Lista blogów » Lumpexoholiczka

Jeśli kiedyś zdecydujecie się na jakąś wymianę studencką (obecnie Erasmus stoi chyba pod znakiem zapytania) musicie wiedzieć, że najwięcej będzie zależeć od tego kogo poznacie na miejscu. Zwłaszcza od tego z kim będziecie mieszkać. To w dużej mierze zdeterminuje Wasz pobyt w obcym kraju. Jakie macie opcje? Najbardziej polecaną przez moich znajomych był akademik. Czy jak kto woli imprezownia, bo to miejsce nigdy nie śpi. W moim przypadku koordynatorka z uniwersytetu, który wybrałam już w początkowym procesie rekrutacji poinformowała mnie, że na takie rozwiązanie nie mam co liczyć, bo po prostu ich nie mają. Specjalnie mnie to nie zmartwiło. Liczyłam bardziej na drugie wyjście, czyli wynajęcie mieszkania, a właściwie pokoju, bo stypendium to nie przecież nie wypłata:) Najwięcej osób decyduje się na dzielenie nowego domu z innymi studentami. Zdarzają się nawet takie, w których mieszka 8-10 osób! To w sumie niepowtarzalne przeżycie - wyobraźcie sobie Francuz, Hiszpanka, Brazylijczyk, Włoch pod jednym dachem. Zwalający z nóg szok kulturowy. Miks o jaki normalnie trudno. Ekscytujące? Na początku pewnie tak. Jednak ja już oczyma wyobraźni widziałam te brudne talerze w zlewie,'awantury o pilota' i kompletny brak intymności, własnej przestrzeni. To nie dla mnie. Nie przyjechałam tu na 2 tygodniowe wakacje, tylko na 9 miesięczną, mam nadzieję, szkołę(przygodę) życia. Dlatego tak bardzo cieszę się z tego gdzie mieszkam i z kim mieszkam.
A mieszkam z Gosią, z którą tu przyjechałam i z Portugalczykiem - Diogo. Trzy osoby w trzypokojowym mieszkaniu? Tak, na taki komfort liczyłam. Atmosfera niemalże rodzinna.
Dosłownie. Bo właśnie w miniony weekend, ojciec Diogo zaprosił nas na swoje urodziny, które odbyły się na farmie. Rozumiecie, więc już co miałam na myśli? W innym wypadku pewnie nie miałabym do czynienia z portugalskim ranczo.
W ostatnim poście obiecałam Wam, że napiszę gdzie zrobiliśmy zdjęcia, więc zapraszam na spacer po tym niezwykłym, filmowym wręcz miejscu.



Farma leży pod miejscowością Benavente, 60 km na północny-wschód od Lizbony, po drugiej stronie Tagu.
Na miejsce dotarliśmy w samo południe i kiedy była już tam cała rodzina rozpoczął się pokaz tradycyjnego portugalskiego tańca.
Chłopcy i dziewczynki, panie i panowie, w pięknych biało-czerwonych strojach tańczyli w takt skocznej muzyki.



Tak, tak, ja też tego próbowałam :)
Jak myślicie gdzie jest Wally ? :D


A po tańcach, rzecz jasna przyszedł czas na najprzyjemniejsze, czyli by wrzucić coś na ząb.
Poniżej wnętrze miejsca gdzie jedliśmy obiad. Na dawno niebielonych ścianach wisiały stare koła od wozu oraz plansze, na których przyklejone były strony gazet. Oczywiście nic nie zrozumiałam z artykułów, bo były po portugalsku, ale wiem że dotyczyły członków rodziny Diogo. Głównie jego dziadka, który był w miasteczku jedynym lekarzem, więc cieszył się wśród mieszkańców dużym poważaniem i szacunkiem.

Pszenna bułka, soczysta wołowina i sałatka z pomidorów + czerwone wino. Proste i pyszne. Do tego były jeszcze dwa rodzaje zupy - rosół i taka, która wyglądem przypominała zielone błoto oraz oczywiście masa deserów, ale niestety zapomniałam uwiecznić je na zdjęciach. Byłam zajęta konsumowaniem.
Nie zobaczycie tego na moim talerzu, ale wszyscy inni mieli też na swoich, chipsy! Jak można psuć doskonały smak grillowanego mięsa paskudnymi chipsami? Nie rozumiem, ale tutaj, w Portugalii, jest to na porządku dziennym.




Przeuroczy starczy pan, który w jednej chwili mówił zabawnym amerykańskim akcentem, w następnej wyrażał się niczym angielski arystokrata. Opowiadał mi o historii rodziny, o kulturze i zwyczajach, i o tym co najbardziej typowe dla portugalskiej wsi - czyli o miłości do hodowania koni i walk byków.
Wycinki z gazet na ścianach nadgryzione przez ząb czasu to właśnie jego pomysł.




Po południu mogłam się sama przekonać o tym, o czym słuchałam cały poranek.
Występ był wspaniały !
Nie bardzo wiem jak się fachowo nazywają te wszystkie rzeczy, które jeźdźcy wyrabiali z wierzchowcami, ale robiło to wrażenie. Trzy doskonałe duety. Rozumieli się bez słów. Na te kilka chwil człowiek i zwierze stają się właściwie jednym ciałem. Zupełnie jakby czytali sobie w myślach. Darzą się bezgranicznym zaufaniem. Przyjaźnią się. Czy jest coś wspanialszego?






Stadnina :)



Dinner time!:)





Tak jak jazda konna i cała stadnina zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, tak nie jestem w stanie zrozumieć innej tradycji. Korridy. Z jednej strony wielka miłość i przyjaźń okazana koniom, z drugiej męczenie i zastraszanie byków. Pokaz na farmie, to nie była typowa walka toreadora z bykiem. Na arenę został wpuszczony młody cielak, a kilka dziewczyn miało go"ujarzmić". Dla mnie to była nierówna konfrontacja zdezorientowanego, wypłoszonego młodego zwierzęcia z agresywnymi dziewuchami, które wzbudziły we mnie wstręt. Nie mogłam na to patrzeć. Chociaż kilka osób tłumaczyło mi dlaczego ten zwyczaj jest dla nich tak ważny, przy czym każdy twierdził, że tego nie pochwala, ciekawe. I chociaż te wszystkie argumenty mówiące o tym, iż takie pokazy od lat towarzyszyły rodzinnym świętom, że są pomostem pomiędzy pokoleniami w teorii wydawały się zrozumiałe, to kiedy patrzyłam na arenę kompletnie tego nie mogłam pojąć. Słysząc klaskanie i śmiech oglądających to co się działo w dole, zastanawiałam się czy tylko ja widzę, że to zwierze cierpi?

Z jednej strony ten pokaz wywołał we mnie szok i oburzenie, z drugiej czułam jednak, że nie mam prawa tego oceniać. Zostałam zaproszona na wyjątkowe wydarzenie, w wyjątkowe miejsce. Może w naszej kulturze też mamy jakieś kontrowersyjne obrzędy, które tak spowszedniały, że nie zauważamy ich prawdziwego oblicza? W każdym razie po to właśnie wyjechałam. By zobaczyć coś nowego. By zrozumieć zupełnie różny od Polski kraj. By nauczyć się większej tolerancji i otworzyć oczy. Chociaż nie zawsze jest to proste.
ZDJĘCIA : Ja
Play Me Like Your Own Hand
Zobacz oryginał sob., 20/10/2012 - 11:13Jeśli kiedyś zdecydujecie się na jakąś wymianę studencką (obecnie Erasmus stoi chyba pod znakiem zapytania) musicie wiedzieć, że najwięcej będzie zależeć od tego kogo poznacie na miejscu. Zwłaszcza od tego z kim będziecie mieszkać. To w dużej mierze zdeterminuje Wasz pobyt w obcym kraju. Jakie macie opcje? Najbardziej polecaną przez moich znajomych był akademik. Czy jak kto woli imprezownia, bo to miejsce nigdy nie śpi. W moim przypadku koordynatorka z uniwersytetu, który wybrałam już w początkowym procesie rekrutacji poinformowała mnie, że na takie rozwiązanie nie mam co liczyć, bo po prostu ich nie mają. Specjalnie mnie to nie zmartwiło. Liczyłam bardziej na drugie wyjście, czyli wynajęcie mieszkania, a właściwie pokoju, bo stypendium to nie przecież nie wypłata:) Najwięcej osób decyduje się na dzielenie nowego domu z innymi studentami. Zdarzają się nawet takie, w których mieszka 8-10 osób! To w sumie niepowtarzalne przeżycie - wyobraźcie sobie Francuz, Hiszpanka, Brazylijczyk, Włoch pod jednym dachem. Zwalający z nóg szok kulturowy. Miks o jaki normalnie trudno. Ekscytujące? Na początku pewnie tak. Jednak ja już oczyma wyobraźni widziałam te brudne talerze w zlewie,'awantury o pilota' i kompletny brak intymności, własnej przestrzeni. To nie dla mnie. Nie przyjechałam tu na 2 tygodniowe wakacje, tylko na 9 miesięczną, mam nadzieję, szkołę(przygodę) życia. Dlatego tak bardzo cieszę się z tego gdzie mieszkam i z kim mieszkam.
A mieszkam z Gosią, z którą tu przyjechałam i z Portugalczykiem - Diogo. Trzy osoby w trzypokojowym mieszkaniu? Tak, na taki komfort liczyłam. Atmosfera niemalże rodzinna.
Dosłownie. Bo właśnie w miniony weekend, ojciec Diogo zaprosił nas na swoje urodziny, które odbyły się na farmie. Rozumiecie, więc już co miałam na myśli? W innym wypadku pewnie nie miałabym do czynienia z portugalskim ranczo.
W ostatnim poście obiecałam Wam, że napiszę gdzie zrobiliśmy zdjęcia, więc zapraszam na spacer po tym niezwykłym, filmowym wręcz miejscu.

Farma leży pod miejscowością Benavente, 60 km na północny-wschód od Lizbony, po drugiej stronie Tagu.
Na miejsce dotarliśmy w samo południe i kiedy była już tam cała rodzina rozpoczął się pokaz tradycyjnego portugalskiego tańca.
Chłopcy i dziewczynki, panie i panowie, w pięknych biało-czerwonych strojach tańczyli w takt skocznej muzyki.
Tak, tak, ja też tego próbowałam :)
Jak myślicie gdzie jest Wally ? :D

A po tańcach, rzecz jasna przyszedł czas na najprzyjemniejsze, czyli by wrzucić coś na ząb.
Poniżej wnętrze miejsca gdzie jedliśmy obiad. Na dawno niebielonych ścianach wisiały stare koła od wozu oraz plansze, na których przyklejone były strony gazet. Oczywiście nic nie zrozumiałam z artykułów, bo były po portugalsku, ale wiem że dotyczyły członków rodziny Diogo. Głównie jego dziadka, który był w miasteczku jedynym lekarzem, więc cieszył się wśród mieszkańców dużym poważaniem i szacunkiem.
Pszenna bułka, soczysta wołowina i sałatka z pomidorów + czerwone wino. Proste i pyszne. Do tego były jeszcze dwa rodzaje zupy - rosół i taka, która wyglądem przypominała zielone błoto oraz oczywiście masa deserów, ale niestety zapomniałam uwiecznić je na zdjęciach. Byłam zajęta konsumowaniem.
Nie zobaczycie tego na moim talerzu, ale wszyscy inni mieli też na swoich, chipsy! Jak można psuć doskonały smak grillowanego mięsa paskudnymi chipsami? Nie rozumiem, ale tutaj, w Portugalii, jest to na porządku dziennym.

Przeuroczy starczy pan, który w jednej chwili mówił zabawnym amerykańskim akcentem, w następnej wyrażał się niczym angielski arystokrata. Opowiadał mi o historii rodziny, o kulturze i zwyczajach, i o tym co najbardziej typowe dla portugalskiej wsi - czyli o miłości do hodowania koni i walk byków.
Wycinki z gazet na ścianach nadgryzione przez ząb czasu to właśnie jego pomysł.

Po południu mogłam się sama przekonać o tym, o czym słuchałam cały poranek.
Występ był wspaniały !
Nie bardzo wiem jak się fachowo nazywają te wszystkie rzeczy, które jeźdźcy wyrabiali z wierzchowcami, ale robiło to wrażenie. Trzy doskonałe duety. Rozumieli się bez słów. Na te kilka chwil człowiek i zwierze stają się właściwie jednym ciałem. Zupełnie jakby czytali sobie w myślach. Darzą się bezgranicznym zaufaniem. Przyjaźnią się. Czy jest coś wspanialszego?



Stadnina :)

Dinner time!:)

Tak jak jazda konna i cała stadnina zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, tak nie jestem w stanie zrozumieć innej tradycji. Korridy. Z jednej strony wielka miłość i przyjaźń okazana koniom, z drugiej męczenie i zastraszanie byków. Pokaz na farmie, to nie była typowa walka toreadora z bykiem. Na arenę został wpuszczony młody cielak, a kilka dziewczyn miało go"ujarzmić". Dla mnie to była nierówna konfrontacja zdezorientowanego, wypłoszonego młodego zwierzęcia z agresywnymi dziewuchami, które wzbudziły we mnie wstręt. Nie mogłam na to patrzeć. Chociaż kilka osób tłumaczyło mi dlaczego ten zwyczaj jest dla nich tak ważny, przy czym każdy twierdził, że tego nie pochwala, ciekawe. I chociaż te wszystkie argumenty mówiące o tym, iż takie pokazy od lat towarzyszyły rodzinnym świętom, że są pomostem pomiędzy pokoleniami w teorii wydawały się zrozumiałe, to kiedy patrzyłam na arenę kompletnie tego nie mogłam pojąć. Słysząc klaskanie i śmiech oglądających to co się działo w dole, zastanawiałam się czy tylko ja widzę, że to zwierze cierpi?
Z jednej strony ten pokaz wywołał we mnie szok i oburzenie, z drugiej czułam jednak, że nie mam prawa tego oceniać. Zostałam zaproszona na wyjątkowe wydarzenie, w wyjątkowe miejsce. Może w naszej kulturze też mamy jakieś kontrowersyjne obrzędy, które tak spowszedniały, że nie zauważamy ich prawdziwego oblicza? W każdym razie po to właśnie wyjechałam. By zobaczyć coś nowego. By zrozumieć zupełnie różny od Polski kraj. By nauczyć się większej tolerancji i otworzyć oczy. Chociaż nie zawsze jest to proste.
ZDJĘCIA : Ja
Zaloguj się, żeby dodać komentarz.



