Lista blogów » Lilly Marlenne by Mar
Zwiewnie
Zobacz oryginał wt., 13/05/2014 - 09:38Szyfon kocham miłością szczerą - pisałam już o tym kilkukrotnie.
Najbardziej lubię go w dni ciepłe - a nawet w te bardzo gorące, bo jeśli przypadkiem wieje skądś wówczas lekki wiatr, to unosi on moje szyfonowe koszule i rozwiewa je, dając mi uczucie chłodu.
Nie lubię zimna ale upałów też nie znoszę - nie lubię tych wszystkich skwarnych dni, kiedy rozpływam się (dosłownie!) na rozgrzanej ulicy i kiedy nie mam czym oddychać.
Lubię więc w takie dni ratować się lekkim ubraniem - ono pozwala mi chociaż minimalnie ograniczyć odczuwane ciepło :)
Póki co - upałów nie mamy.
Ale zdarzają się chwile ciepłe, takie, do których organizm jeszcze się nie przyzwyczaił i nawet 20 stopni uznaje za upał, skoro przez poprzedzające je dni średnia temperatura wynosiła stopni dziesięć ;)
W takich chwilach sięgam więc po szyfon - i bardzo dobrze się w nim czuję :)
Wszystkie moje szyfonowości to koszule - czy z długim rękawem, czy bez rękawów, to kwestia drugorzędna.
Lubię je. I kropka.
Szczególnie lubię modele luźne i zwiewne.
Bardzo się sobie w nich podobam :)
Traktuję je jako rzeczy uniwersalne. Takie, które nadają się zarówno na codzienne wyjścia czy spacery, jak i na nieco bardziej "okazyjne" sytuacje.
Zwykle wszystkie luźne, szyfonowe koszule zestawiam z wąskimi spodniami.
Lubię dodać buty na obcasie, bo wtedy całość wydaje mi się jeszcze bardziej "stylowa".
Chociaż latem (w te najbardziej gorące dni) obcasów unikam.
Masakrują mi wówczas stopy ;)
Koszulę którą możecie dzisiaj "podziwiać" przywiozłam (jak połowę mojej szafy) kilka lat temu z Krakowa.
Upolowałam ją (tak, znowu muszę się powtórzyć - więc owszem, również jak połowę mojej szafy ;)) w czasie letnich wyprzedaży.
Nie od razu się na nią skusiłam.
Pamiętam, że przez kilka dni z rzędu chodziłam sprawdzać czy jeszcze wisi i zastanawiałam się, czy aby na pewno potrzebuję kolejnego tego typu modelu.
W końcu dałam za wygraną - kupiłam.
Kroku tego nie żałuję ;)
Koszula jest jedną z tych rzeczy, bez których nie wyobrażam sobie dziś siebie :)
Noszę ją zazwyczaj spuszczoną z ramion.
Czasem dodaję do niej jakiś wyraźny, ale nie wielki i też nie ciężki naszyjnik.
W dzień w którym robiliśmy zdjęcia wybrałam ten - również jest ze mną od kilku dobrych lat, wypatrzyłam go... w Rossmannie :) w dodatku - za jakieś śmieszne pieniądze ;)
Kapelusz to taki dodatek wykombinowany bardzo pospiesznie ;)
Już mieliśmy wychodzić z domu, kiedy przypomniałam sobie, że go mam ;)
Wydaje mi się, że nie wygląda tu źle ;)
Sandały na szpilce (choć - moim skromnym zdaniem - to chyba jeszcze nie jest szpilka ;) może gdyby dodać jej parę centymetrów, to byłaby szpilką ;)) kupiłam całkiem niedawno.
Docelowo zamierzam łączyć je z sukienką maksi, którą też kupiłam jakiś czas temu.
Do niej obcasów potrzebuję tak, jak ryba wody - bez obcasów noszenie jej skończyć się może utratą przeze mnie zębów :( Wlecze się po ziemi jak tren sukni ślubnej i co rusz ją przydeptuję :(
Buty jednak wydają się dość uniwersalne i połączone ze spodniami też nie wyglądają źle :) Mam więc zamiar nosić je tej wiosny dość często :)
Marynarka to z kolei zakup, z którego nie jestem do końca zadowolona.
Pochodzi bodajże z roku 2011, kiedy to rozpoczęła się moda na takie "większe" marynarki, takie którym też docelowo wywija się rękawy (koniecznie zdobione wewnątrz jakąś "wzorzystą" podszewką). Marzyłam wtedy o czarnej, tylko że nigdzie takiej nie mogłam znaleźć. W końcu udało się - wypatrzyłam ją w Bershce.
Zrobiłam jednak jedną z najgłupszych rzeczy w moim zakupowym życiu i zdecydowałam się na rozmiar M.
Nie wiedzieć czemu doszłam do wniosku, że będę ją nosiła zimą (!) i na pewno będę potrzebowała założyć pod nią wówczas... sweter.
A pod S-kę sweter się przecież nie zmieści!
Kupiłam ją więc, wyszłam ze sklepu, oderwałam metkę, marynarkę zarzuciłam na grzbiet... a po dojściu do domu okazało się, że niestety - marynarka jest zdecydowanie większa, niż być powinna.
W rezultacie wybieram tę marynarkę dość rzadko, a od czasu, kiedy zgubiłam kilka kilogramów - jeszcze rzadziej.
Szkoda.
Dobrze, że czasem podbiera mi ją mama - przynajmniej się nie marnuje ;)
W tym roku planuję upolować taki model marynarki, ale musztardowy i już w dobrym rozmiarze ;)
Trzymajcie za mnie kciuki, może mi się uda ;)
Gdybyście chcieli zapytać, gdzie robiliśmy zdjęcia i kiedy - zdjęcia są robione na osiedlu Leszka, w czasie naszego popołudniowego spaceru :) tak, tak - i na blokowisku można znaleźć ładne plenery ;)
Koszula - H&M
Marynarka - Bershka
Spodnie - no name
Torba - Cropp Town
Kapelusz - H&M
Naszyjnik - Rossmann
Buty - no name
***
Pamiętacie, jak w czasie weekendu majowego uczyłam się - miast wypoczywać - strasznych rzeczy związanych z oligofazją?
W piątek zdałam ostatnie kolokwium z bloku przedmiotów poświęconych właśnie oligofazji i afazji, a tym samym zaliczyłam też egzamin z nich :)
Czyli - najcięższa rzecz do nauki w tym roku akademickim już za mną :)
Cieszę się wielce!
Ten tydzień zapowiada mi się dość spokojnie, w miarę możliwości chciałabym móc jak najwięcej się w nim lenić ;)
Zobaczymy, czy się uda ;)
Pozdrawiam Was serdecznie,
Wasza Mar!
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.













