginsy, torbę i rękawiczki już znacie - nie będę się więc o nich rozpisywać ;)
Powiem tylko, że z tym workiem zdradzam ostatnio non stop moją Torbę - Borbę.
Zapewne jak prawdziwe śniegu opady się zaczną, to będę musiała się z nim pożegnać - nie jest zapinany na żaden suwak, jedynie wiązany na rzemyk.
Przy śnieżycy napadałoby mi do niego chyba pięć kilogramów śniegu...
Futerko - no name
Bluzka - Vero Moda
Tregginsy - H&M
Beanie - no name
Aviatorki - SinSay
Buty - H&M
Torba - ZARA
Rękawiczki - Massimo Dutti
Uciekam - do nauki.
A Wam pragnę bardzo gorąco podziękować za wszystkie bożonarodzeniowe i noworoczne życzenia, jakie dostałam od Was pod dwoma poprzednimi postami.
Jak donosiłam w ostatnim - planuję na pewien czas poniechać dodawania tu postów "szafiarskich".
Jeszcze raz proszę Was o wyrozumiałość - naprawdę, nauki i pracy mam sporo.
Poza tym - ta zimnoooooość...
Ściskam Was bardzo i wszystkiego dobrego Wam życzę,
Wasza Mar!
Te zdjęcia, które możecie dzisiaj oglądać robiliśmy z Leszkiem jeszcze przed Bożym Narodzeniem - bałam się bardzo, że w czasie kiedy wrzucę je na bloga będą już mocno nieaktualne, bo wszystkie i wszyscy będziecie pokazywali "śnieżne" sesje.
Jednak śniegu jak nie było, tak nie ma.
Owszem, pojawiał się przez poprzednie kilka dni od czasu do czasu.
Co jakąś chwilę dowalało też mrozem siarczystym.
Jak dla mnie - zimno jest cały czas, przez co cieszę się, że pisanie pracy zmusiło mnie do siedzenia w domu i poniechania szukania wrażeń na zewnątrz.
Ale "prawdziwa" zima ciągle nie nadeszła.
Zatem wydaje mi się, że prezentowany przeze mnie dziś zestaw dla wielu z Was okaże się takim akurat "na teraz" - większości z Was taka aura jak obecna nie jest straszna ;P
Mnie, gdybym zaryzykowała wyjście dziś z mieszkania w tym krótkim (bądź co bądź) płaszczyku, umarłyby chyba nerki. Obie.
Ale w dniu robienia zdjęć temperatura była plusowa i wcalem nie marzła.
Musicie uwierzyć mi na słowo ;)
Futrzany płaszczyk (albo kurtka? a może po prostu powinnam napisać, że to jest sztuczne futerko?) jest jedną z tych rzeczy, które na mitycznym już niemal w blogosferze "dnie szafy" parę lat przeleżały, zanim doszłam do wniosku, że założenie ich nie jest (wbrew temu, co wcześniej myślałam) obciachem.
Dostałam go kilka lat temu - od mamy mojego ówczesnego narzeczonego.
Powiem szczerze, że byłam tym prezentem wtedy mocno... zakłopotana.
Pamiętacie sweter z bufkami, który swego czasu przywieźli mi z wakacji (także jako prezent) rodzice?
Podobne do tego po dostaniu tamtego swetra uczucie wzbudził we mnie ten futrzak ;P
Wtedy wydawało mi się, że wyglądam w tym futrzanym cudzie śmiesznie i zdawał się on absolutnie do mnie nie pasować.
Pewnie tak było - tęższą o parę kilogramów wtedy byłam i miałam zupełnie inną fryzurę.
Jednak tegorocznej zimy, po ogromnej niemal ilości zdjęć Was w Waszych futrzakach, postanowiłam sprawdzić, czy mój czasem też do tego by go założyć choć trochę się nie nadaje.
I okazało się, że nie jest źle!
Jak wyszłam w nim na ulicę, to nikt się w głowę nie pukał ani palcami ludzie sobie na mnie nie pokazywali, także - chyba nie ma wstydu.
Co prawda nie przełamałam się do tego, by założyć go w innym, bardziej eleganckim, a mniej młodzieżowym wydaniu (a więc z innymi butami i bez czapki), ale... wszystko przede mną ;)
Buty to względna nowość w mojej szafie.
Upolowałam je któregoś listopadowego dnia w H&M'ie.
Spodobały mi się od pierwszego wejrzenia - mają bowiem dość szeroką cholewkę, a ja darzę ogromną sympatią wszystkie buty z szerokimi cholewkami ;)
Wydaje mi się, że taka cholewka wyszczupla optycznie moje dość masywne (jak się weźmie pod uwagę szczupłość moich nóg ogólną) łydki.
Czapkę podkradłam... tacie ;)
W okolicach początku grudnia porządkowałam szafkę z szalikami, czapkami i rękawiczkami.
W pewnym momencie trafiłam na tę.
Zdziwiłam się.
Nigdy wcześniej jej nie widziałam.
Myślałam, że to moja mama sprawiła sobie taką "modną" beanie.
Ale mama nie przyznawała się do niej ;P
Okazało się, że czapka jest ojca.
Ojciec nie był zainteresowany dalszym użytkowaniem czapki (prawdę mówiąc - wyznał, że nigdy jej nie nosił ;P ot, próbował jedynie przełamać typową dla każdego faceta, wrodzoną chyba niechęć do noszenia czegokolwiek zimą na głowie... ale coś poszło nie tak ;P), a że mnie kupno takiej czapy chodziło po głowie od dłuższego już czasu, to ucieszyłam się z tego faktu wielce ;)
Okulary z kolei wygrzebałam jakiś już czas temu w SinSay'u.
Chociaż w ciągu minionego roku sprawiłam sobie kilka różnych par tego typu okularów, to tych nie mogłam nie kupić.
Z dwóch powodów.
Po pierwsze - miały bardzo czarne szkła.
Po drugie - czarne miały też oprawki.
A że ja nie zawsze chcę, by coś srebrnego albo złotawego mi się w "stylizacji" jasnością swoją odznaczało, to uznałam je za coś, co muszę mieć ;)
Tregginsy, torbę i rękawiczki już znacie - nie będę się więc o nich rozpisywać ;)
Powiem tylko, że z tym workiem zdradzam ostatnio non stop moją Torbę - Borbę.
Zapewne jak prawdziwe śniegu opady się zaczną, to będę musiała się z nim pożegnać - nie jest zapinany na żaden suwak, jedynie wiązany na rzemyk.
Przy śnieżycy napadałoby mi do niego chyba pięć kilogramów śniegu...
Futerko - no name
Bluzka - Vero Moda
Tregginsy - H&M
Beanie - no name
Aviatorki - SinSay
Buty - H&M
Torba - ZARA
Rękawiczki - Massimo Dutti
Uciekam - do nauki.
A Wam pragnę bardzo gorąco podziękować za wszystkie bożonarodzeniowe i noworoczne życzenia, jakie dostałam od Was pod dwoma poprzednimi postami.
Jak donosiłam w ostatnim - planuję na pewien czas poniechać dodawania tu postów "szafiarskich".
Jeszcze raz proszę Was o wyrozumiałość - naprawdę, nauki i pracy mam sporo.
Poza tym - ta zimnoooooość...
Ściskam Was bardzo i wszystkiego dobrego Wam życzę,
Wasza Mar!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.
















